Największa Tajemnica Na Ziemi

surf1

Pod latarnią najciemniej i dlatego tak mało wiadomo o czymś czego na ziemi jest… najwięcej. Tak już jest, że im większa tajemnica, tym łatwiej ją ukryć. A czy może być coś większego niż zajmujący ¾ Ziemi wszechocean?

Przed ludzkością ukryto nieprzebrane ilości wiedzy na temat wody morskiej.

Ale dziś poznamy wspaniałe właściwości tej tajemniczej substancji, bo jej cechy są jeszcze bardziej dobroczynne dla człowieka niż wody słodkiej.

surf2

Jej na pozór cudowne właściwości zostaną szczegółowo omówione, bo oczywiście żadnych cudów w przyrodzie nie ma. Jest co najwyżej niewiedza, która nie bierze się z braku naukowców ale z ich nadmiaru.

Tak jak nadmiar bezwartościowych przepisów powoduje nadmiar bezwartościowych urzędników czy nadmiar obór zalew śmieciowego jedzenia, tak nadmiar naukowców powoduje zjawisko śmieciowej nauki, która jest obecnie powszechna i nachalna w swojej pustocie. Przez niepotrzebny nadmiar dyplomatołów, drastycznie spada jakość we wszystkich dziedzinach nauki i życia. Ale nieważne, bo oto przed nami:

Pierwsza zadziwiająca właściwość morskiej wody.

Pierwszą właściwością jest fakt, że jest ona bez żadnych procesów technologicznych idealnym nawozem. Najlepszym na świecie i w pełni naturalnym. Wystarczy zatankować beczkowóz i lać. Jakieś 3 tony na hektar. Na dzień dzisiejszy może z dziesięć procent ludzi ma o tym jakiekolwiek pojęcie.

Dlaczego?

Ponieważ światowa mafia trzyma łapę na produkcji pieniędzy, wojen i wszelkich innych nieszczęść, w tym również na przemyśle chemicznym, a ten z kolei zajmuje się nieco innym wykańczaniem ludzkości – truciem jej przy pomocy nawozów sztucznych.

Te nawozy nie są przecież żadnym nawozem w rzeczywistości. Tak naprawdę jest to tylko odpad po produkcji amunicji, którego całe Himalaje pozostały koncernom chemicznym po dwóch wojnach światowych.

Prawdziwy nawóz powinien zawierać minimum 16 minerałów niezbędnych roślinom do prawidłowego wzrostu. Tak zwane nawozy sztuczne zawierają jedynie trzy – potas, azot i coś tam jeszcze. Nie ma w nich najważniejszego – magnezu.

I stąd epidemia chronicznego zmęczenia i otyłości. Biedni, ogłupiali ludzie jedzą te pędzone odpadami przemysłu zbrojeniowego płody i…?

I za cholerę nie mogą się najeść. Żołądki mają pełne martwej, zatrutej żywności, w jelitach chemiczne szambo i brak sił do normalnego życia, a składników potrzebnych do trawienia (enzymy) i procesów życiowych (minerały) nie mają w ogóle. W tej sytuacji jedzą jeszcze więcej martwej żywności i…?

I kółko się zamyka. Ofiary niedoboru żywności puchną z przejedzenia a są de facto… umierającymi z głodu. Ich organizmy same się zjadają i pojawia się na przykład cukrzyca, kiedy chcą beznadziejną sytuację „nadrobić” wpieprzając jakieś chemiczne batony, w których jest jakaś ropopochodna lakierobejca zamiast czekolady. Ba, rzekoma witamina C od Bayera to bezpośredni produkt z ropy naftowej nie mający nic wspólnego z witaminą C jaką stworzyła w cytrynach lub cebuli natura.

To wszystko co się dziś określa jako toksyczna żywność, powstało dzięki tak zwanym nawozom sztucznym – czyli chemicznym odpadom.

W odróżnieniu od nich woda morska jest nawozem prawdziwym.

Naturalnym, darmowym i w niezmierzonej ilości dostępnym bez ograniczeń dla wszystkich. Nawozem o tak fenomenalnych właściwościach, że już teraz – ot tak z dnia na dzień – mogłyby rozwiązać klęskę głodu i drugą chorób. Na całym świecie.

Dlaczego?

