Ogólna, Szczególna I Poszczególna Teoria Wody Płynącej Pod Górkę

wodospad Canaima Park

Teoria Wody Płynącej Pod Górkę w sierpniu skończy sześć lat, i mimo że już najwyższa pora posłać ją do szkoły, nadal nie ma jej w podręcznikach. To jakiś skandal normalnie, jako że nikomu przecież nie udało się jej obalić lub w najmniejszym stopniu podważyć. Ministerstwo edukacji lemingów powinno jak najszybciej naprawić ten błąd, bo moja teoria jest jednym z największych osiągnięć naukowo umysłowych od średniowiecza 🙂

W skrócie o Teorii Wody Płynącej Pod Górkę można rzec zwięźle, że jest najbardziej samotna na świcie. Jako jedyna, w pełni wyjaśnia obieg wody w przyrodzie, czego rzecz jasna nie można powiedzieć o wszystkich innych teoriach. Błędnych teoriów – jak mrówków. I wszystkie są kopiami siebie samych. Jest naprawdę nieważne czy pragnąc poznać obieg wody w przyrodzie sięgniemy do jakiegokolwiek podręcznika, czy zapytamy jakiegokolwiek eksperta, lub jakiegokolwiek autorytetu, czy włączymy jakikolwiek kanał w TV, czy zasięgniemy informacji w jakichkolwiek instytucjach, bo zawsze otrzymamy na ten temat stek łudząco podobnych do siebie bzdur. Jak chociażby ten przykład – prosto z NASA.

Water-Cycle

Źródło: https://pmm.nasa.gov/education/water-cycle

Zapewniam, że do jakich by jeszcze nie sięgnąć źródeł, to nie ma tam nawet jednego procenta prawdy. Jest takie jak wyżej… lanie wody – pseudonaukowy bełkot o wodzie spływającej z góry na dół, a przecież jak wszyscy doskonale wiemy nasza życiodajna woda od zawsze płynie pod górę. No tak, czy nie tak?

Oczywiście że tak, a skoro wszystkie źródła wciskają na przekór oczywistym faktom, że woda płynie w dół, to jaki w tym można odnaleźć sens?

Kto w takie coś uwierzy?

Prawda jest brutalna, ponieważ w takie właśnie opowieści uwierzyli niemal wszyscy. Dla mnie to prawdziwy szok, bo nie mieści mi się w głowie jak wbrew własnym oczom można uwierzyć w to, że: oceany jak tylko wzejdzie słoneczko to sobie parują, para ta wznosi się do góry, a potem wiaterki ją spychają nad lądy w postaci chmur. Tam parze wodnej skacze wilgotność, bo się intensywnie ochładza, no więc chmurka się skrapla i spada na ziemię. Efektem tego jest to, że woda płynie sobie w dół.

Czy nie tak właśnie wyglądają te podręcznikowe kłamstwa na temat obiegu wody, w które uwierzyła ludzkość? Na przekór temu co widać na własne oczy, czyli że woda płynie pod górkę?

Mała dygresyjna, aby wszystko było już do końca jasne. Pisząc o wodzie płynącej pod górkę mam na myśli wodę płynącą pod górkę, ok? Wodę w sensie dosłownym. Nie mam tu zamiaru snuć niepoważnych rozważań na temat pseudo wody, czyli pary wodnej wznoszącej się z oceanów do góry, żeby nie było nieporozumień, ale powtarzam jeszcze raz, chodzi o normalną wodę płynącą normalnie pod górę. Wodę oczywiście w stanie ciekłym. Taką samą jaka leci z naszych kranów. I żeby już absolutnie wszystko było jasne to nie chodzi mi o wodę wypływającą z kranów umieszczonych przez natchnionego hydraulika nogami do góry, po to aby woda „płynęła pod górę” w oszukańczy sposób – jak to ma miejsce na przykład w fontannach. Pisząc „woda płynąca pod górkę”, mam na myśli wodę płynącą pod górkę w sposób naturalny – zgodny z logiką, naturalnym zachowaniem wody w ziemskiej przyrodzie oraz wszystkimi możliwymi prawami fizyki.

