Palenie Zabija… Śmiechem

camel

Rok w rok setki tysięcy lekarzy, w tym onkologów, marnuje publiczne miliardy kontynuując najbardziej kłamliwą kampanią w dziejach ludzkości. Z poparciem marionetkowych zachodnich rządów, pseudomedyczni krętacze ścigają palaczy tytoniu z fanatycznym zacięciem godnym zatwardziałego debila.

Tymczasem, skromny, niewinny tytoń nigdy nie wyrządził nikomu żadnej szkody, a wręcz przyczynił się do zabezpieczania zdrowia milionów palących. Głównie przed rakiem płuc.

Do licha, tytoń jest organiczny przecież. To czyste „bio”, stuprocentowa natura. To nie jest przecież produkt ropopochodny, pierwiastek radioaktywny albo tworzywo sztuczne. To samo rośnie. To po prostu roślina. W dodatku o właściwościach leczniczych, bo niezawodnie chroni przed Alzheimerem i Parkinsonem. Zioło więc – roślina szlachetna, bo tak je określa każda jedna encyklopedia a nie jakiś diabeł z piekła rodem odpowiedzialny między innymi za raka. Tytoń to roślina tak zdrowa i apetyczna, że jako ochronę przed szkodnikami wypracowała sobie łagodny narkotyk – nikotynę.

Nie wszystkie kraje na świecie jednak to marionetkowe rządy na syjonistycznej smyczy więc zdarza się inne zdanie niż ma Europa i Ameryka w kwestii nagonki na palaczy tytoniu. Oto garść twardych, bo niepodważalnych faktów.

Japonia i Grecja mają największą na świecie ilość palaczy tytoniu, ale przy okazji najniższy wskaźnik zachorowalności na raka płuc.

Dziwne, prawda?

Dziwne, bo Hiroshima, Nagasaki, Fukishima a tu najniższy wskaźnik…

Dalej będzie jeszcze dziwniej. Ameryka, Australia, Rosja i wyspy na Pacyfiku, mają najniższy wskaźnik palaczy i największą liczbę przypadków raka płuc.

Pierwszy kontakt białego człowieka z tytoniem nastąpił w 1492 roku, kiedy Krzysiu Kolumb i jego towarzysz podroży, Rodriguo de Jerez ujrzeli palaczy na Kubie. Gdy Jerez jako pierwszy Europejczyk zaciągnął się tytoniem odkrył, że jest on bardzo relaksujący. Dokładnie tak, jak tubylcy zapewnili go, że będzie. Rodriguo odkrył to, co Kubańczycy i rdzenni Amerykanie znali od wieków: że palenie tytoniu nie tylko jest relaksujące ale leczy kaszel oraz kilka innych schorzeń dróg oddechowych.

Kiedy po powrocie do Hiszpanii Rodriguo dumnie odpalił sobie kubańskie cygaro na ulicy… został natychmiast aresztowany i uwieziony na 3 lata przez gorliwą (wybielaną dziś) Inkwizycję, która dym skojarzyła z diabłem słusznie zresztą z panującą wówczas linią polityczną. Już wtedy ktoś nad wolnością człowieczą czuwał wyręczając go od tego zmartwienia. De Jerez zatem stał się zatem pierwszą ofiarą antynikotynowych prześladowań. Tytoń jednak się przyjął. Jak wszystko zresztą to, co niedozwolone. W przeciągu mniej niż wieku, palenie stało się przyjemnym nawykiem w całej Europie a tysiące ton importowano, aby sprostać wzrastającemu popytowi. Spora liczba pisarzy sławiła go, jako uniwersalny lek na choroby ludzkości.

Efekt tej reklamy?

Na początku XX wieku, co drugi człowiek w Europie palił papierosy. Oczywiście bez filtra. W tym czasie przypadki raka płuc pozostawały na tak znikomym poziomie, że były praktycznie niewykrywalne.

A potem nagle coś nadzwyczajnego zdarzyło się 16 lipca 1945 roku.

Tamtego pamiętnego dnia palenie tytoniu stało się „szkodliwe”. To niezwykle ważny dzień, ponieważ od tamtej pory wszystkie zachodnie rządy zmieniły swój pogląd na palenie papierosów. Cóż takiego wówczas nastąpiło?

