Gran Turismo Tre – Slalom Gigante

Busik wesoly
Po trwającej rok nierównej walce busem po niemieckojęzycznej Europie, gdzie Niemcom już udało się rozkopać 60 procent autostrad i zostać największymi chamami na kontynencie, rok temu z przyjemnością powróciłem na szlaki po krajach cywilizowanych – w których drogi już są zbudowane.
(Ta śmieszna, lecz nieszczęśliwa niemiecka epopeja będzie nosić nazwę Gran Turismo Zwei, ale jako że jeszcze jest w trakcie pisania, to w celu zachowania chronologii, teraz przejdę od razu do części trzeciej – bo moja wena jest na tym kierunku o wiele bardziej zdrowsza.)
Odkąd zaprzestałem bardzo depresyjnego jeżdżenia po szwabach, znowu mam nieograniczone zapasy energii do pokonywania kilometrów na europejskich szlakach.
Moją ulubioną trasą od zawsze jest droga z Italii do Francji, lub z Francji do Italii przez miasteczko Sospel i przełęcz Tende. Jest to najbardziej kręta droga jaką znam – to znaczy znałem, bo tym razem znowu okazało się jak bardzo dużo jeszcze w życiu nie widziałem. Ale nie uprzedzając faktów, droga do Sospel, nieważne z jakiego kierunku zawsze była dla mnie największą przyjemnością jako kierowcy. Setki razy pokonałem ją osobówką ze względu na jej maksymalne zakręty – wydobywające to co tylko można wydobyć z zakrętu – czyli maksymalną wartość 360 stopni. Jest ich tam takich aż kilkadziesiąt i jadąc nimi człowiek czuje, że żyje. I nawet kiedy wszystko gra i nic się nie dzieje odcinek do Sospel był odcinkiem specjalnym Rajdu Monte Carlo właśnie ze względu na swoje niesamowite zakręty. Wygląda to tak jak na poniższym zdjęciu (foto własne) – w środku kadru.
sospel
Stromizny są takie, że w pół godziny człowiek startujący z Nicei może się znaleźć półtora kilometra nad poziomem morza nie oddalając się w linii prostej nawet na 50 kilometrów od przedmiotowego morza. To właśnie na takich drogach kręcone są reklamy dla Januszów, nabywców tych wszystkich matizów i multiplów, w których szczęśliwy konsument z łokciem na szybie i cygarem w pysku mknie po pustych alpejskich serpentynach niemal spuszczając się z radości wywołanej zakupem tego kolorowego jak sraczka gówienka. Ten nieszczęśliwy nabywca jeszcze nie wie, że nigdy, absolutnie nigdy, taką drogą nie pojedzie w realu, tylko całe życie będzie zapierdalał po osiedlowych dziurach i progach zwalniających albo gotował sobie wodę w chłodnicy w stukilometrowych polskich korkach, no ale reklamy jak trzeba on ma opanowane.
No ale nieważne, chodzi o to, że ta droga jest tak piękna, że nigdy nie przepuściłem okazji aby ją sobie odpuścić, bo taki już jestem, że jak już auto jakieś mam pod ręką, to chcę jak ten koleś z cygarem pojechać kiedy jest możliwość zamiast się męczyć na progach zwalniających jak typowy Janusz wybierający się co niedzielę uchlać na ogródkach działkowych razem z całą rodziną.
Droga z Nicei do Cuneo we we Włoszech jest najbardziej widokową drogą we Francji. Jakieś 50 – 60 kilometrów serpentyn i małych miasteczek – cały czas pod górkę – a na górze wyrąbany ze 150 lat temu tunel pod samą przełęczą, który jacyś dzielni wykonawcy ulepili tak nieszczęśliwie, że jest ruch wahadłowy bo nie mogą się w nim wyminąć współczesne ciężarówki. Wbija się do tunelu we Francji, pokonuje 3 kilometry w ciemnicy jak w dupie i wyjeżdża w Italii. Przejażdżka tą drogą to wprost niesamowita przyjemność a po drodze kilka fontanelek z czyściuteńką źródlaną wodą jaka spływa z góry.
Busikiem robiłem już dwa podejścia do tejże trasy – jedno udane, drugie nie. Za pierwszym razem – jakiś rok temu – jechałem citroenem. Cytryna będąca prawdziwym egzotykiem na busach, bo 90 procent nich to iveco oraz renówki, miło mnie zaskoczyła bo się okazało że ma dwie zajebiste zalety – niespotykane zupełnie w innych busach. Promień skrętu tak mały że zawstydza niejedną osobówkę oraz zawieszenie tak doskonałe że po progach zwalniających, dziurach, krawężnikach, człowiek leci niczego nie czując jak Sindbad na latającym dywanie. Niestety ale to koniec zalet cytryny, bo reszta to niekończąca się lista wad. W Citroenach jest tyle czujników od niepotrzebnych rzeczy, że ciągle się któryś jebie uniemożliwiając normalną jazdę mimo że auto jest w pełni sprawne a nawala tylko czujnik od czegoś co jest nieistotne. Drogę przez przełęcz Tende cytrynka pokonała w zajebistym stylu – bez żadnych problemów wchodząc w ciasne zakręty, bo akurat wtedy mi żadne czujniki nie zaszwankowały ani razu. Drugie podejście do tej przełęczy miałem pół roku temu jak z Paryża zrobiłem przeprowadzkę do Monte Carlo. Koleś od tych gratów podczas pogawędki zapytał gdzie potem jadę, powiedziałem mu że do Włoch a on że przez Tende nie da rady bo się tunel zawalił i zamknęli drogę. Ponieważ wszystkie Francuziki z Paryża są jak Mateusz Morawiecki – notorycznymi, patologicznymi kłamcami – sam postanowiłem te rewelacje zweryfikować, bo nie chciałem z powodu plotek stracić okazji do przejażdżki przez Sospel. Jak tylko zrzuciłem jego smętne paryskie graty, żwawo podleciałem do Nicei i zaraz za nią jak tylko się zaczyna droga pod górkę doczytałem na tablicach informacyjnych że rzeczywiście droga na przełęcz zamknięta. Zwracam więc honor Francuzikom z Paryża a Morawiecki niech najpierw sobie honor na raty kupi, bo nic nie stracił skoro nie miał na honor nawet kredytu. No i drugiego podejścia do przełęczy Tende busem nie było. Aż do teraz.