Tak więc powracając do oficjalnej – nieprawdziwej – teorii obiegu wody w przyrodzie, woda która spadnie z deszczem, ona sobie następnie żłobi wytrwale koryta strumieni, doliny rzek, a nawet wodospady lub ho, ho kaniony i pchana siłą grawitacji spływa ostatecznie do oceanów, gdzie kółko się zamyka i cały proces rozpoczyna od początku. Tyle błędnej oficjalnej teorii i my ją sobie dzisiaj obalimy aby otworzyć umysły na prawdziwy obraz sytuacji.

My, bo zapraszam was również do jakże przyjemnych i radosnych doświadczeń naukowych, które będą w stanie potwierdzić tę oczywistość, że woda płynie pod górkę, gdyby ktoś miał co do tego jeszcze jakieś wątpliwości.

Większość ludzi opiera swój obraz świata, na tym co może zobaczyć oczami, usłyszeć uszami a potem wytłumaczyć rozumem, prawda?

Oczywiście, że to prawda ale niepełna, bowiem znakomita większość ludzi może zobaczyć oczami i usłyszeć uszami wyłącznie… kłamstwa. I dlatego właśnie mówiąc o wodzie płynącej pod górkę muszę umieścić tu przykład.

Jak bowiem inaczej wytłumaczyć komuś coś, czego oficjalnie nie widać, czego w oficjalnych źródłach nie słychać? No jak?

A woda płynąca pod górkę od zawsze była, non stop jest i oczywiście zawsze będzie. Jedyny „problem” z tą wodą jest taki, że większość z ludzi nigdy jej nie widziała i nigdy nie zobaczy. I tylko na tym oczywistym fakcie bazują tak w zasadzie wszystkie oficjalne kłamstwa. Ci którzy je preparują wiedzą doskonale o tym, że znakomita większość ludzi nie ruszy dupy nawet na dwa kroki aby samodzielnie własnymi zmysłami cokolwiek zweryfikować. Nawet najprostszych spraw – takich chociażby jak ta czy woda naturalnie płynie szumiąc sobie z góry na dół czy pod górkę.

ALE MOŻLIWOSĆ BEZSPORNEJ WERYFIKACJI TEGO JEST POWSZECHNIE DOSTĘPNA I DOSŁOWNIE KAŻDY KTO TYLKO ZECHCE MOŻE SIĘ POFATYGOWAĆ I NA WŁASNE OCZY SPRAWDZIĆ W DOWOLNYM MIEJSCU NA ŚWIECIE I W DOWOLNYM MOMENCIE.

Najprostszym z możliwych pytań na temat wody jest te:

Dlaczego woda, podobno płynąca w dół, wypływa w najwyższych możliwych miejscach planety?

No dlaczego, hę? Przecież w najniżej położonych miałaby… najłatwiej? Tylko tam nie musiałaby walczyć z grawitacją?

Przecież Ziemia ma miliardy lat. Przez ten czas woda powinna już dawno cała spłynąć… w dół i tam pozostać. Padające deszcze i chmurki nad oceanem to żadne wytłumaczenie ŹRÓDEŁ wody. Źródła wody, czyli początki wszystkich rzek mieszczą się w wysokich górach. Niby jakim zatem cudem deszczówka nie spływa ze skał tylko w nie wsiąka (?) a potem… tak, tak… żeby potem „cudownie”… wytrysnąć pod górę (!) dając początek rzekom? No jak?

Dla niedoinformowanych i naiwnych jest to zjawisko nadprzyrodzone. Cudowne, boskie, święte, etc… w sam raz aby je pośpiesznie jakąś świętą kapliczką obudować – vide źródło wody w Lourdes i setki mu podobnych.

Cudów jednak oczywiście nie ma.