Bo nawozy z wody morskiej zwiększają plony o jakieś 200 procent. Za darmo. Wystarczy tylko wylać 3 tony morskiej wody na hektar, aby cieszyć się dwa razy większymi owocami, o wspaniałym oryginalnym smaku, z roślin które uwaga… zdrowieją. Roślin i drzew podlewanych wodą morską nie ruszają bowiem pleśnie, zarazy, szkodniki. Odpada zatem przy okazji problem oprysków, czyli kolejny cios dla chemicznej mafii.

Pytania za sto punktów: Dlaczego żaden rolnik o tym nie wie? Dlaczego żadna szkoła rolnicza tego nie naucza? Dlaczego żaden profesor od gnoju tego nie wykłada na uniwersytetach? Dlaczego karmi się ludzkość nawozami sztucznymi lub co najwyżej odchodami wciskając propagandowy mit, że jedzenie gnoju to zjawisko „bio” albo „naturalne”?

No chwileczkę kurwa, jedzenie zwierzęcych odchodów nie jest naturalne. Dodawanie zwierzętom do jedzenia suszonych odchodów ludzkich też nie jest rzeczą naturalną, ale to się właśnie robi – to udokumentowany fakt. Oprócz odchodów ludzkich krowy dostają tony zmutowanych genetycznie roślin z kukurydzą na czele, których z własnej woli nigdy by nie wzięły do mordy, jako że przecież są to krowy a nie jakieś szpaki i kukurydzą się nie żywią. Te nieszczęsne bydlęta dostają też do przetrawienia zmielone martwe zwierzęta (!) pozbierane z poboczy dróg oraz z uboju w „schroniskach” oraz już chyba na deser ponad 80 antybiotyków żeby się po takiej diecie z marszu nie posrały i nie padły na nowotwory. Standardowy kotlet z McDonalda pochodzący z takiej śmieciowej krowy, ma w sobie tyle chemii, że może rok leżeć na słońcu a po roku nadal jest w stanie od ręki wyleczyć rzeżączkę o czym mało kto wie z konsumentów tej chemii. Natomiast co do rzekomych dobrodziejstw nawozów sztucznych to proszę się w końcu rozejrzeć otwartymi szeroko oczami i uruchomić myślenie.

Widzimy te wszystkie pola uprawne? Te, na których w pocie czoła pracuje masa ludzi i sprzętu? Te, na które wędrują ciężarówki nawozów sztucznych?

No to teraz porównajmy proszę te pola uprawne z nieuprawnymi, ok?

Czy hodowana z tak niesłychanym nakładem żywność ma w ogóle więcej niż metr wzrostu? Jak się roślinność na polach uprawnych ma do roślinności, przy której kompletnie niczego się nie robi, aby ją odchodami lub odpadami „ubogacić”?

Czy aby roślinność rosnąca w kompletnej niezależności od działań człowieka nie jest z dziesięć razy większa, bujniejsza i zdrowsza od tej hodowanej?

Spójrzmy na wspaniałe lasy, puszcze, dżungle lub inne obszary pokryte roślinnością, od której z daleka trzyma się sztuczny, chemiczny człowiek.

Teraz chyba widać w końcu, że faszerowanie pół uprawnych odpadami i odchodami… degeneruje roślinność a najlepiej widać to po jej… skarleniu do ułamka rozmiarów roślin nie trutych.

Proszę porównać dzikie jabłonki z tymi karłami w sadzie lub cokolwiek innego np. mięso dzikiej i hodowlanej… świni.

Ale nieważne, wróćmy do dobroczynnych właściwości wody morskiej jako nawozu. Morska sól oprócz chloru i sodu zawiera ponad 80 cennych pierwiastków (siarkę, miedź, fluor, tytan, stront, mangan…), z czego aż 21 (magnez, potas, wapń, cynk, żelazo, krzem, fosfor, jod…) jest zwyczajnie niezbędnych do życia! Budowa oraz skład kryształków soli morskiej są tak skomplikowane, że niemożliwe jest odtworzenie ich w warunkach laboratoryjnych i wyprodukowanie sztucznego zamiennika. I te właśnie pierwiastki są pobierane prosto z nawożonej wodą słoną gleby. Te pierwiastki są później na poziomie atomowym wbudowane w roślinę i nie da się tego procesu zastąpić na przykład dodawaniem soli lub jakichś przypraw do przyrządzanych potraw w kuchni. Takie dodawanie wnosi tylko smak a nie wartości odżywcze.