Droga dla czołgów

Kiedy się rozpoczęła tegoroczna letnia olimpiada nawet nie przypuszczałem że będę brał w niej udział startując w slalomie gigancie jako reprezentant Polski. Ale tak właśnie wyszło. Przedostatni weekend lipca 2021 spędziłem w wybornym towarzystwie zgrzewki żubra nad Atlantykiem patrząc sobie na oceaniczne fale. Przywiało mnie tam z jakiejś Holandii, z której chciała się autostopem na południe zabrać jakaś nawet ładna dupa. Zgarnąłem ją z parkingu gdzie sterczała z kartką, a jak już się w kabinie umościła zapytałem.

  • Ale masz szczepienia, prawda?
  • Tak oczywiście, dwa.
  • No to wypierdalaj. – cieplutko się z zarażoną pożegnałem.

Weekend więc spędziłem sam a w poniedziałek los mi zesłał na popołudnie wspaniałą trasę jeszcze bardziej na południe: z La Rochelle do Antibes koło Cannes z pilnie potrzebnymi w jakiejś szkole klimatyzatorami. No i pięknie, Pireneje, Alpy, most w Millau – same interesujące sprawy – będące poza zasięgiem nieszczęśników z dużych – którzy przykuci Tirami do swoich autostrad nigdy czegoś tak ładnego nie zobaczą. Na załadunku inżynierowie z Tunezji tradycyjnie zamarudzili parę godzin, no więc z popołudnia zrobiła się głęboka noc i do celu dopiero nad ranem dotarłem. Te 900 kilometrów po górach pokonałem dwa razy szybciej niż 300 kilometrów po rozkopanych szwabskich autostradach – więc to daje pojęcie jaką katastrofę oni sobie sami zrobili tymi koparkami. Hitler, który od zera zrobił łopatami autostrady w całych szkopach w dwa lata – widząc jak jego własna córka Angela już 30 lat je „remontuje” – chyba się w grobie przewraca i kombinuje jak by tu cofnąć czas i na poważnie pomyśleć o skrobankach. No ale nic, zwaliłem punktualnie o 8 rano te klimatyzatory, na które już inna brygada inżynierów z Maroco czekała żeby je zepsuć, a że do plaży miałem tylko jakieś 3 kilometry, tam sobie uderzyłem nockę odespać i pogapić na opalające się dupy. Znalazłem ciekawe miejsce z zatopionymi ruinkami wśród których do samych nóg podpływały rybki w krystalicznie czystej wodzie, pogapiłem na dupy tradycyjnie opalające się topless i w maseczkach – to najnowsza świecka tradycja we Francji – wykąpałem w cudownie ciepłej wodzie i poszedłem w kimono. W południe słońce mnie tak zjarało, że musiałem obrócić się na drugą stronę żeby jeszcze pospać. Jakoś o trzeciej po południu sobie o mnie przypomnieli – dali sygnał że jutro będę miał załadunek w Mediolanie. Zrobiłem więc michę i z pełnym żołądkiem uderzyłem do Nicei sprawdzić na tablicy czy może zawalonego tunelu pod przełęczą Tende przez ostatnie pół roku nie ogarnęli. Na tablicy jak wół info, że droga na przełęcz otwarta.
Ogarnęli! Hura! Lecimy na moją ulubioną przełęcz, proszę państwa!
Do celu w Mediolanie miałem jakieś 300 kilometrów więc się zapowiadała całkiem urocza popołudniowa przejażdżka po najlepszych do jazdy górach. Jakieś 20 kilometrów było spokojnie. Potem bus zaczął mi co chwila przypominać, że nie jest citroenem. Obecnie bowiem jeżdżę klasyczną renówką. Nówka sztuka. Ma nawet wyjebany jeden fotel z przodu żeby zrobić miejsce na aneks kuchenny i przedpokój prowadzący do sypialni. A, że sypialnia spora to jest miejsce dla bacy i nawet dwóch prostytutek. Niestety na tym się kończą zalety renówki, bo jeśli chodzi o promień skrętu to ma taki sam jak w tramwaju. Co z tego, że na renówkę można trzy tony załadować i się nic nie dzieje, skoro żeby wziąć zakręt na trasie przez Sospel trzeba zjechać na drugi pas i jadąc nim pod prąd go pokonać. Ale w sumie jak się człowiek najpierw tak dobrze wychyli i sprawdzi czy coś z góry na czołówkę nie leci to można nawet na raz te zakręty po zewnętrznej zrobić. Pierwsze dwadzieścia kilometrów to był w sumie luzik – przed zakrętami jedynie szyja mi mocno pracowała. Ale potem – czyli jakieś 30 kilometrów do tunelu – naprawdę się zaczęło. To co tam widziałem to się po prostu w pale nie mieści. Tam był w październiku huragan Alex który wszystko tam zmienił. Większość drogi zniknęła zabrana przez wodę a te nieliczne fragmenty które ocalały „ponaprawiano” tak że spychaczami podsypano góry piachu i żwiru żeby można było z jednego na drugi fragment przejechać.