Są niezbite fakty naukowe a jeden z nich jest taki, że ta cała deszczówka TO TYLKO KROPLA W MORZU naszej przedmiotowej wody. Nieistotna zupełnie dla całości zjawiska jakim jest obieg wody w przyrodzie. To co spada z deszczem jest to tak mała ilość, że nie mająca absolutnie żadnego znaczenia, bo cała woda ze wszystkich dreszczów nie oscyluje nawet w granicach jednego procenta wody będącej w obiegu na Ziemi. I niestety ale oczy większości ludzi widzą wyłącznie spływającą deszczówkę – czyli ten mikroskopijny wycinek zjawiska, który nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO ZNACZENIA bo jest mniejszy niż błąd statystyczny. I stąd powszechne mylne wyobrażenie dotyczące wody, jakoby ona spływała w dół. A tymczasem woda płynie pod górkę i to w kosmicznych ilościach, bo w ponad 99 procentach. Są to kilometry sześcienne na sekundę! Setki kilometrów sześciennych, tysiące kilometrów, a nawet miliony kilometrów sześciennych wzburzonej, żywej wody a nie jakieś podeszczykowe kropelki.

I znów powraca „problem”, że tego nie wiadomo. A nie wiadomo tylko dlatego, bo w żadnej szkole i żadnej agencji kosmicznej się tego nie mówi.

Tak że fakty są na wskroś oczywiste: woda generalnie nie spływa w dół. To okropne, ja wiem, ale tak właśnie jest, bo takie a nie inne są właśnie prawa przyrody. Oto dowody.

Otóż nasza Ziemia jest kulista i pusta w środku. Posiada na biegunach gigantyczne otwory, przez które oceaniczna woda swobodnie wlewa się do środka. Woda ma to do siebie, że zawsze wciśnie się w każdą szczelinę. Jeśli coś nie jest idealnie hermetyczne jest natychmiast pełne wody. A otwory na biegunach są naprawdę gigantyczne. Swobodnie można do nich wlecieć samolotem lub wpłynąć okrętem. W ten właśnie sposób Ziemia przypomina w przekroju piłkę z otworami na biegunach. Po wewnętrznej stronie znajdują się również oceany, morza oraz rzeki, są także kontynenty, wyspy, miasta, itp, ale nas interesuje teraz woda.

Dlaczego ziemia wewnętrzna nie została przez te miliony i miliardy lat kompletnie zalana przez wodę wlewającą się do środka na biegunach?

Powody są dwa. Takie same ponadto.

Po pierwsze, woda oceaniczna nie wlewa się na katastralnie wielką skalę, gdyż uniemożliwia jej to siła odśrodkowa Ziemi. Ta siła sprawia, że woda wlewa się bardzo ale to bardzo łagodnie. Każdy kto mieszał łyżeczką kawę wie doskonale jak zachowuje się woda pod wpływem siły odśrodkowej, prawda? Na ściankach „grubo” a w środku… pustka. To samo zjawisko obowiązuje na całej Ziemi. I dlatego właśnie ta woda, pomimo gigantycznych otworów wlotowych, nie zatapia Ziemi wewnętrznej tylko przylega dociśnięta do jej skorupy. To spora siła i ona działa także po naszej stronie – tylko odwrotnie – odpychając oceany od skorupy ziemskiej. Efekt jest taki, że po naszej stronie z wyniku siły odśrodkowej – najsilniejszej na równiku – w jego okolicach średni poziom oceanów jest wybrzuszony o ładnych parę kilometrów. Bodajże sześć o ile pamiętam…

Drugim powodem, że wszystko jest ok, jest także siła odśrodkowa gdyż to ona właśnie sprawia, że na całym obwodzie Ziemi woda jest bardzo mocno wypychana POD GÓRĘ. Nadążamy? Jeśli nie nadążamy to zauważcie łaskawie gdzie są najbardziej oddalone od ziemi wewnętrznej obszary „naszej” zewnętrznej skorupy? No gdzie najdalej można odepchnąć przy pomocy siły odśrodkowej wodę?

Oczywiście w górach są te wszystkie miejsca – dokładnie tam gdzie wydostaje się cała nasza woda.

To właśnie tam znajdują się najdalej położone od wnętrza planety obszary, w które wciskana jest siłą odśrodkową woda z wnętrza planety. Dalej niż do szczytów gór znajdujących się po naszej stronie już odepchnąć wody się nie da z braku materiału przez który można by ją wyżej tłoczyć.