Są dowody i teraz je przytoczę. Po przejściu tsunami w Indonezji w 2004 roku, kiedy wody opadły zaobserwowano niezwykły wzrost płodności gleby na zalanych morzem terenach. Zalane pola dały około dwa razy większe plony niż przed tsunami. Bez żadnych nawozów sztucznych. Bez żadnego orania.

Tę właściwość znano zresztą w starożytności. Przecież wszyscy wiemy, że z uprawą ziemi rolnicy w starożytnym Egipcie czekali na wylew Nilu, prawda? Jak Nil nie wylał była klęska głodu. Jak wylał, były tańce, śpiewy, uścisk dłoni sołtysa.

Woda morska jednak jest dożo bogatsza niż woda rzeczna, bo zawiera WSZYSTKIE pierwiastki dostępne na Ziemi a nie tylko te najpopularniejsze – płynące aktualnie rzekami. Przecież glebie najbardziej są potrzebne te minerały, które przez tysiące lat zostały już z niej wypłukane. I właśnie te minerały – przez tysiąclecia wypłukiwane i spławiane rzekami – one nie znikają przecież nigdzie lecz czekają sobie spokojnie w oceanie. Są tak wspaniale skomponowane we wprost idealnych proporcjach, że wystarczy je po prostu wsiąść i wylać. Za darmo. Woda morska jest tak bogata w mikroelementy, że właśnie zwierzęta morskie biją rekordy długowieczności, a takie na przykład rekiny w ogóle nie chorują. Na nic a zwłaszcza na raka.

Dlaczego?

Ponieważ sól jest śmiertelnym wrogiem raka. A woda morska to nie jakaś tam sól tylko bukiet najwspanialszych soli – i kiedy ten bukiet zajmie się rakiem „grupowo” – rak znika jak ręką odjął.

Był przed wojną lekarz francuski, (do którego jeszcze powrócimy), który z nudów łapał bezdomne, chore psy i robił im jak to lekarz… zastrzyki. Zastrzyki z wody morskiej.

Efekty?

Wszystkie zwierzęta chore na dosłownie wszystko, nawet te z rakiem… zostały uleczone. Ze wszystkiego.

Mafia medyczna oczywiście skazała tego lekarza na przemilczenie. Standardowa procedura w przypadku odkryć dobroczynnych dla ludzkości.

Wróćmy do nawozów.

Woda morska to nie jest jakaś tam słona woda. Gdybyśmy tak wzięli trochę ochoty i posolili wodę z kranu solą z kuchni do stężenia podobnego w oceanie (3%) i podlali kwiatka – to kwiatek padnie nam jak mucha pod naciskiem packi. Zrobi faceplanta o parapet i już się nie podniesie. Kobita drze szaty, trochę mordę, czasami pochlipie. Żałoba.

Tymczasem gdybyśmy do podlania kwiatka użyli wody morskiej – kwiatek rozpieprzy doniczkę z radości i urośnie pod sufit.

Skąd ta różnica?

Po pierwsze sól czyli chlorek sodu. W soli kuchennej jest go 99,9 procent a reszta to „antyzbrylacze”, czyli chemia. Ta sól to po prostu biała śmierć, nic więcej. Tylko serwowana dla Polaków sól drogowa jest od niej gorsza. Dlatego kwiatek padł, kiedy jej posmakował.

W soli kamiennej, na przykład z Wieliczki, tego chlorku sodu jest tylko 97 procent a reszta to minerały i „zanieczyszczenia”. I właśnie te „zanieczyszczenia” są tym co… najzdrowsze. Mafia chemiczna oczywiście życzliwie nam usuwa je z soli kamiennej po to, aby potem je sprzedać osobno na przykład jako magnez czyli „suplement” za minimum 5 Euro/pudełko.

Innymi słowy biada tym, którzy kupują „sól kamienną” w której jest więcej jak 97 procent chlorku sodu – bo przepłacają za coś co jest identyczne z solą kuchenną. Za coś co jest śmiertelną trucizną.

W wodzie morskiej natomiast chlorku sodu jest tylko, 90 procent. To oznacza, że aż 10 procent tej wody to bezcenne dla nas pierwiastki, które mafia określa jako „zanieczyszczenia”. Tak bogatej soli i takiego bukietu życiodajnych mineralnych pierwiastków jak pochodzące z wody morskiej nie ma nigdzie.

I WŁAŚNIE TE 10 % „ZANIECZYSZCZEŃ” STANOWI TAJEMNICĘ WODY MORSKIEJ JAKO NAWOZU

Tam jest WSZYSTKO i te pierwiastki powodują, że u roślin zanikają wszystkie choroby, znikają szkodniki a plony są niewyobrażalne.