pobraneWłasnych fotek nie mam, bo nie dało się ich zrobić – posiłkuję się tymi z neta. Ten odcinek do tunelu to była jazda rollercoasterem, albo pionowo w dół albo pionowo pod górę, poprzez półmetrowe dziury i przesmyki takie że kilka razy musiałem składać lusterka żeby przejechać. Katastrofa to mało powiedziane. To co się tam wydarzyło to jakiś armageddon. Większość drogi jak już pisałem, nie istnieje. Od jednego do drugiego jej fragmentu można przejechać po usypanych koparkami hałdach. Zniszczone wszystkie robione od średniowiecza kamienne mosty, stosy porzuconych samochodowych wraków. Widziałem ze trzy osunięcia ziemi.

pobrane (1)Takie prawdziwe – w których jakiś hektar ziemi zjechał do potoku razem ze stojącymi na niej tymi gigantycznymi świerkami. Po prostu masakra. Ale nie osunięcia ziemi były najgorsze. Najgorsze były spadające z góry głazy. Setki jeśli nie tysiące głazów – takich prawdziwych – wielkości autobusu, które lecąc z góry wyrąbywały niewyobrażalne przecinki w lesie i orały takie ilości gleby że to po prostu nie do wiary. A jak spadając na dół napotykały domki lub mosty to jak klocki lego wszystko się rozsypywało. Ba, nawet olbrzymi bunkier z betonu wielkości kamienicy zjechał sobie na sam dół z samej góry w jednym miejscu. Kilka miasteczek jest tam po drodze i ludzie ci zostali totalnie odcięci od świata. Oni od października mają totalny lockdown przy którym niczym są jakieś nasze ograniczenia. Prąd, internet, woda – to wszystko idzie po rurach i kablach a jako że kabli nie ma… no po prostu ci ludzie powrócili do średniowiecza.
Po tej drodze tylko ciężki sprzęt jeździ – niemal cały czas wahadłowo – no i ciężarówki oraz jak ktoś ma szczęście to dadzą radę także terenówki. Nie mają tam kompletnie niczego do szukania Janusze z passatów lub ta trudna młodzież z beemek. Droga do tunelu to po prostu na dzień dzisiejszy droga dla czołgów. Ta katastrofa jaką był huragan tysiąclecia Alex, przerosła możliwości Francuzików. Trzy czwarte z setek firm jakie to reperują jest na tablicach szwajcarskich – a i to w świetle gigantycznych zniszczeń nie gwarantuje, że przez najbliższe 10 lat oni tę sytuację chociaż z grubsza ogarną. Tam po prostu to co stało przy potoku już nie stoi, bo spłynęło do Nicei, nawet groby popłynęły nad morze z paru cmentarzy – ocalały jedynie domki stojące dalej od rzeki. Ze dwa bary widziałem czynne na tej Alei Potępienia (kto czytał książkę Zelaznego ten wie o jaki klimat postapokaliptyczny chodzi) więc do obu wpadłem na kawkę, bo tak już mam że im bliżej jestem Italii, tym bardziej mi kawa smakuje. Ideałem – niedościgłym – jest oczywiście prawdziwe włoskie capuccino z prawdziwego włoskiego baru – ale już w pobliżu Włoch kawa mi w barach smakuje. W obydwu czynnych barach cisza i to samo: wszystkie kobiece spojrzenia – od 15 do 115 lat – bez słowa wyrażają jedno: „zabierz mnie stąd dobry człowieku”, „zabierz natychmiast jak najdalej”.
Niestety sytuacja jest taka, że już jakieś 5 lat temu skończyły mi się zapasy litości dla kobiet w potrzebie, odkąd jedna z nich obdarowała mnie cudownym dzieckiem w nagrodę za moje serce. I tak się szczęśliwie złożyło że teraz Małego mam na głowie a nie jakieś potrzebujące baby. Nie ze mną te tanie numery…
Ze względu na maksymalną koncentrację i niekończące się wstrząsy nie udało mi się zrobić filmu z przejażdżki drogą dla czołgów. Stąd parę fotek z neta żeby zilustrować w zastępczy sposób nasze zagadnienie.

original

original (2)

original (6)

original (5)

original (3)

original (1)

W rzeczywistości wygląda to jeszcze gorzej niż na obrazkach, bo woda już spłynęła a ruiny obeschły. Chciałem zrobić film ale niestety – bez pasażera, który robiłby za stabilizator obrazu – okazało się to niemożliwe. Miejsc natomiast aby się zatrzymać i wtedy zrobić zdjęcie, po prostu nie ma. Niemal cały czas jest ruch wahadłowy i trzeba się sprężać żeby nie przyjebać w jakąś koparkę albo drogi dla czołgów nie zaplombować.
Lokalni muszą sobie radzić sami – albo błagać wzrokiem o zabranie ich w cholerę – albo z osobówek przesiąść się na buty i w taki sposób podróżować po zakupy i do szkoły.

buty

Inhabitants of an isolated village walks towards Breil-sur-Roya, a French village close to the Italian border, on October 6, 2020 after extensive flooding caused widespread damage in the Alpes-Maritimes departement. – Rescue workers on Monday found the bodies of three more victims of intense flooding that hammered southeast France over the weekend, with the toll expected to rise further as searches continue for survivors. (Photo by Christophe SIMON / AFP) (Photo by CHRISTOPHE SIMON/AFP via Getty Images)

