Robert Wagner Operacja Schmaterling – cz. 1

ksiezyc

Wolne moce przerobowe więc lecimy dalej…

CZĘŚĆ PIERWSZA – NAZWISKO

Thompsontown, Mars 30 lipca 2765 – Kwatera Główna Operacji Schmaterling

Szef sztabu Korpusu Strażników generał van Hold, spoglądał z wysokości pięciu kilometrów na oszałamiającą panoramę, którą w przeważającej części wypełniał Olympus Mons. Oparty o stylową, ręcznie wykonaną i kosztowną zarazem balustradę, jaka otaczała taras tytanowym kręgiem, patrzał zamyślonym wzrokiem przed siebie. Chociaż doskonale wiedział, że tuż pod nim leży miasto liczące ponad dwa miliardy mieszkańców, z których jedna czwarta przebywała w tym samym budynku, nie widział ich, ponieważ uniemożliwiały to zalegające na sześciuset metrach gęste, burzowe chmury.
Dziś pogody na obszarze Thompsontown nie było. Tego dnia, z tarasu 1734 piętra bez przeszkód mógł oglądać jedynie najwyższą górę w Układzie Słonecznym. Jej majestatyczne, niemal w całości ośnieżone zbocza, oślepiająco błyszczały w promieniach porannego słońca. Budynek w którym van Hold przebywał, chociaż również największy w Układzie, nie mógł przy Olympusie ubiegać się nawet o miano karzełka. Bezpośredni szczyt giganta, ukryty gdzieś w górnych warstwach stratosfery, pozostawał jak zawsze niewidoczny.
Z tą górą nic nie mogło się równać. Olympus mający przy podstawie ponad pięćset kilometrów średnicy i łączną masę taką, że gdyby stał na Ziemi, natychmiast by się zapadł pod własnym ciężarem wprost do płynnej magmy, w każdym człowieku wzbudzał jedynie należny szacunek.
Generał nie należał jednak do ludzi mitrężących czas na filozoficzne bzdury. Zdecydowanym krokiem podszedł do umieszczonej na poręczy lunety. Z licznika na wyświetlaczu dowiedział się że od wczoraj ubyło dwóch i nachylając się odrobinę, przyłożył oko do okularu. Kiedy automatyczne soczewki zrobiły fenomenalne zbliżenie van Hold uważnym spojrzeniem obrzucił przypominającą szereg maszerujących mrówek, wciąż grubo ponad trzystuosobową ekspedycję wspinającą się mozolnie po zboczu giganta. Wyprawa której już od ponad czterech miesięcy biernie kibicował, pokonała w tym tygodniu czwarty kilometr i zbliżała się powoli do poziomu na jakim się znajdował jego gabinet. Dziś ekspedycja nie używała kombinezonów maskujących więc nawet bez podczerwieni stosunkowo łatwo ja namierzył wśród śniegów. Z powodu zachmurzenia snajperzy z leżącego u podnóża Olympusa Thompsontown dzisiaj mieli najwidoczniej wolne. W pogodne dni zwyczajowo walili w stronę ekspedycji nieustannie bowiem nagroda za tak skuteczny strzał na tak fenomenalną odległość skumulowała się od ostatniego szczęśliwego trafienia u bukmacherów do około trzydziestu milionów.
Van Hold znał prognozy i wiedział że z powodu zachmurzenia ekspedycja przez całe dwa najbliższe dni będzie bezstresowo wyciągała nogi aby osiągnąć jak najszybciej pułap pięciu kilometrów, który ją raz na zawsze uwolni od snajperów. Z wiadomości wiedział że ci maniacy wspinaczek zamierzają pobić dotychczasowy rekord wynoszący 13  250 metrów i chociaż za cholerę nie mógł zrozumieć motywów jakie nimi kierowały, zaczynał podejrzewać że zamiar ten może im się w przyszłym półroczu nawet powieść. Tak przypuszczał ponieważ zapaleńcy wytrwale pokonywali mimo wszystko po kilkaset metrów dziennie a lawiny, choroby, awarie kombinezonów, promieniowanie, snajperzy oraz nagłe załamania pogody nie wyeliminowały z gry jeszcze nawet połowy uczestników.
Generał westchnął, kciukiem wyzerował licznik, wymienił zarejestrowany przez ostatnią dobę kryształ aby później w gabinecie na spokojnie sobie obejrzeć jak dokładnie zmniejszyła się liczba uczestników, po czym sprawdził stan baterii w kamerze dołączonej do lunety. Na zakończenie obrzucił pożegnalnym spojrzeniem kolosa i powrócił do gabinetu.
Z czterech siedzących wewnątrz osób, jedynie jedna nie była przygnębiona. Człowiekiem tym był świeżo upieczony laureat nagrody Einsteina, profesor Kazuo Jong, główny naukowiec z Instytutu Czasowego. Pozostali mieli miny ponure jakby odbywał się właśnie casting na najbardziej obiecującego oratora mów pogrzebowych.
– I jak? – rzucił van Hold w stronę sekretarki.