Ci którzy znają sekret, na przykład francuscy rolnicy z Normandii, nie pieprzą się z nudów w wydeptywanie kręgów w zbożu, żeby jakoś doczekać wakacji. O nie. Oni nawożą swoje pola wodą morską. Sam Golfsztrom też ciągle to robi nawiewając słoną mgiełkę znad oceanu na pola i w efekcie ci sprytni ludzie mają niebywałe plony. Średnio trzy razy w roku. Pamiętajmy też, że te bezcenne pierwiastki nie są wsypywane jako granulat w glebę, jak to ma miejsce w przypadku nawozów sztucznych, tylko one wsiąkają w formie płynu, a potem są systemem korzeni po prostu wbudowywane na poziomie atomowym w płody. To nie wszystko. Zwierzęta karmione taką paszą… w ogóle nie chorują. Są większe i zdrowsze. Krowy mają smak krowy a nie penicyliny wydobytej z szamba. Steki z normandzkiej krowy są dwa razy droższe i jak diamenty na giełdzie w Amsterdamie posiadają certyfikaty autentyczności. Ta krowa smakuje jak cielę, a tamtejsze ciele jak miód.

Proszę pomyśleć jak zdrowi byliby ludzie na takiej diecie.

No właśnie.

I właśnie dlatego nie naucza tego żaden profesor od gnoju na żadnym uniwersytecie. Żaden podręcznik, żadna telewizja i żaden film z Hollybrudu.

Chemiczna mafia nigdy nikomu nie powie, że nawet CELOWO, eksperymentalnie, zarażone grzybem chorobotwórczym drzewka owocowe po zastosowaniu wody morskiej ZDROWIEJĄ I TO NA ZAWSZE nie wymagając już nigdy absolutnie żadnych OPRYSKÓW!

Dlaczego?

surf4Woda morska po prostu resetuje DNA roślin do poziomu oryginalnego – tego sprzed nawozów sztucznych, sprzed modyfikacji DNA, sprzed innych działań hodowlanych, czyli sztucznie wywołanej degeneracji, każdego uprawianego ludzką ręką gatunku. Ostatni taki reset był 12 tysięcy lat temu podczas Potopu…

Notabene jest jeszcze jeden mało znany sposób na udany reset roślin do stanu pierwotnego, który jest przed ludzkością trzymany w sekrecie. Otóż aby tego dokonać wystarczy zabrać nasiona na pewien czas w kosmos. Promieniowanie kosmiczne również resetuje program DNA i nastawia go na maksymalną, początkową wydajność. Owoce po spacerku kosmicznym są po prostu dwa razy większe niż te uzyskiwane drogą szklarni lub nawozów sztucznych. Gruszki po wycieczce w kosmos lub wodzie morskiej wyglądają jak melony a głupia kukurydza wyrasta na 3-4 metry.

Ale tego się nie mówi, tego się nie wykłada.

Mamy chorować i żreć się do dostęp do toksycznego koryta.

Druga zadziwiająca właściwość wody morskiej.

Ta niezwykła cecha wody morskiej to fakt, że jest w 98 procentach identyczna z krwią ludzką!

O tej właściwości morskiej wody wie jeszcze mniej osób – jakieś 5 procent zaledwie.

Jedyna istotna różnica między krwią a wodą morską jest taka, że w wodzie morskiej jest magnez a we krwi ludzkiej żelazo. Cała zaś reszta pokrywa się idealnie.

Co to oznacza?

Ano nie mniej nie więcej tylko to, że woda morska po rozcieńczeniu do stanu takiego samego jak krew może być używana do… transfuzji! Może być również używana do leczenia – od zaraz, natychmiast.

To nie jest więc jakaś tam woda morska, tylko życiodajne, bezcenne i darmowe, pełnowartościowe osocze.

Już wiemy, że zastrzyki z morskiej wody niszczą nawet raka, prawda? To nie wszystko. Woda ta jest sterylna, gotowa do użycia. Jest to ta woda morska znajdująca się około 50 km od brzegu na głębokości 30-50 metrów, czyli w krainie alg i wodorostów.

Nawet wegetarianie unikający rzeżączkobójczej diety z McDonalda puchną jak cienkie Bolki z braku witamin występujących tylko w mięsie. Witamin z grupy B, bez których nawet trawa tym matołkom się nie trawi. No i padają jak kawki głównie na anemię i aby nie paść żrą właśnie algi i wodorosty, bo tam jest to co weganom potrzeba a czego nie mogą znaleźć w mięsie.