Z trzy godziny jechałem drogą dla czołgów, którą normalnie byłoby dwadzieścia minut. Jakieś dwa kilometry przed tunelem napotkałem parking a na nim cztery busy. Polak, dwóch Ukraińców i Białorusin. Robili sobie michę, dzielili się wrażeniami i zastanawiali co będzie dalej. Wszystkim dało nieźle do myślenia to co po drodze do tunelu zobaczyli. Jako najwyraźniej największy ekspert od tej trasy zapewniłem ich, że już prawie koniec męki, bo po tunelu będzie z górki a droga do przełęczy od strony włoskiej to już normalna droga po której dają radę nawet Tiry w przeciwieństwie do naszej francuskiej strony, na którą zakaz wjazdu jeszcze przy Nicei, mają pojazdy dłuższe niż 10 metrów. Ucieszyli się słysząc moje słowa. Każdy z nich był tu pierwszy raz, bo prawda jest taka, że nawet ja który zna tę drogę byłem tu dopiero drugi raz busikiem, jako że 99 procent tras człowiek z busem pokonuje z Francji do Włoch poprzez Briancon – trochę bardziej na północ ale dużo wygodniejszą przełęczą – na której radę dają nawet Tiry z przyczepami. Ta trasa co roku jest zamknięta jak sypnie śniegiem, natomiast tamta jest odśnieżana a w razie W, gdy nie da się jej odśnieżyć to zawsze jest pod nią tunel Frejus, który ma tę wadę że nie jest i to bardzo nie jest darmowy. To chyba najdroższy tunel w Europie no ale jak nie ma innej drogi to zawsze coś zamiast niczego. Aby porównać skalę wystarczy dodać, że w czasie naszej kilku godzinnej przeprawy jedynie naszych pięć busów się pojawiło na trasie do przełęczy Tende, podczas kiedy przez Briancon przejechało z Francji do Włoch zapewne ich kilka tysięcy. Polskie busy są dosłownie jak mrówki niosące te swoje liście do gniazda – w miejscach gdzie w górach drogi zbiegają do granicznego przejścia – ze wszystkich stron zjeżdżają się całe ich strumienie które gęsiego przekraczają granice po to, żeby po zejściu w dolinę znowu się rozjechać na wszystkie strony świata.
Pokrzepiliśmy się świeżą kawą i ruszyliśmy małym konwojem na tunel. Przodem jechał Ukrainiec za nim drugi, potem ja, za mną Białorusin i na końcu drugi Polak. Kilometr przed tunelem mała niespodzianka – zamknięta droga. Tak na amen betonowymi zaporami.

  • Dlaczego? – pytamy jakiegoś robotnika.
  • A no bo tunel się zawalił.

No kurwa co za niespodzianka. Przebyliśmy drogę dla czołgów półtora kilometra nad poziom morza po to żeby kilkaset metrów od celu polec? Na samą myśl, że będzie trzeba tą Aleją Potępienia do Nicei zawracać i szukać objazdu wszystkim się zrobiło słabo. Przecież nawrotka z tego miejsca to doba w plecy jak nie lepiej. W życiu nie dotrę na jutro do Mediolanu…
Dopiero kilka dni później na necie doczytałem, że droga przed samym tunelem całkowicie zniknęła i po pół roku analiz jakichś naukowców od znikniętych dróg, doszli do wniosku że nie będą jej odbudowywać tylko w jej miejsce ulepią most. Sprawa jest już zatwierdzona i zapewnie zostanie zrealizowana jak inni naukowcy z jakichś parlamentów przyklepią na to jakąś kapuchę. Tak czy siak – w moich oczach – wygląda to na 20 lat, zanim ten most się tam pojawi. My jednak w busach nie mamy 20 lat.
Będąc już na krawędzi załamania spytałem robotnika:

  • Przecież w Nicei pisało, że droga otwarta?
  • A no bo przecież jest otwarta. Tylko inna. Ta, tam.

Pokazał nam palcem na coś co wyglądało na drogę dojazdową do czyjejś posesji, która odchodziła od naszej w bok pod kątem prostym. Wjazd na nią był przywalony betonem tak, że trzeba było lusterka złożyć aby się w nią wcisnąć. Jak się już przecisnęliśmy zrobiliśmy znowu kawę oglądając uważnie pierwszy zakręt na…