Eksplozja Trinity (trójcy) – broni masowego rażenia. Nie chodzi tu jednak o trójcę świętą, bo ta chociaż również masowo poraziła ludzkość, to wybuchła prawie dwa tysiące lat wcześniej. Eksplozja naszej Trinity to był test broni nuklearnej, która została zdetonowana w powietrzu. Dwa tysiące lat wcześniej eksplodowała ciemnota, tym razem wybuchła pomroczna jasność. Ciekawe, czy na kolejne dwadzieścia wieków.

Nasza współczesna, Trinity, to sześciokilogramowa kula plutonu. Trinity eksplodowała nad Nowym Meksykiem z mocą 20 tysięcy ton trotylu. W przeciągu sekund miliardy śmiertelnie niebezpiecznych cząsteczek radioaktywnych zostały wessane w atmosferę na wysokość kilkunastu kilometrów, gdzie prądy powietrzne mogły roznieść je jak świat długi i szeroki. Rząd amerykański wiedział o promieniowaniu wszystko, w tym o jego szkodliwości.

Skąd?

Przecież na grube dziesięciolecia wcześniej, odkrywczyni promieniotwórczości Maria Skłodowska umarła na białaczkę czyli nowotwór kości. III Rzesza również po próbnej eksplozji nad Bałtykiem wyciągnęła dwa oczywiste wnioski:

  1. Broń atomowa nie nadaje się jako broń strategiczna lecz tylko taktyczna. Jest zatem mało skuteczna w przypadku wojny na rozległym froncie.
  2. Broń ta jest obosieczna, gdyż nie tylko u wrogów ale również u swoich nieodwracalnie niszczy komórki a więc jest nie do przyjęcia przez cywilizowanych ludzi. Jest niehumanitarna.

Rząd amerykański, czyli tamtejsi syjoniści otrzymał od Niemiec przed „kapitulacją” dwie bomby atomowe (Hiroszima i Nagasaki) był zatem perfidnie świadomy śmiertelnych efektów promieniotwórczości dla wszystkiego co żywe, ale śmiało nakazał „testowanie” z całkowitym lekceważeniem zdrowia człowieka. W świetle każdego prawa było to po prostu działanie kryminalne, ale amerykański rząd nie dbał o to. Prędzej czy później, miał się znaleźć całkiem inny winowajca długoterminowych efektów, na które miały cierpieć cale napromieniowane pokolenia.

Z radioaktywnością jest tak, że jeśli tylko jedna, jedyna, mikroskopijna cząsteczka radioaktywnego pyłu opadnie na odsłoniętą skórę człowieka, na przykład na plaży, dostanie on raka skóry. Na bank. To nieuchronne. Kiedy wraz z oddechem jedna jedyna, mikroskopijna cząsteczka radioaktywnego pyłu dostanie się do płuc, śmierć na skutek raka płuc stanie się nieunikniona. No chyba, że ktoś akurat będzie wyjątkowo szczęśliwym palaczem papierosów. Dla niepalących taka cząstka w płucach to nieodwołalny wyrok śmierci, ponieważ ta mikroskopijna cząsteczka radioaktywna zanurza się głęboko w tkance płucnej, kompletnie przezwycięża rezerwy ciała w zakresie witaminy B 17, a to z kolei powoduje szybki i niemożliwy do kontrolowania podział komórkowy.

Rak bowiem to defekt komórki po prostu. W paru zdaniach opiszę to aby nie było niedomówień. Każda zdrowa komórka ludzkiego ciała wie dzięki programowi zapisanemu w DNA wszystko co jej dotyczy. Każda komórka wie kiedy ma rosnąć, kiedy się dzielić, czym ma być, co ma robić oraz kiedy obumrzeć. DNA to program, który to określa od pierwszej do ostatniej chwili życia komórki. Radioaktywność jednak rozpieprza ten program. Komórki rakowe robią co chcą, bowiem ich program jest uszkodzony. Komórki rakowe nie wiedzą, kiedy mają przestać rosnąć, nie wiedzą czym mają być czyli jakim organem oraz oczywiście nie wiedzą tego jak mają funkcjonować i co najgorsze, kiedy mają… umrzeć. Nie wiedzą tego no więc nie umierają. A ponieważ mają popieprzone DNA i nie umierają, powielają się i to razem ze swoim popieprzeniem. Patologia się namnaża. Rakowi nie przeszkadza oczywiście to, że jego komórki nie służą niczemu. Rakowi chodzi tylko o to aby się rozmnażać i nie ma tu znaczenia że to bez sensu, bo zabijając swojego nosiciela zabija też samego siebie. Aż do takiego stopnia komórki rakowe są popieprzone. Są jak zamachowcy samobójcy. Jedyną obroną jest zatem pełna eliminacja owych komórek. Zamachowców notabene też. Nie ma innego leku niż kompletna likwidacja.