I oto mamy logiczne i sensowne wyjaśnienie, zgodne oczywiście z zasadami fizyki, dlaczego woda podążając pod górkę tryska w górach i skąd się ona tam w ogóle bierze. Jest tylko jedna siła zdolna przeciwstawić się sile grawitacji i jest to siła odśrodkowa. To ona robi całą robotę jeśli chodzi o źródła wody. Ale to jeszcze nie koniec, bo przecież wszyscy doskonale wiemy, że ta woda posiada naprawdę wielką siłę przebicia. W końcu nie tylko przeciska się przez pokłady piasku i żwiru ale przebija się nawet przez lite skały, i to setki kilometrów, szukając po naszej stronie ujścia.

Skąd bierze się siła zdolna do czegoś takiego?

Tłumaczy to prosta zasada fizyki czyli dysza. Dysza jest po prostu zwężającym się ku wylotowi otworem. Woda płynąca jakimkolwiek przewodem, wężem lub rurą ma tę cudowną naturalną właściwość, że kiedy jej zwęzić ujście, ona gwałtownie przyśpiesza tracąc na przekroju lecz przybierając na mocy.

Bardzo ciekawa osobliwość i każdy kto mył karcherem psa albo prał szlauchem kota, wie doskonale o co chodzi. Wszystkim przecież wiadomo, że wystarczy palec przytknąć na końcu węża aby zbudować dyszę i przyśpieszyć prędkość wypływającej wody. Dzieje się tak, ponieważ ta sama ilość co poprzednio musi się wydostać poprzez mniejszy przekrój. Efektem ubocznym jest kawitacja, czyli tworzenie się w strumieniu wody morderczych dla rur i innych przewodów pęcherzyków, które niesłychanie destrukcyjnie i prędko potrafią zeżreć nawet najtwardszą rurę usiłując z całych sił… zwiększyć jej przekrój. A jak tylko kawitacyjne, czyli próżniowe pęcherzyki zwiększą przekrój – następuje katastrofa, bo wlewa się więcej wody i tworzy… jeszcze więcej pęcherzyków. Kawitacja rządzi, jeśli chodzi o niszczącą potęgę płynącej dowolnym przewodem wody. Jeśli ktoś od urodzenia nie lubi wody, bo takie wyniósł zasady z domu dziecka, to niech przynajmniej podpali jakiś kubeł na śmieci – wówczas przyjadą strażacy i zademonstrują sikawkę czyli jak wygląda dysza w akcji.

Po stronie wewnętrznej Ziemi sytuacja jest następująca: siła odśrodkowa planety wtłacza tamtejsze oceany w skorupę ziemską, tłocząc wodę w kierunku naszej strony i ona wciska się w każdą możliwą szczelinę. To długa i daleka droga bo prawie tysiąc kilometrów. Im ciaśniej robi się jej po drodze tym przybiera na prędkości. Żłobi tam zniszczenia, kawitacja powoduje pęknięcia, wypłukuje skały, drąży podziemne rzeki, kanały, jeziora, etc. Ziemia jest tak pełna korytarzy wypłukanych przez wodę przez miliardy lat jakie minęły, że wygląda jak dobrze robaczywe jabłko. Im dalej od powierzchni wewnętrznej tym siła wody rośnie właśnie z powodu zwężających się ujść. I właśnie ta niesamowita siła zadyszowanej wody sprawia to, co każdy może sam na własne oczy zobaczyć – że ona tryska po naszej stronie w postaci niewyczerpanych… źródeł wody.

Źródeł – w naszym wspaniałym języku słowo to oznacza początek wody. To ze źródeł wody bierze się woda na całej Ziemi. Tam jest jej początek, a ta która paruje znad oceanów i spada z deszczem, to jest nie tylko woda „wtórna” czyli taka, która już spłynęła ze źródła, ale jest to ponadto woda „znikoma” – nie przekraczająca nawet jednego procenta wody będącej w prawdziwym ziemskim obiegu.

No dobrze, a teraz pomyślmy co z tą źródlaną wodą się dalej dzieje.