Drodze dla rowerów

… bowiem nie była to stara dobra droga dla czołgów, na pewno. To była stara droga na przełęcz Tende używana do czasu wyrąbania tunelu pod szczytem. Tego który się zawalił. Później dopiero doczytałem sobie, że to nie byle co ale najstarsza droga na świecie – pięć lub sześć tysięcy lat temu wydeptana przez starożytnych prafenicjan, którzy z workami na plecach zapierdalali na północ z solą morską a powracali z bursztynem. Udało im się połamać podczas deptania wszystkie prawa fizyki, bo wydeptali zakręty większe niż 360 stopni. Najwyraźniej nikt im nie powiedział, że jest to niemożliwe. Na bank nie deptali tej drogi z myślą o busach, bo na środku zakrętów pousypywali skarpy zbrojone kamieniem aby wybić busiarzom z przyszłości myśli o ścinaniu zakrętów.
skarpa
Ba, te zakręty są tak wąskie, że nie deptano ich nawet z myślą o starożytnych dwukołowych segwajach, jakie ci starożytni Grecy i Rzymianie podpinali do koników. Bo o ile dwukołowa bryczka nawet by zgrabnie weszła w taki zakręt to przecież koń by się natychmiast złamał.
kon
Sytuacja była trudna ale po kawie z nową energią postanowiliśmy wbić na przełęcz tą drogą dla rowerów. Już na pierwszym zakręcie Ukrainiec z przodu pięknie się zawiesił. Na kilka sekund przed tym ciekawym wydarzeniem udało mi się je uwiecznić na fotografi.
zwis
Prawo Murphiego mówi, że jeśli najgorszy kierowca pojedzie przodem to szlak zaplombuje na amen – i tak też się stało. Ukrainiec tak się zaszamotał, że po kilku podejściach do tego zakrętu oparł się środkiem busa o skarpę a dupą o asfalt. O ja pierdolę. Załatwił wszystkich bez pudła. Godzinę nam zajęło zabrać trochę ziemi spod niego a przywiązanym do niego pasem nadrzucić dupę jego busa, żeby pokonał ten zakręt. Sto metrów do przodu i kolejny zakręt tylko w drugą mańkę. Po kilku takich każdy już się nauczył brać je na zaledwie sześć – siedem razy. Po prostu trzeba było zewnętrznym kołem jechać po krawędzi urwiska żeby potem nie wrąbać się i nie zawisnąć na skarpie podczas cofania. Pięć podjazdów do półmetrowego rowa przeciwko kamieniom i deszczom i pięć wycofań do krawędzi wydeptanej na parę tysięcy lat przed wynalezieniem poboczy, krawężników i barierek. Emocje nieziemskie, bo każdy błąd mógł się skończyć albo zawiśnięciem w rowie z przodu albo efektownym spadkiem na plecy w przepaść. Ale polskie busy idą tą drogą. W rowach i na skarpach zalega bowiem całkiem sporo ich wyposażenia: oderwane listwy przeciwko rowerzystom, bagażniki montowane pod paką, niezliczone mini kołpaki z renówek, które zakrywają tylko śruby na kołach, chlapacze z napisem „carpol” i inne takie. Też wniosłem swój wkład do pozostawiających na drodze dla rowerów pamiątki, bo na jednym z zakrętów w prawo otarłem o skarpę bagażnik. On się otworzył sam z siebie i w lusterku zobaczyłem jak w siną dal koziołkuje sobie zgrzewka coli, która wypadła mi z niego na drogę. Wysiadłem, zamknąłem bagażnik, popatrzyłem na znikającą na dole zgrzewkę, która przekoziołkowała przed Białorusinem i poleciała gdzieś na dół. Białorusin też na nią popatrzał, wysiadł i doznał załamania nerwowego. Stwierdził, że pierdoli to wszystko i dalej nie jedzie. Na pytanie to gdzie jedzie odparł że zawraca. Chłopakowi kiedy zobaczył coś takiego, zwyczajnie psychika wysiadła:
zawroty glowy
No a jak się załamał to już nie dało się go odłamać. No widoki rzeczywiście mroziły krew w dupie a sytuacja nie pozwalała na popełnienie najmniejszego błędu. Nerwów mu na kontynuowanie tego po prostu zabrakło. Nie ruszały go argumenty, że już jesteśmy dalej niż bliżej, że jeszcze trochę i będzie Italia. Ubzdurał sobie że woli wrócić zamiast się dalej męczyć i tyle. Sam sobie wmówił, że to bez sensu bo na górze będzie tunel na 2 metry do którego bus się nie zmieści i takie tam. Argumenty, że tunel to jest owszem ale pod nami – ten co się zawalił – a my jedziemy pod gołym niebem starym szlakiem na którym nie może być nawet teoretycznie jakichś tuneli – to wszystko do niego już nie docierało. Nie dał się przekonać nawet jak mu na nawigacji pokazałem brak jakichś tuneli. Zerknął na moją nawigację i zamiast się brakiem tuneli ucieszyć to się widokiem kolejnych zakrętów do końca załamał. Pesymista, ktory zamiast widzieć pół flaszki widzi pustą połowę jedynie. Udało nam się go jedynie przekonać żeby się wspiął jeszcze jeden zakręt, gdzie jest miejsce na zaparkowanie busa i żeby nocą nawet nie próbował jazdy w dół tylko się spokojnie przespał – to rano zjedzie skoro taki ma plan. Bo jeszcze było jasno jak w dzień ale słoneczko już, już powoli za te góry zachodziło i lada chwila będzie jak w dupie ciemno. No i jedno piętro wyżej pozostawiliśmy go na jednym z zakrętów gdzie było miejsca na busa tyle żeby drogi nie zaplombował. Faktycznie ustawił się tam przodem na dół i poszedł spać. Mnie już zaczęła też brać powoli gorączka z powodu oparzeń słonecznych więc wzywałem żeby jechać zamiast gadać. Pożegnaliśmy więc kolegę, czekającego na zasięg i dalej pod górkę. W połowie drogi do szczytu po jakichś dwudziestu zakrętach skończył się „asfalt” który był tak naprawdę kawałkami dziurawego asfaltu połatanego przy pomocy suchego żwiru i zaczął czysty żwir. Klasyczna droga szutrowa. Droga marzeń i mokrych snów dla wszystkich posiadaczy górskich rowerów. Nic lepszego dla nich nawet teoretycznie nie może być stworzone i mały problem z nią był tylko taki, że my nie zjeżdżaliśmy sobie nią z wiaterkiem we włosach na góralach ale wjeżdżaliśmy pod nią na siedmiometrowych busach. Dwa zakręty wyżej, wyrzucając tony żwiru spod kół Ukrainiec przede mną spalił sprzęgło. I totalnie zaplombował szlak, kiedy po przekątnej utknął na środku zakrętu.

  • O kurwa, suka, bladź. – różnie to międzynarodowy zespół specjalistów skomentował.