Z komórkami się rozjaśniło, więc powróćmy do radioaktywności.

Jak można być absolutnie pewnym, że radioaktywne cząsteczki powodują raka płuc za każdym razem, kiedy organizm jest wystawiony na nie? Dla prawdziwych naukowców, to nie jest problem.

Aby w ogóle jakakolwiek teoria o szkodliwości czegokolwiek została naukowo zaakceptowana, musi najpierw zostać udowodniona. Udowodniona stosownie do rygorystycznych wymogów, powszechnie uzgodnionych przez szerokie grono naukowców. Prawdziwych naukowców a nie oszołomionych przez propagandę krzykaczy. Zupełnie tak samo jak dowód winy oskarżonego w jakimkolwiek uczciwym sądzie. Dowód materialny, nie budzący wątpliwości. Żadne tam kuźwa poszlaki, pomówienia lub czy domniemania. Dowód według najściślejszej definicji dowodu naukowego.

A więc, najpierw podejrzany czynnik radioaktywny musi zostać wyizolowany a następnie użyty we właściwie kontrolowanym eksperymencie po to, aby osiągnąć spodziewany rezultat, na przykład raka płuc u ssaków. No więc naukowcy poświęcili bezlitośnie dziesiątki tysięcy myszy i szczurów na przestrzeni dziesięcioleci, rozmyślnie wystawiając ich płuca na materiał radioaktywny. Udokumentowane wyniki naukowe tych eksperymentów są identyczne i możliwe do powtórzenia: każda mysz i każdy szczur posłusznie dostaje raka płuc po zetknięciu z materią radioaktywną. Każda mysz i każdy szczur zdycha na nowotwora. Teoria została więc przetworzona w twardy naukowy fakt i to w ściśle kontrolowanych, laboratoryjnych warunkach.

Wniosek – podejrzewany czynnik, czyli materiał radioaktywny powoduje oczekiwany rezultat, czyli raka płuc, kiedy wdychany był przez ssaki.

Ogromu ryzyka raka płuc dla człowieka, pochodzącego z atmosferycznego opadu radioaktywnego nie sposób zlekceważyć. Zanim Rosja, Anglia i Ameryka w 1963 roku zabroniły testów atmosferycznych, ponad 4200 kg radioaktywnego plutonu zostało rozpylone w atmosferze. „Przyjazne” swym nieszczęśliwym obywatelom zachodnie rządy rozpyliły więc 4,2 miliarda śmiertelnych dawek w atmosferze. Przerażające? Niestety, jest jeszcze gorzej. Pluton istnieje faktycznie w broni nuklearnej przed detonacją, ale o wiele bardziej niebezpieczne cząsteczki radioaktywne to te znajdujące się w zwykłej glebie lub piasku, który został wessany z gruntu i napromieniowany podczas podroży pionowo w gorę, na skutek tak zwanej kuli ognia, stworzonej przez bombę. To te cząsteczki stanowią większą cześć atomowego grzyba. W większości przypadków kilka ton materiału zostaje wsysana i na stałe napromieniowana w czasie swojej podroży, ale bądźmy skromni i powiedzmy, że jedynie tona materiału bywa wsysana podczas każdego indywidualnego testu nuklearnego. Zanim więc testy zostały zakazane, zostało przeprowadzonych 711 nuklearnych detonacji atmosferycznych, co daje 711 ton śmiertelnie niebezpiecznych radioaktywnych cząstek, do których należy doliczyć oczywiście „oryginalne” 4,2 tony z samej broni. Ogólnie więc jest to 715 ton. Istnieje więcej niż milion śmiertelnych dawek w każdym kilogramie, co znaczy, że odpowiedzialne za to syjonistyczne rządy zatruły atmosferę 715 miliardami takich porcji wystarczających, aby spowodować raka skóry lub płuc 117 razy w każdym mężczyźnie, kobiecie i dziecku na Ziemi. Tak, to są te same rządy które tak mocno dziś „chronią” planetę Ziemia przed asteroidami, kosmitami, azbestem, terroryzmem albo ociepleniem…