Dzieje się wiele. Na przykład to, że pędzącej pod olbrzymim ciśnieniem wodzie tłoczonej długą na kilkaset kilometrów dyszą, nagle po wydostaniu na naszą stronę kończy się… dysza. Ze zwężającego się ciągle otworu w jednej chwili robi się olbrzymia wolna przestrzeń szeroka jak planeta. Odwrotność dyszy nazywa się dyfuzor. Dzieje się zatem szereg interesujących zjawisk – całkowicie odwrotnych do tych znanych z dyszy – cała rozszalała moc tłoczonej gigantycznym ciśnieniem wody, natychmiast uspokaja się a jej oszałamiająca prędkość zmniejsza do leniwego strumyka.

Każdy człowiek może dokładnie to zobaczyć na własne oczy, jeśli tylko oderwie tyłek od monitora i zabierze go na spacerek w góry – do najbliższego źródła wody.

Kolosalną różnicę pomiędzy dyfuzorem a dyszą doskonale wyjaśnia znacznie szerzej znane w Polsce zjawisko, czyli spożycie alkoholu. Otóż po to aby Polaków przerobić w żałosnych alkoholików, każda butelka okupanta posiada zwężający się wylot – dyszę. To jest tylko po to, aby polski hmm… konsument, szybko się uchlał.

W krajach okupanta tymczasem, na przykład we Francji nie chcą natomiast przerobić swoich parobków w alkoholików i lansują im picie alkoholu z… dyfuzora – czyli mocno rozszerzającego się u wylotu naczynia. Dyfuzor ten sprawia, że choćby nie wiem jak szybko przechylać kieliszek on się zawsze niesłychanie powoli przelewa przez ujście.

Efekt jest taki, że jakby nakazać Francuzowi zagrać hejnał na butelce bimbru, on by natychmiast zesztywniał. On o tym wie i bez szerokiej szklanki, nawet z aliantami do piwa lub wina nie podchodzi. On nawet do szampana potrzebuje szeroki półmisek. Na widok butelki wódki następuje natychmiastowa kapitulacja. Im więcej procent tym szerszy kieliszek i chyba dlatego nie produkuje się u nich kryształowych wanienek do picia wódki. Nieważne…

I generalnie tak właśnie wygląda prawdziwy cykl obiegu ziemskiej wody. Niekończący się cykl – odwieczny. I właśnie ten prawdziwy obraz obiegu wody konsekwentnie się przed ludźmi ukrywa prezentując jedynie, żałosne „deszczowe” fragmenty, zakłamujące kompletnie obraz całości. Pamiętajmy, że ile by tej pary wodnej nie było w powietrzu, to co paruje i znajduje się w chmurach to tylko nieistotna kropelka w morzu. Ta cała para wodna i deszczyk jaki spada na glebę to nieistotne nic w porównaniu do kolosalnych ilości wody wydostającej się spod wszystkich gór na Ziemi.

Ziemia ma miliardy lat i gdyby ziemska woda nie krążyła do wnętrza ziemi a potem na zewnątrz przeciskając się poprzez skorupę to nie filtrowałaby się nieustannie w kilometrach osadów, żwirów, piasków i skał, (około 800 kilometrów grubości posiada skorupa ziemska). Gdyby nie ta naturalna oczyszczalnia ziemskiej wody ona już dawno byłaby brudnym, bagnistym bajorem a znakomita jej większość po naszej stronie po prostu odparowałaby w przestrzeń kosmiczną.

Wniosek?

Woda musi krążyć aby żyć. Najżywsza jest przecież źródlana woda.

To tyle części teoretycznej a teraz pora na dowodową, jako, że każdą teorię należy w sposób naukowy potwierdzić.

Na początek dla zaostrzenia naszego naukowego apetytu zbudujemy prosty model naszej Ziemi. Idziemy do najbliższego przedszkola, dajemy buzi najładniejszej przedszkolance i wykradamy hałaśliwym potworom blaszanego bączka, bo one i tak nie potrafią się z nim prawidłowo obchodzić. My potrafimy i zdobycznego bączka otwieramy na pół przy pomocy szlifierki kątowej. Zanim jeszcze ostygnie walimy go w obydwie połówki średniej wielkości kilofem. Walimy od strony wewnętrznej, aby w ten sposób zbudować wierny odpowiednik łańcuchów górskich. Kiedy nasze góry są już wyklepane jak trzeba napełniamy bączka wodą i dajemy spawaczowi, aby profesjonalnie złożył go do kupy. Spawacza najpierw porządnie trzepnie prąd, bo on nie wie że bączek jest pełen wody a zatem ze względu BHP stajemy pięć metrów od spawacza i utrzymujemy tę odległość przy pomocy bosaka. Następnie gotowego bączka odpalamy i…?