I również dlatego (witaminy grupy B) woda morska pobrana z chłodnych głębokości w pobliżu wodorostów jest wprost idealna jako płyn do transfuzji.

Odpadają problemy z grupami krwi. Odpadają problemy z żółtaczką, hiv i bukietem innych bezpłatnych patogenów obecnych w stacjach krwiodawstwa. Woda morska nie dość, że jest idealnie czysta to zabija choroby w już chorej krwi, z białaczką włącznie.

Tam jest dużo soli pamiętamy, prawda? To ta sól, (no i rzecz jasna promienie Słońca), tak sterylizuje wodę morską i sprawiają, że woda morska to naturalna, idealna, SÓL FIZJOLOGICZNA. Sól bogata ponadto we WSZYSTKIE ziemskie pierwiastki, z atomowym złotem włącznie.

surf3

Jeszcze na długo przed przejęciem Banku Rezerw Federalnych przez mafię bandycką, w 1897 roku francuski lekarz Rene Quinton odkrył, że woda morska jest w 98 procentach identyczna jak krew. On pierwszy zwrócił uwagę, że wody oceanicznej nie wolno traktować jak wody z solą ale jako osocze. Kolejnym odkryciem, którego ten geniusz dokonał było te, że komórki krwi z dodatkiem wody morskiej mają zdolność do regeneracji. Uzasadnił to tym, że wszystkie ziemskie minerały, nieskażone, koncentrują się w wodach oceanu, gdzie są gotowe do zastosowania w idealnie dopasowanych do życia na Ziemi proporcjach. To dlatego małże żyją po 400 lat a żółwie lub walenie po 200. Dwa razy dłużej niż zwierzęta lądowe.

To właśnie on robił zastrzyki z wody morskiej bezpańskim psom i udało mu się wyleczyć wszystkie i to ze wszystkich chorób i dolegliwości.

Quinton wiedział doskonale o tym, że odkrył coś rzeczywiście rewolucyjnego na polu medycyny i niezwłocznie pootwierał bezpłatne kliniki na terenie całej Francji, gdzie natychmiast za darmo zaczął leczyć dzieci z biegunki, gruźlicy i cholery…

Odkrył, że zastrzyki z wody morskiej uruchamiają w organizmie człowieka proces polegający na samoleczeniu. Bajecznie tani, bo niemal darmowy.

Odkrył technikę na podobny jak w przypadku nasion reset ludzkiego organizmu polegający na rozpoczęciu samooczyszczania krwi. A że krew dociera do każdego zakamarka organizmu… wiadomo – pomaga leczyć wszystko i wszędzie!

Jego doświadczenia na polu transfuzji notabene bardzo szeroko były wykorzystywane w okresie II Wojny Światowej, kiedy na każdym froncie były ostre niedobory krwi do transfuzji. Niemcy na szeroką skalę zastępowali krew wodą morską.

Wystarczy tylko się zastanowić i uzmysłowić ile obecnie jest pieprzenia z krwią do przetaczania… różne grupy krwi, wirusy, HIV, bla, bla, zapalenie wątroby i porównać to do materiału najczystszego i z najlepszą możliwą jakościowo zawartością osocza, to widać że współczesna medycyna jest chora. Chora na chemiczną mafię chciwych znachorów, która jest nowotworem i nigdy nie dopuści do zdrowego leczenia ludzkości.

Sam Quinton zmarł w 1925 roku. Francuski rząd, który początkowo dobrze traktował jego terapię, potem po wojnie dostał się jak reszta Europy pod wpływ międzynarodowej mafii rządzącej światowym przemysłem chorobowym i nie tylko nie dopuścił terapii poza Francję ale i we Francji przeforsował zakaz tego „podejrzanego procederu”. „Procederu”, który jeszcze w czasie ostatniej wojny uratował tysiące i setki tysięcy żołnierzy od śmierci z wykrwawienia.

Obecnie na przekór mafiom i masonom działa włoski onkolog Tullio Simoncini – właściwie to już „były onkolog”, ponieważ z powodzeniem leczył raka z pomocą zastrzyków wody morskiej. Oprócz raka woda ta podawana dożylnie niszczy też wszelkie, grzyby, pasożyty, wirusy i mnóstwo innych czynników chorobotwórczych nie znoszących „białej śmierci” czyli zwykłej morskiej soli. A pamiętajmy, że w wodzie morskiej nie ma jednej soli, tam jest bukiet soli a więc atak na chorobę jest… grupowy. Blitzkrieg po prostu i człowiek na wszystko chory staje się zdrowy.