Roznoszone dookoła świata przez stratosferyczne prądy powietrzne cząsteczki osadziły się wszędzie, ale najwięcej w promieniu 3 tysięcy kilometrów od miejsca wybuchu. Zwykły wiatr, powódź, trzęsienie ziemi lub inne zakłócenia na powierzchni – to wszystko co potrzeba, aby je ponownie poruszyć, włączyć do obiegu i stworzyć śmiertelne zagrożenie dla ludzi będących w zasięgu wiatru, trzęsienia czy powodzi. Niegdyś niewinne kopanie na plaży dołków w piasku, dziś bardziej przypomina samobójstwo, jeśli się zdarzy poruszyć parę radioaktywnych cząstek, które mogą przylgnąć do skóry lub zostać wciągnięte do płuc z oddechem.

W 12 lat po teście Trinity, stało się najzupełniej oczywiste, że sprawy wymykają się spod kontroli. Było to po tym, jak w 1957 roku Brytyjska Rada Badań Naukowych ogłosiła w swym raporcie, że: „Globalnie liczba zgonów na skutek raka płuc podwoiła się w okresie 1945 – 1955”.

Chociaż nie podano żadnego wyjaśnienia zatajając oczywistą rolę promieniotwórczości, wnioski nasuwają się same, bo w tym samym okresie, liczba zgonów na raka w pobliżu Hiroszimy i Nagasaki podskoczyła aż trzykrotnie. Do końca oficjalnego testowania atmosferycznego w 1963 roku liczba zgonów na raka płuc na Wyspach Pacyfiku zwiększyła się pięciokrotnie. Dla rządów nadszedł czas podjęcia działań odwracających uwagę. Według najlepszych konspiracyjno – spiskowych tradycji uruchomiono starą koczowniczą metodę: „kradnij i krzycz najgłośniej: łapaj złodzieja”.

Jak dowieść ludziom, że szkodzą sobie sami wywołując raka płuc?

Jak uczynić ich winnymi niszczenia własnego zdrowia?

Jak odkręcić kota ogonem, żeby nie pociągnąć do odpowiedzialności władzy?

To trudne pytania ale rządy sprostały.

Znaleziono WINNEGO. Jedyną ewidentną substancją, poza radioaktywnym powietrzem którą ludzie wdychali był… oczywiście dym z papierosa.

Co drugi człowiek przecież palił.

Tak więc położony został bardzo wielki nacisk w kwestii dymu, mimo iż ludzkość, a w szczególności ludzkość rasy białej wywodziła się z jaskiń przecież, gdzie z braku wentylacji i obowiązku wyborczego spędzała całe tysiąclecia pogrążona w dymie z ognisk, na których piekło się to, co na drzewo nie uciekało. Nawet jeśli kiedykolwiek dym był dla białego człowieka szkodliwy, to tysiące lat jaskiniowania z pewnością go na niego uodporniły. Biały człowiek nie znał raka i to od czasów jaskiniowych.

Sprostytuowani pseudobadacze medyczni nagle zostali zalani ogromnymi dotacjami rządowymi, ukierunkowanymi na udowodnienie, że palenie tytoniu powoduje raka płuc. Najlepsze jednak jest to, że do dziś, czyli już sześćdziesiąt lat oni nie mogą zdobyć takiego dowodu. Oni wciąż szukają.

Prawdziwi naukowcy, w tym paru znaczących fizyków nuklearnych, uśmiechało się z politowaniem na widok wysiłków antynikotynowego lobby. Pseudomedyczni badacze zostali, bowiem poproszeni, aby udowodnili swoje fałszywe teorie w takich samych warunkach, jakie były stosowane, kiedy dowodzono, że radioaktywne cząstki powodują raka płuc u ssaków.

Pamiętamy, że aby jakakolwiek teoria została zaakceptowana, musi być udowodniona naukowo w zgodzie z rygorystycznymi wymogami, nieprawdaż?