Ja pierdolę to już nie była romantyczna akcja z Alei Potępienia tylko taka w pełni dramatyczna z Bazy Ludzi Umarłych. Wszyscy tu kurwa zginiemy i takie tam. Ba, nawet dziwek gotowych na wszystko – pragnących się stamtąd wydostać jeśli wziąć pod uwagę statystów lokalnych – nie brakowało, aby oddać klimat z tego klasyka polskiego filmu.
Znowu rozstawiliśmy sprzęt do kawy bo bez piwa i kawy takiej sytuacji nie da się ogarnąć. Wyglądało że jazda dla wszystkich z wyjątkiem Ukraińca z przodu, właśnie się zakończyła. Wszystkie pomysły świata przerobiliśmy i nic. W miejsce gdzie koń by się złamał nie ma nawet szansy dotrzeć jakaś pomoc drogowa albo tym bardziej laweta. Nawet ci starożytni na dwukołowych furmankach musieli podpinać jakieś kucyki albo źrebaki żeby wyrobić na tych zakrętach. Na następnym zakręcie znalazło się dopiero miejsce żeby Ukraińca z jego busem osiedlić i zrobić przejazd następnym. A ponieważ tylko jeden bus był przed nim tylko jeden bus go tam wciągnął – reszta na nogach do dopchała. Jego sytuacja była naprawdę nieciekawa ale pocieszaliśmy go, jak kto potrafił: że jest lato więc wypasiony szałas sobie na spokojnie zbuduje przed nadejściem zimy. Bo nawet jak w tygodniu będzie tędy szła jakaś koparka lub spychacz to jedynie w przepaść mogą go pomóc zepchnąć i nic ponadto. Nie ma szans żeby go jakaś ładowarka wciągnęła na tych zakrętach pod górkę. Zero możliwości tego typu. I chłopak – kolejny już dziś – się załamał. Powiedzieliśmy mu żeby się dobrze skupił na maksymalnie 30 minut, pokontaktował z kim trzeba i podjął ostateczną decyzję, bo albo tu zostaje i czeka na nieistniejącą pomoc albo bierze klamoty i jako pasażer jedzie z nami. Wyboru za dużego zresztą nie miał, bo w praktyce mógł zejść do wsi pytać o pomoc ludzi którzy sami jej potrzebują, albo do cywilizacji i po tygodniu dotrzeć z buta do Nicei, albo zbudować na zimę szałas, bo paliwo w busie mu się kiedyś raczej skończy. Z głodu nie zginie, bo raz na dzień jakiś bus się tu pojawi więc każdy mu da jakiś słoik lub puszkę ale na zimno tylko szałas może mu pomóc w takiej sytuacji kiedy się skończy w busie ogrzewanie a w kuchence butle z gazem. Martwił się o wszystko z wyjątkiem tego co trzeba. Ładunek go martwił na przykład. Powiedziałem mu, żeby o sytuacji powiadomił szefa, to będzie to zmartwieniem szefa a nie jego. Niech kombinuje busa który to przeładuje i tyle. A jak jego szef jest jednym z tych, którzy myślą szybko to ja akurat jadę na pusto i jak się jego szef z moim szefem dogada to ładunek pojedzie dalej ze mną. Zasięgu jednak nie miał więc z nikim się nie skontaktował na tym zadupiu. I już mieliśmy odjeżdżać kiedy przypomniało mi się coś genialnego co widziałem jakieś dwa lata temu. Powiedziałem mu, że jest coś takiego jak ekipa naprawiająca busy na drodze, bo sam kiedyś taką ekipę na trasie napotkałem. Poruszają się po świecie busem blaszanym, na pokładzie którego mają prawdziwy warsztat, koziołki, wyciągi i inne sprawy i gdzieś, kiedyś ich spotkałem w Hiszpanii jak wymieniali nieszczęśnikowi w busie skrzynię biegów pod gołym niebem. Nie mam niestety na nich namiarów ale wiem że tacy ludzie gdzieś w Polsce są. Najlepiej jak da znać szefowi to szef popyta innych szefów i szef wszystkich szefów ostatecznie ich gdzieś tam odnajdzie. Bo to jest naprawdę w tej sytuacji jedyna opcja żeby on razem z busem kiedyś wyruszył jeszcze z tego zadupia. Tylko taki bus z firmy „Polak Potrafi” może tu dotrzeć jeśli sobie wzmocni jakimiś rurami progi żeby ich nie rozedrzeć na skarpach. Poradziłem mu aby rano zszedł do wsi – znalazł jakiś zasięg – i powiadomił szefa o sytuacji i możliwości jaką daje mobilny warsztat z jakiegoś busa podróżnego – bo jak znam życie jest chyba nie jedna ale więcej tego typu firm reperujących pojazdy w Europie. Na bank będą chcieli wiedzieć co się dokładnie zepsuło żeby odpowiednie części i narzędzia z Polski zabrać. Pytał czy aby na pewno będzie tam zasięg ale zapewniłem go że tam jest wszystko. Zasięg da mu każdy a co drugi facet odda mu jeszcze córkę za żonę i połowę królestwa. Wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć w barze i wybrać najładniejszą księżniczkę – taka jest tam właśnie aktualna sytuacja. Z Polakiem sobie pożartowaliśmy, że jak Ukrainiec się tu osiedli i zwerbuje Białorusina to małą bandę UPA będą sobie mogli do zimy zorganizować.
No i pojechaliśmy w trzech w dalszą drogę. Dwa piętra wyżej kompletnie zmienił się klimat. Zniknęły nagle skały i drzewa a zrobiło się niemal płasko – wszędzie wokół było pełno łagodnych łąk – normalnie raj do którego pragnie trafić po śmierci każda krówka lub owieczka. Piłując na zakrętach kołami wyrzucającymi żwir pokonaliśmy ostatnie zakręty mimo nieustającej stromizny niemal już nie łapiąc przyczepności. Na przełęcz wjechaliśmy razem z ostatnimi promieniami słońca.
Italia! Italia! Dolce, kurwa vita!