Oczywiście bez szans na jakieś efekty uboczne. Tak tanio i tak skutecznie wyleczony pacjent to najgorszy koszmar dla mafii chemicznej. Nie można go „leczyć” dożywotnio, nie można naciągać na drogie pseudoleki, nie można go otępić chemikaliami aby kupował ich jeszcze więcej.

Dlatego więc nie stosuje się terapii dra Quintona.

Po pierwsze, kasa – wiadomo chemiczna mafia prędzej się zesra niż wypuści z ręki pieniążek.

Po drugie, ta cała masońska satanistyczno okultystyczna klika, potrzebuje ludzkiej krwi do swoich obrzydliwych obrzędów. Piją ją, kąpią się w niej, przetaczają i robią jeszcze inne plugawe rzeczy. To po to są stacje krwiodawstwa. To po to dla Katza – Wojtyły w „darze” po którejś tam pielgrzymce ofiarowano… TIR-a krwi ludzkiej – krwi polskiej. Krwi, której oczywiście po pielgrzymce brakowało w całym kraju do transfuzji! To po to przyłapany na lotnisku amerykański wiceprezydent targał walizkę pełną ludzkiej krwi, której przeznaczenia nie potrafił sensownie wytłumaczyć organom porządkowym. To chore i pora z tym w końcu skończyć – pora uświadomić pożytecznych idiotów, czyli „honorowych krwiodawców” że ich dar jest KOMPLETNIE BEZ SENSU. Na cholerę potrzebna ich pełna alkoholu i chorego syfu krew, kiedy jest do dyspozycji ocean mogący zalać każdą stację krwiodawstwa lub lożę masońską na 2 kilometry?

Dar tych dobrodusznych i naiwnych frajerów idzie zupełnie nie tam gdzie im się wydaje – a ponadto jest totalnie bez sensu. Swoim naiwnym poczciwym ziemniaczano buraczanym serduszkiem wspomagają tylko swoją własną pętlę narażając się zupełnie niepotrzebnie na zakażenie igłą i oddając to co najcenniejsze najgorszym i najbardziej zdegenerowanym bydlakom na Ziemi. I za co? W zamian za bezwartościową odznakę, kubek kawy i jakąś bejcowaną czekoladę, wy honorowi dawcy krwi, przedłużacie im plugawe życie?

Ha, ha „honorowi dawcy” to tak śmieszne matoły, że niemal żaden z nich nie wie o jedynej rzeczywistej korzyści wynikającej z faktu, że jest krwiodawcą – o tej że na tę swoją śmieszną książeczkę ma prawo do parkowania na miejscu dla inwalidów. Oni po prostu tego nie wiedzą kuźwa no i parkują prawie za miastem żeby wejść do biedronki.

Ale to wszystko nieważne bo oto przed nami:

Trzecia zadziwiająca właściwość wody morskiej.

Ostatnią niezwykłą cechą wody morskiej jest fakt, że tylko w niej występują nagie surferki i wie o tym zaledwie garstka ludzi na całej Ziemi.

surf5

O tym gdzie konkretnie można je odnaleźć wiedzą tylko nieliczni – ci najbardziej wtajemniczeni w sekrety morskiej wody. O wiele łatwiej znaleźć świętego grala na rogu jednorożca siedzącego w arce przymierza, niż ujrzeć własnymi oczami nagie surferki w środowisku naturalnym. Ten cud nad cudami występujący tylko raz na rok świetlny, nie jest dostępny na zawołanie. Nagą surferkę trudniej wypatrzyć niż ptaka Dodo, bo tylko przez kilka dni w roku ona jest zdolna się ukazać śmiertelnikowi na oczy. Przez resztę czasu krwawi, zrzędzi, powiększa cyca albo niańczy bachory, więc to jest zjawisko niezwykle unikalne i to nawet jeśli wziąć pod uwagę rozmiary kosmosu.

No i to tyle artykuła, (v.2 – o pięć lat odmłodzonego) za który na bank będzie mi przyznany Nobel z medycyny i Nobel z rolnictwa. Nobla za foczki raczej nie będzie ale i tak warto trzymać kciuki… najlepiej oba i w buzi 🙂

Reklamy