Najpierw więc podejrzany czynnik, czyli dym tytoniowy, musi być odizolowany, a następnie użyty we właściwie kontrolowanych warunkach po to, aby dać w efekcie pożądany rezultat, czyli raka płuc u ssaków.

Tak też zrobiono.

Wynik?

Pomimo wystawiania tysięcy mysz i szczurów na równoważnik 200 papierosów dziennie i to całymi latami, nie udało się ani razu wywołać raka płuc u żadnej myszy czy żadnego szczura. Ani jednego razu. ZERO.

Tak, tak, przeczytaliście prawidłowo.

Przez ponad pół wieku lat setki tysięcy tak zwanych doktorów medycyny rozmyślnie nas okłamywało. Oni wręcz dowiedli, że palenie nie może w żadnych warunkach wywoływać raka płuc – chociaż z premedytacją głoszą zupełnie inaczej.

To nie koniec. Najlepsze dopiero będzie.

W jednym wielkim eksperymencie, którego NIGDY NIE POZWOLONO OPUBLIKOWAĆ, prawdziwi naukowcy dowiedli, że palenie faktycznie pomaga zabezpieczać przed rakiem płuc.

Jak?

To stosunkowo proste. Wszystkie myszy i szczury używane są, hmm… jednorazowo. Oznacza to, że w danym eksperymencie – po jego zakończeniu – żeby nie przekłamywać wyników one są następnie cóż… są tego… likwidowane. Taki mysi holokaust, najpierw eksperyment, potem w czapę i do pieca. Albo do pieca bez czapy, różnie bywało. To nie ja zresztą procedury wymyśliłem tylko oni. W ten sposób naukowcy upewniają się, że wyniki substancji, którą testują, nie zostaną przypadkowo przekłamane poprzez efekty lub obecność innej substancji.

Założenia założeniami, życie jednak to pasmo pomyłek.

A więc w wyniku zwyczajnej ludzkiej pomyłki, pewnego razu parę tysięcy myszy użytych w eksperymencie z tytoniem, zamiast do pieca trafiło do eksperymentu z radioaktywnymi cząsteczkami, który w przeszłości zabijał każdy jeden egzemplarz z nieszczęsnych ofiar testów. Ale tym razem, wbrew wszelkim szansom, sześćdziesiąt procent palących w poprzednim eksperymencie gryzoni, przetrwało wystawienie ich na radioaktywne cząsteczki. Dostrzegliście subtelną różnicę? Jedyną bowiem było ich wcześniejsze wystawienia na znaczne ilości dymu papierosowego.

Szok, prawda?

Presje rządowe dało się odczuć od razu i fakty te zostały raz, dwa wyciszone, ale nie uciszyło to prawdziwych naukowców. Profesor Schrauzer, Prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia Chemików Bio Nieorganicznych, składał zeznania przed Komisją Kongresu USA w 1982 roku. Ich zapisy oczywiście istnieją. Mówił, że naukowcom wiadomo od dawna, iż pewne składniki dymu papierosowego działają jako czynniki antyrakowe, kiedy substancje powodujące raka stosowane są na zwierzętach. Zastosowanie składników dymu papierosowego skutecznie przeciwdziała nowotworom. Zeznał również, że żaden składnik dymu papierosowego nie spowodował raka w ludzkich płucach. Mimo najszczerszych chęci nikt nie był w stanie wytworzyć raka płuc u laboratoryjnych zwierząt na skutek palenia. Całkiem ładna odpowiedź na raczej kłopotliwy problem jakim jest brak jakichkolwiek dowodów na szkodliwość palenia.

Brakuje do dziś na to dowodów.

Brakuje, bowiem tak zwana medycyna, czyli pseudomedyczna mafia wciąż, i wciąż, i wciąż… go szuka!

Każdy syjonistyczny rząd blokuje na ten temat niewygodne publikacje w magazynach naukowych.

Co więc wymyślono w sprawie epidemii nowotworów?

Wymyślono zmianę edukacji, czyli szkoły medyczne, w których uczono fałszywie, że palenie powoduje raka płuc. Koniec kropka. Jak dowodzi historia, głupota długo powtarzana oraz odpowiednio długo nauczana, później nie wymaga już weryfikacji lub nauki w ogóle. Staje się „prawdą objawioną”, czyli nie podlegającym dyskusji dogmatem i…?