I okazuje się dokładnie to samo co dzieje się w przyrodzie: wbrew pozorom woda nie wytryskuje i nie gromadzi się w miejscach, gdzie skorupa ziemska ma najmniejszą grubość lecz podąża ku najdalej położonym punktom znajdującym się tam, gdzie skorupa jest najgrubsza. Prosto ku szczytom gór. A tam cała woda wydobywa się jak marzenie ze wszystkich szczytów. Każda dziura po kilofie tryska źródełkiem aż miło popatrzeć. Aż żal bierze, że biedny spawacz nadal jest nieprzytomny i nie może tego samego zobaczyć…

A zatem widząc jak w bączku woda opuszcza środek gromadząc się wyłącznie w imitujących góry wypustkach wyklepanych kilofem możemy w końcu przystąpić do PRAWDZIWEGO EKSPERYMENTU NUKOWEGO – w skali jeden do jednego.

Modelem idealnym, który by raz na zawsze udowodnił tezę, że woda podąża samoczynnie do najwyżej położonych gór idealnych ze względu na swoje maksymalne oddalenie od środka Ziemi, byłoby usypanie góry i poczekanie aż matka Ziemia przy pomocy siły odśrodkowej wciśnie w nią wodę, która wytryśnie w okolicach szczytu w postaci nowego źródła.

Wszystko co nam potrzeba to… usypać wspomnianą górę i poczekać aż wytryśnie z niej źródełko.

Aby usypać górę trzeba się chwilkę dobrze zastanowić, a potem przebrać za kogoś z opieki społecznej i zrobić szybkie tourne po polskich slumsach. Odwiedzamy zatem blokowisko za blokowiskiem uważnie oglądając wszystkie te zacieki na ścianach, grzyby i wykwity starając się wyłapać taki liszaj, który wygląda jak Jezus, matka boska albo przynajmniej Jan Paweł drugi. Kiedy znajdujemy odpowiedniego grzyba starannie wycinamy go szlifierką kątową mówiąc tubylcom że opatrzność czuwa, bo to był grzyb rakotwórczy. Z grzybem udajemy się na tereny wiejskie i tam montujemy go w jakiejś szopce, desce albo pieńku. Potem idziemy do najbliższego kościółka i łapiemy za łokieć pierwszą lepszą babcię.

– Niech będzie pochwalony babciu, czy to tamto, to nie jest przypadkiem Jan Paweł II?

– O Jezu… toć to on, zaprawdę…

Już po dwudziestu sekundach emeryci z całego województwa klęczą przy naszym grzybie, modląc się do niego i przesuwając między palcami różańce. Dajemy im się porządnie rozgrzać i przy zniczach możemy zaparzyć kubek kawy żeby i nam się zrobiło cieplej. Kiedy emeryci już się rozmodlą nie czekamy aż ochłoną tylko niezwłocznie należy ich wystraszyć:

– Oj laboga, jak przyjdzie zima zniszczy Jana Pawła… oj biada…

– Co robić? Co robić? – trwoga natychmiast przeniknie różańcowe towarzystwo.

– Nooo… można niby obudować grzy… znaczy Jana Pawła przydrożną kapliczką… ale…

– Co niby, co niby, jakie ale? Raz dwa się Jana Pawła tu obmuruje… szwagier ma fach, bo robiły kiedyś z Józkiem fundament pod kurnik, a kuzyn jak nie przepił to jeszcze ma te dużo taczkę…

– Niestety, aby postawić kapliczkę przydrożną najpierw trzeba mieć jakąś… drogę. A żadnej drogi… ni ma…

– No to kapliczkę polną się postawi… znaczy polowo…

– Eee… to wtedy rolnik zaora jak się napije.

– To co robić? Co robić aby Jana Pawła uratować?

– Trzeba usypać kopiec. Kopiec Jana Pawła Drugiego… kopiec który będzie z Watykanu widać… no to się ociec świnty ucieszy…

I w ten prosty sposób mamy plan, czyli tanią siłę roboczą, której za zapłatę wystarczy dobra motywacja i bóg zapłać.