Na widok włoskiego antycznego asfaltu normalnie oczy mi się zaszkliły, bo z rok nie widziałem tego klasyka. Ci, którzy widzieli dżinsy fabrycznie nowe zrobione z łat i dziur, wiedzą że dokładnie takiej samej samą technologi Włosi od zawsze używają do produkcji dróg. Widok prostej jak strzała solidnej dziurawej włoskiej drogi, bez tych wszystkich ruchów wahadłowych, barierek od robót drogowych, zniszczeń, etc rozczulił mnie jak dziecko i nie mogłem ukryć wzruszenia.
Heh, poza tym spodziewałem się tego co zawsze na przełęczach: knajp z piwem i kawą, gangów motocyklowych które od stworzenia świata robią sobie zloty na przełęczach, tłumów Januszy w swoich kombiakach rodzinnych przywożących w góry psy aby mogły się wyszczekać i odesrać, a tu nic kompletnie. Pusto. Zbita z czarnych desek szopa robiąca za bar na głucho zamknięta, dyndający nieruchomo skrzypiącymi krzesełkami nieczynny wyciąg narciarski, zardzewiały szlaban graniczny bez nawet cienia jakiegoś milicjanta i tylko my trzej na olbrzymim pustym parkingu. Wszędzie wokoło ruiny różnych fortec, w których nasza zaginiona w akcji banda UPA, będzie mogła na zimę zamieszkać i totalny brak żywej duszy.
Duma nas rozpierdalała z wyczynu jaki właśnie dokonaliśmy. I ja sam już nie wiem co dalej będę robił w życiu, skoro już tylko moje własne rekordy zostały mi do pobicia. Może, kto wie, wpierdolę się pewnego dnia tym busem na Giewont? Zobaczymy gdzie będą zlecenia. Ponad tysiąc osiemset metrów nad poziom morza wjebaliśmy się długimi na siedem metrów busami przy całkiem niewielkich stratach w ludziach i sprzęcie, bo co to jest zgrzewka coli, ja się pytam? Zgrzewka coli to przecież jak zero siedem – zupełnie tyle co nic.
Nie było przegranych w slalomie gigancie. Ja i drugi Polak wywalczyliśmy dla Polski złoto a Ukrainiec dla Ukrainy. Każdy z nas uzyskał absolutnie identyczny czas przejazdu od tunelu do przełęczy.
Po dwa szybkie piwa spiliśmy za każdego człowieka, który zaginął w akcji i poszliśmy w kimono żeby po pijaku nie latać po Italii.
Przez całą naszą podróż drogą dla rowerów tylko raz minęła nas jakaś mamuśka z jakąś córunią na swoich rowerkach i raz jakaś terenówka.
Droga dla rowerów posiada jeszcze większe wymagania niż droga dla czołgów, bo nie tylko passatojanusze i trudna młodzież tam nie mają niczego do szukania ale nawet zawzięty jak nosorożec, emeryt Zygmunt ze swoim golfem dwójką nie dałby rady. No chyba, że chłodnicę zaleje czymś co się nie gotuje przy 105 stopniach i da grubo na mszę w intencji hamulców. Jak na ironię starożytna droga wydeptana przez prafenicjanów do szmuglowania morskiej soli, która była wówczas droższa od złota, przetrwała sztorm tysiąclecia bez najmniejszego szwanku, podczas kiedy nowoczesna betonowo kamienna droga wzniesiona na żelbetonie rozpadła sie na miliony kawałków. To był prawdziwy szok. Ani jeden głaz z tej starożytnej drogi nie został gdzieś wymyty, ani jedna garstka żwiru, ani jedno drzewko. Od tunelu w górę wszystko jest jak dawniej. Szok, bo aby dotrzeć do tego raju trzeba przejechać najpierw przez piekło.
Tak że jeśli ktoś w dobie pandemii szuka miejsca odludnego, gdzie nie dotrą nigdy szczepionkowe oprychy, niech zapomni o Bieszczadach i uderzy na przełęcz Tende. Tam jeszcze z dziesięć lat nie dotrze żadna poczta, żadna milicja, żaden Mengele szczepionkowy. Jest praca, dużo pracy rzekłbym przy przenoszeniu z kupki na kupkę różnych kamieni, jest także mnóstwo księżniczek na wydaniu i tylko kilka „prawdziwych” problemów np brak pejszbuka i innych tweeterów.
Rankiem zapewniłem wszystkich, że teraz droga będzie jak marzenie i ruszyliśmy wspólnie w dół, bo w zasadzie do Turynu ta sama trasa wszystkim pasowała. Po kilometrze w dół pierwsza niespodzianka: zamknięta droga z powodu osunięcia ziemi. Nie było to jednak żadnym zmartwieniem, bo Włosi mają od zawsze dużo szybsze metody radzenia sobie ze zniszczonymi drogami. Zamykają je i już. To wszystko. A potem jadą inną drogą, co jest po prostu genialne, no bo przecież i tak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. No tak czy nie tak?
My też zatem pojechaliśmy inną drogą. Ja pojechałem na Turyn, ten drugi też pojechał na Turyn i ten trzeci też pojechał na Turyn. Potem ja z Turynu na Mediolan a oni wiadomo – do Rzymu. W Mediolanie moja firma okazała się magazynem artystycznym. Hmm… od zawsze lubię pracować z artystami, bo to są wyluzowani na maksa kolesie – nie to co ci niewolnicy z amazona lub innych siemensów. Zamiast nawzajem się podpierdalać za brak jakichś „bezpiecznych” bucików lub kasków na głowie, ludzie ci poruszają się w magazynach w kapciach ze skrętem w jednej ręce i piwem w drugiej dłoni. Artyści są bardziej wyluzowani niż Big Lebowski i jak ich czasami widzę to wiem, że jeszcze nie pozostałem na tym świecie sam wśród debili. Artyści są zajebiści – ostatni dla których pracowałem – wrzucili mi na pakę jakieś kable i głośniki na koncert do Barcelony i tak się wówczas uchlałem, że dopiero na drugi dzień z tego magazynu wyjechałem.