I oczywiście dalej już napędza się sama.

Do najbardziej pociesznych historii o rzekomej szkodliwości palenia należą przeczące sobie samym swym istnieniem, umieszczane raz po raz w mediach „ostateczne triumfalne dowody” na szkodliwość palenia. Czyżby więc teoria ta nadal była jednak nieudowodniona? To dlaczego jest i była ona wykładana na uczelniach medycznych skoro jest niepotwierdzona?

Naiwne, nieprawdaż?

Tymczasem propaganda trwa, bo lekarzy, którym wyprano mózgi jeszcze na uczelniach, nie ubywa tak jak nie ubywa kasy na propagandę aby dalej trwała.

Do podobnych triumfalnych rewelacji zaliczyć można również tę, którą niedawno, ogłosili na cały świat „brytyjscy naukowcy”, że nikotyna bardziej uzależnia od marihuany.

Wielu inteligentnych i odpornych na propagandę ludzi pyta jednak nawiązując do udokumentowanych dowodów: w jaki sposób tamte palące myszy zostały zabezpieczone przed radioaktywnymi cząsteczkami?

A ci najinteligentniejsi pytają bezczelnie nawet: dlaczego według aktualnych danych w dzisiejszych czasach dużo więcej niepalących umiera na raka płuc, niż palących?

To są przecież bardzo proste pytania.

Profesor Sterling z Uniwersytetu, Simona Frasera to wyjaśnił. Ustalił, że palenie tytoniu powoduje formacje cieniutkiej warstwy flegmy na płucach, która tworzy zabezpieczającą warstwę, powstrzymującą cząsteczki rakogenne od zagnieżdżenia się w tkance płucnej. Jest to bowiem dowiedzione naukowo. Śmiertelnie niebezpieczne cząsteczki radioaktywne wdychane przez palacza, są przechwytywane w warstwie flegmy, a następnie zostają, (np. z odchrząknięciem) usunięte z ciała, zanim zdążą się zagłębić w tkance organizmu i spowodować rozwój choroby nowotworowej.

To może powodować ciężką depresję u niepalących ale nic straconego. Istnieje bowiem parę rzeczy, które mogą zrobić, aby zminimalizować ryzyko raka płuc tak dalece, jak to możliwe.

  1. Niepalący i nie myślący – czyli ci naiwniacy, którzy łudzą się że jakiś zachodni rząd się o nich troszczy lub chce ich dobra – powinni najpierw podleczyć się trochę na głowę a potem nigdy, przenigdy nie stronić od palaczy, tylko przysiąść się bliżej i powdychać ten jakże drogi dym z drugiej ręki. Do dzieła matołki. Nie wstydzicie się, wciągnijcie parę głębszych sztachów.
  2. Mogą oni również sami zaszaleć i zapalić papierosa, skręta lub cygarko po każdym posiłku. Jedynie trzy razy dziennie. Tyle w zupełności wystarczy, aby utworzyć w drogach oddechowych, tę cienką lecz bezcenną, ochronną powłoczkę flegmy. Życiodajną w tych radioaktywnych, syjonistycznych czasach.

To że nie ten zarabia na palaczach kto zasieje, wyhoduje, zbierze, zapakuje, dostarczy oraz sprzeda, tylko rządy obkładające sięgającą 90 % ceny akcyzą, to już nie jest nawet patetyczne czy obłudne. To jest po prostu czyste skurwysyństwo ze strony tych zbrodniczych bandytów.

Syjonistyczne rządy zachodnie po napromieniowaniu ludzkości masowo tuszują swoje nuklearne zasługi i za pieniądze swoich ofiar starają się na nie przerzucić swoją wyłączną winę. A jako że nie ma takiej podłości jakiej rząd by nie zrobił aby zachować władzę, jest jak jest obecnie…

Dlaczego to robią również rządy nie posiadające na sumieniu doświadczeń nuklearnych, takie jak nasz na przykład?

Ponieważ leci mu kasa z akcyzy. 90 %. Biedni palacze to żyła złota dla rządowych pasożytów.

Jeśli nie dotarło oto w prostych żołnierskich słowach: ofiary płacą za dziesięć paczek papierosów, otrzymują tylko jedną i dowiadują się na otarcie łez, że nowotwory płuc to ich wina.