Z ogólnej teorii wody płynącej pod górkę wyprowadzamy więc wzór:

E=mc2

gdzie E – oznacza emeryta

E (jak emeryt) równa się M (jak mężczyzna ze wsi) razy C (jak ciężkie wiaderko z piaskiem) razy dwa albowiem pod żadnym pozorem nie wolno emeryta puszczać z pojedynczym wiaderkiem.

Jak będzie niósł tylko jedno wiadro to mu dysk wyskoczy albo dostanie krzywicy. Tylko jak otrzyma dwa wiadra będzie szedł prosto.

Wszystko jasne?

Ilość potrzebnych do eksperymentu emerytów obliczamy już ze szczególnej teorii wody płynącej pod górkę:

E=mc2

Gdzie E – oznacza dźwięk wydawany przez emeryta ze wsi, który już doniósł na miejsce dwa wiadra ziemi. Uwaga, jeśli chcemy otrzymać ten dźwięk w warunkach laboratoryjnych zamykamy usta, zatykamy dwoma palcami nos i otwierając na milimetr usta mówimy na wydechu – ech.

Udało się?

To dobrze, to właśnie ten dźwięk. Prawda, że wspaniały?

Na koniec aby obliczyć prędkość wznoszenia kopca musimy skorzystać ze wzoru na poszczególną teorię wody płynącej pod górkę:

E=mc2

Gdzie E – to wzorcowy równoważnik emerytowanego mężczyzny ze wsi, jaki przynosi na miejsce za darmo dwa wiadra piasku. Ale uwaga, każdy emeryt jest inny dlatego każdego emeryta obliczamy indywidualnie i stąd konieczna jest poszczególna teoria.

Dlaczego każdy emeryt jest inny?

Bo jeden przyjdzie z przepisowym blaszanym wiaderkiem na węgiel, inny przyniesie nie wiedzieć czemu chobok po farbie, a jeszcze inny zjawi się, jak jakiś cholerny czerwony kapturek, z wiklinowym koszyczkiem. Emeryci w praktyce są „nieobliczalni” i dlatego na sam koniec wyciągamy jeszcze pierwiastek kwadratowy z każdego emeryta aby określić współczynnik indywidualnej odmienności od podstawowego wzorca.

Musimy tak zrobić, ponieważ emeryt emerytowi nierówny i wieloletnie doświadczenie mówi tę bolesną prawdę, że dwóch wzorcowych emerytów mających cztery wzorcowe wiaderka nie naniesie tyle piachu w ciągu roboczodoby, co jeden wzorcowy emeryt mający dwa wzorcowe wiaderka w dwie roboczodoby! To niesamowite ale tak po prostu jest!

Dlaczego?

Bo ten jeden emeryt – mimo iż zmęczenie materiału posiada dwa razy większe – i tak przyniesie na miejsce o połowę więcej.

Skąd ta różnica?

Jest tak, ponieważ jeden emeryt – w przeciwieństwie do dwóch emerytów – nie gada o dupie Maryni tylko piasek nosi. A więc zawsze jeden więcej przyniesie w dwa dni niż dwóch w jeden dzień.

I właśnie przy pomocy pierwiastka kwadratowego obliczymy indywidualną wartość roboczą każdego emeryta, która jest wypadkową liczebności grupy z jaką pojawi się na miejscu budowy. Jeśli natomiast przybędą emerytki, to cóż… mimo iż mają profesjonalne nosidła i bańki na mleko zamiast znormalizowanych wiaderek z przepisowej blachy, pierwiastek musi być sześcienny, bo baby non stop strzępią jęzory obgadując komuś dupę za plecami. Trzy emerytki równają się jednemu emerytowi ze wsi plus dwa standardowe wiadra. Wyprowadzamy wzór…