Tym razem artyści załadowali mi ponad dwadzieścia muszkietów skałkowych, stoły do karczmy, płaszcze, szpady, halabardy, kuferek noży a nawet dwie całe zbroje i jedną od pasa. Pełnego busa mi zapchali rekwizytami do Trzech Muszkieterów – Dartagnian i Milady – jaki mają kręcić w tym roku gdzieś pod Paryżewem i powiedzieli że jeszcze jeden bus z rekwizytami będzie pociskał z magazynu w Rzymie – kto wie czy to nie po to jechali kozacy z przełęczy Tende. Kwestia z rodzaju niewyjaśnionych. Dali mi aż dwa dni żeby z tym dotrzeć do studia filmowego pod Paryż więc bez zabijania się spokojnie sobie pojechałem. Oczywiście już bez wyglupów na przełęczy Tende ale klasykiem przez Briancon – tam gdzie idzie niemal sto procent busów. Na przełęczy się przespałem i rano wbijam do Francji. Tam po raz pierwszy w życiu milicjant pyta mnie o paszport. Dostał dowód. Wtedy on pyta mnie o paszport dla kowidiotów. Zaśmiałem mu się w twarz i powiedziałem, że nie mam. On na to: ok, możesz jechać i tyle. Nawet nie musiałem się wygłupiać po jakichś drogach dla rowerów. Jest przecież jasno w prawie powiedziane że nikt nie może nikogo zmuszać do szczepień w Europie i nikt nie może za brak szczepień nikogo dyskryminować. No i nie dyskryminują jak widać.
I mimo że to jest właśnie takie proste – nie ma na tej nieszczęsnej planecie żadnego sposobu aby szczepanów o tym przekonać. Nie rozumieją, że skoro boją się po szczepieniu nie szczepionych to to co sobie wstrzyknęli nie może być szczepionką. Ech, szkoda gadać…
To był chyba jakiś międzynarodowy tydzień nowych odkryć, bo zaraz za Briancon na drogę do Grenobl wyskoczyła mi kolejna sprawa jakiej jeszcze nigdy w życiu moje biedne oczy nie widziały. Drogę mi bowiem zajechał nagle cały pieprzony peleton kolarski. Po prostu szok. Drogą idzie normalny ruch: Tiry na Italię, busy we wszystkie strony świata, setki osobówek, kampery, to lipiec wiec aż się roi od traktorków i kombajnów i w to wszystko wpada peleton kolarski. Po numerkach na plecach szybko obczaiłem, że dobrze ponad 1200 było tych skurwysynów. O rany co tam się działo. Ci zajeżdżają nam drogę, my im, wszyscy trąbią, z dziesięciu kolarzy zapłakanych zmienia kapcie na poboczu, jeden wielki chaos. A najśmieszniejsze że nikt nie zginął – luzik i wzajemne pozdrawianie. Z 50 kilometrów jechałem z tym peletonem i było to bardzo pozytywne przeżycie. To jakaś amatorszczyzna ale mega pozytywna, bo każdy był ubrany jak chciałi i każdy miał rowerek jaki chciał chociaż przeważały kolarzówki. Ale były też górale, bo dlaczego by nie skoro śpiewać każdy może.
wyscig
Do studia filmowego dotarłem o wyznaczonej godzinie a ten z Rzymu bus gdzieś zaginął, i właśnie się rozpoczęły jego poszukiwania. Po zwaleniu rekwizytów powiedziałem artystom, że jak mi dadzą bentleja i milion euro na benzynę, no to im zagram tego Dartagniana. Oni, jak to? A ja, tak to, bo od gówniaka zawsze chciałem być Dartagnianem. Dziobać zbirów kardynała tą szpadą i patrzeć jak spadają z wieży zamkowej na glebę. Oni mi na to, że już był casting i mają Dartagniana. No to ja im, że skoro już muszą mieć Dartagniana granego przez inżyniera z Maroko, to mogę być kaskaderem Dartagniana i zdublować jego wszystkie niebezpieczne sceny łóżkowe i to nawet jeśli Milady będzie miała covid. Oni mi na to, że ja nawet po francusku nie mówię. A ja im, że to nie problem, bo całuję jak Francuz i w dzisiejszych czasach nawet osiołek ze Shreka zrobiłby dubbing. Oni mi na to, że ja nawet książki o muszkieterach nie czytałem. A ja im na to, że owszem czytałem. Oni więc pytają jak się nazywali trzej muszkieterowie. Mówię im więc: Atos, Portos i Asterix i że poproszę o jakieś poważne pytania. Oni, że jak ogolę nogi to mogę być dublerem Milady do scen łóżkowych a ja im że akurat tego nie mogę, bo mi rodzinna wioska nigdy nie wybaczy całowania się z marokańskimi inżynierami.
I tak to właśnie jest z tymi cudownymi artystami. Śmichy, chichy za które w niemieckim amazonie można dostać w mordę albo pięć lat w Dachau. Ostatni wolni ludzie na tej planecie – całkowite przeciwieństwo smętnych niewolników z centrów logistycznych.
No i to w zasadzie tyle relacji z jednego tygodnia przygód na trasie. Teraz zaległem na cały weekend w Belgii, gdzie muszę dokupić piwa żeby doleczyć oparzenia słoneczne po tamtej plaży w Antibes. Pozdrówka dla wszystkich kierowców. Małych i Dużych.
Na foto: z lotu ptaka w pełnej krasie nasza słynna trasa, na której widać przy okazji ten rozpiździaj przy zawalonym tunelu oraz miejsce, gdzie zaczyna się prawdziwa droga dla prawdziwych kierowców.
col-series-tende-4

Oraz z portalu niebezpieczne drogi street view gdyby ktoś chciał się przejechać z poziomu monitora:
https://www.dangerousroads.org/europe/italy/3262-col-de-tende-france.html