Czyli ci, którzy chronią swoje płuca przed rządowym nowotworem są za niego obarczani odpowiedzialnością moralno finansową.

Syjonistyczne rządy nie powiedzą oczywiście, że całe tysiące ich szpiegowskich satelitów krążących wokół planety, zasilane jest minireaktorami jądrowymi. Nie powiedzą też, że co jakiś czas paliwo im się kończy i jeden po drugim satelity te spadają na Ziemię, a spadając spalają się radośnie rozprzestrzeniając w atmosferze całą promieniotwórczą zawartość swoich reaktorów.

Od czasu pierwszej eksplozji nuklearnej do końca XX wieku na raka umarło w samych krajach rozwiniętych 100 milionów ludzi. W XXI umrze miliard.

Pomyślcie o tym przez chwilę.

Jednak nie myślcie za długo, bo zanim się obejrzycie palących już nie będzie a oni wmówią, że raka wywołuje tlen lub azot i przyjebią akcyzę od tych gazów. Jeśli nie wystarczy wprowadzą też akcyzę na wodę – w końcu nowotwory układu pokarmowego też trzeba będzie kiedyś „objaśnić” i „wytłumaczyć”.

Nagonka na niewinne palenie to nie bajka.

Bajką jest jedynie szkodliwość palenia.

A ta bajka kończy się tak, że wszyscy żyli krótko i nieszczęśliwie. Najkrócej niepalący.

Gdyby palenie rzeczywiście było szkodliwe nie byłoby żadnych problemów ze znalezieniem na to… dowodów.

A tych nie ma. Ich się nadal szuka.

Zamiast nich jest jedynie kłamliwa do bólu propaganda i żałosne do bólu obrazki. Takie jak ten na przykład:

noga

Historia tego kolesia z nogą jest kuriozalnie pouczająca, bo obnaża plugawy bandytyzm tych wszystkich rządowych kurew.

Ten 60-latek z Albanii o zdjęciu swojej nogi, która nagle znalazła się na paczkach papierosów w całej Europie, dowiedział się od syna, który pojechał po tytoń do Luxemburga. Koleś protestuje, jego prawnik szykuje się do boju, sytuacja się już bardziej napięła od skóry jego nogi. Albańczyk twierdzi bowiem, że jej amputacja nie miała absolutnie nic wspólnego z paleniem papierosów. Najbardziej jednak zapienił się, bo zdjęcie wykorzystano bez jego zgody. Albańczyk na stałe mieszka w Metz we Francji.

Utrata nogi nie miała nic wspólnego z paleniem. Albańczyk, padł ofiarą napaści w swojej ojczyźnie w 1997 roku. Został postrzelony w nogę i lekarze musieli amputować kończynę. Druga noga mężczyzny ma blizny po oparzeniach.

Źródło:

https://www.o2.pl/artykul/rozpoznal-swoja-noge-na-papierosach-nie-stracil-jej-przez-palenie-6403954097633409a

Kolejny przypadek to ten, kiedy 50-letni Włoch przeżył szok, gdy po kupieniu paczki papierosów zobaczył na niej zdjęcie umierającej żony. Mężczyzna uważa, że jej wizerunek został użyty bezprawnie i żąda 100 mln euro odszkodowania.

Mieszkaniec Misano Adriatico złożył pozew przeciwko koncernowi tytoniowemu. Zaznaczył, że śmierć jego żony nie miała żadnego związku z paleniem papierosów. Kobiecie zrobiono zdjęcie, gdy zaintubowana leżała w szpitalu.

Źródło: https://www.ilmessaggero.it/italia/pacchetto_sigarette_foto_moglie_morta_chiede_maxi_risarcimento-4608790.html

Kolejny przypadek to Hiszpan, który się odnalazł na paczce papierosów po operacji pleców nie mającej oczywiście nic wspólnego z paleniem papierosów

plecy

Źródło:

https://www.telegraph.co.uk/news/2016/11/15/spanish-man-claims-picture-on-cigarette-packet-warning-was-taken/

I to właśnie co powyżej to są „dowody” na szkodliwość palenia. Dowody preparowane w starym bandyckim, syjonistycznym stylu.

Reklamy