3E=E2

… no i to tyle praktycznej matematyki i aha z wstępnych obliczeń wynika, że z usypaniem na Mazowszu Everestu, można by się uwinąć w 15 lat, (czyli o 5 lat szybciej niż ci od Cheopsa) ale tylko pod jednym warunkiem – budowę należy zacząć jeszcze w tym roku, bo różańcowe zasoby ludzkie odchodzą w zaświaty w bardzo przyśpieszonym tempie, jako że już w tym wieku zanika im odporność na różyczkę. Na młodzież natomiast nie ma co liczyć, gdyż ona zamiast pożytecznie nosić piasek woli dźwigać jakieś sztangi na siłowni. Małolaty są bez sensu. Ponadto, sądzę że nie ma co sypać wyżej niż osiem kilometrów, bo emeryci i tak nie dadzą rady bez masek tlenowych wyżej się wdrapać. Zresztą z maską może by nawet wyżej i weszli, gdyby na szczycie zamontować następnego grzyba i zapalić kilka zniczy, ale do masek potrzebne są jeszcze butle a do butli wózki spawalnicze i niestety ale nie wyobrażam sobie emerytów ciągnących na Everest wózków spawalniczych, butli i wiaderek z piaskiem.

I to w zasadzie tyle ogólnej, szczególnej i poszczególnej teorii wody płynącej pod górkę. Minione lata dostarczyły mnóstwa dowodów na jej prawdziwość – można by z nich w sumie spisać encyklopedię. Proszę się na przykład dobrze przyjrzeć fotografii tytułowej. Ten cud natury to płaskowyż w amazońskiej dżungli (Canaima Park). Gdyby oficjalna – deszczowa – teoria obiegu wody była prawdziwa, nie byłoby tych wodospadów w dni kiedy nie ma opadów atmosferycznych. Ale one są i od dziesiątek tysięcy lat nieprzerwanie toczy się z nich woda. To nie jest deszczówka bo żadne deszcze nawet monsunowe – padające nieprzerwanie przez pół roku – nie byłyby w stanie aż tyle wody dostarczyć nawet do jednego tylko wodospadu.

I niestety ale prawda jest taka, że na dzień dzisiejszy tylko moja teoria wyjaśnia skąd się w tych źródłach a potem wodospadach biorą aż tak ogromne ilości wody.

Inny przykład: każdy widział rzekę. Jest to masa wody płynąca non stop od zarania świata. Kilometry sześcienne na godzinę. Średnio raz na dziesięć lat następuje spora burza i wówczas rzeka występuje z brzegów tworząc powódź. Mija potem parę dni i zawsze ten ogrom wody spływa bez śladu do mórz i oceanów. Znaczna część przy tym wsiąka w miejscu rozlewiska. W skali życia ludzkiego powódź jest zjawiskiem tak bardo ulotnym i krótkotrwałym że większość ludzi nigdy nie widziała nawet raz jakiejś powodzi. A rzeki płyną przecież non stop. Wody podeszczowej, czy tam powodziowej jest w nich jeden procent nie więcej. Skąd zatem pochodzić może ta cała woda która w przeciwieństwie do powodziowej nigdy nie wysycha?

Ona jest dostarczana non stop milionami źródeł – i tylko to jej ciągły napływ jest w stanie należycie wytłumaczyć. Tylko to wyjaśnia dlaczego płynąc setki i tysiące kilometrów ona nie wsiąka.

Natomiast dla (łatwo)wiernych takie zjawisko jak źródło, czyli płynąca pod górkę woda, od zawsze było czymś… nadprzyrodzonym. Świętym i niewyjaśnionym. Natychmiast stawiają tam jakieś kapliczki i plastikowe kukły do których się modlą w intencji cudownych uzdrowień. Tymczasem nie ma w uzdrawiających właściwościach źródlanej wody żadnych spraw nadprzyrodzonych, jako że to tylko najdokładniej przefiltrowana i oczyszczona woda jaka istnieje na Ziemi. Nadmiaru soli pozbyła się w skorupie ziemskiej stając się po drodze słodka, a ponadto przeciskając się przez całą skorupę ziemską a wcześniej płynąc z prądami w oceanach nasączona jest wszystkimi możliwymi pierwiastkami występującymi na Ziemi więc z łatwością uzupełnia braki tych których brakuje… chorym. Cudów nie ma. Jest tylko powszechny brak wiedzy wypieranej niczym nie popartą wiarą.

Pozdrawiam.