– Jeszcze nic. – ta odparła unosząc na chwilę głowę znad wyświetlacza. – Chwileczkę! Generale, właśnie dotarła wiadomość, że opuścili już Hermesa. – odczytała z komputatora.
Van Hold skinął głową po czym spojrzał na narożnik szyby, jakimś dziwnym technicznym trikiem robiący mu za ścienny zegar i zajmując miejsce w fotelu zwrócił się do pozostałych.
– No cóż panowie, wygląda że mimo wszystko zaczniemy nasze przedsięwzięcie zgodnie z planem. Cieszę się niezmiernie że w tym doniosłym wydarzeniu zgodziliście się wziąć udział osobiście. Obecnych tu nikomu się muszę przedstawiać ale warto to zapewne zaprotokołować. – dodał spoglądając na sekretarkę.
Ta uruchomiła rejestrator i powróciła do milczącego czuwania ponad wyświetlaczem.
– Godzina 6.15. – oficjalnym tonem zaczął generał. – Rozpoczynamy operację o kryptonimie Schmaterling której celem jest wymazanie z rzeczywistości Adolfa Hitlera. Przewidywany czas zakończenia operacji: dzisiaj godzina 12.00 marsjańskiego czasu uniwersalnego. Czas trwania operacji w terenie: 13 – 14 dni ziemskiego czasu rzeczywistego. Osoby sprawujące bezpośredni nadzór nad przebiegiem operacji: profesor Kazuo Jong z Marsjańskiego Instytutu Czasowego, Uli Robinson asystentka profesora Jonga i absolwentka Uniwersytetu Historycznego w Thompsontown, doktor Olaf Baddoc z Nowonowojorskiego Instytutu Przeszczepów Szybkich sprawujący nadzór medyczny nad personelem, agent operacyjny o utajnionych danych personalnych który przed godziną już został wysłany w przeszłość w celu dokonania rekonesansu rozpoznawczego, dwaj następni agenci operacyjni o również utajnionych personaliach, którzy… hmm…
– Przybędą niebawem. – podpowiedziała sekretarka zręcznie wpadając mu w słowo.
– No właśnie. – stwierdził van Hold. – Formalne przywództwo nad operacją Rada powierzyła generałowi van Hold czyli mnie i to chyba tyle wprowadzenia w kwestiach formalnych. Jakieś pytania?
– Skąd pewność generale, że ci dwaj w ogóle tu przybędą? A przynajmniej we właściwym czasie, bo póki co, ich nadal nie ma? – rzucił zwięźle Jong tak grobowym tonem, że van Hold natychmiast go wykluczył z klubu optymistów. – Wystarczy przecież jedna mała zwłoka aby nasz cały, latami dopracowywany harmonogram zadań, kompletnie się nam rozpadł i załamał. Czy wy z armii nigdy nie możecie usiąść i się do zadania porządnie przygotować tylko zawsze, ale to zawsze improwizujecie wszystko na ostatni moment?
Van Hold spojrzał na niego ciężkim wzrokiem. Kiedy profesor skończył biadolić odparł mu bez wahania.
– No cóż, ze względu na historyczną wagę wydarzenia miałem tym razem nadzieję na piękny, wyjątkowy i profesjonalny pod każdym względem raport. No ale dzięki panu zaczynamy niestety jak zwykle od wzajemnego obrzucania się błotem. – stwierdził niechętnie i po wymownym spojrzeniu w stronę Jonga zaraz dodał. – Ech, odpowiadam zatem na pytanie numer jeden. Pewności absolutnej nigdy nie ma profesorze. Jednak z ostatnich informacji wynika, że agenci są już w drodze i będą lada chwila. Aczkolwiek ich konkretny czas przybycia i tak nie ma większego znaczenia, ponieważ jak pan doskonale wie operacja odbywa się w przeszłości i moment przystąpienia ich do ingerencji według naszego czasu jest w zasadzie bez znaczenia. A teraz pytanie drugie. Wy naukowcy nigdy tak do końca nie ufacie armii ale zapewniam pana, że my ze swojej strony jesteśmy przygotowani na każdą możliwą ewentualność i jak wkrótce pan się sam przekona, podczas tej operacji nie będzie miała miejsca żadna nieprzemyślana prowizorka. Więcej zaufania profesorze. Więcej zaufania.
– Zaufania?
– Owszem. W końcu nasza wspólna operacja nie jest czymś nieprzemyślanym lub co gorsza złowieszczym. Jest jednogłośnie uchwalonym na forum Rady przedsięwzięciem pod każdym względem wzniosłym i dopracowanym. Przedsięwzięciem, które ma za zadanie tylko i wyłącznie zmienić światy na lepsze. Czyż nie mam racji profesorze?
– Oby ją pan miał generale. Oby. Według moich obliczeń każde, nawet najmniejsze opóźnienie ma jednak pewne znaczenie.
– Jakie znaczenie?
– Znaczenie tym większe im większa jest ewentualna zwłoka. Czas nie jest wbrew pozorom taką prostą sprawą. Zwłaszcza jeśli się zamierza działać jednocześnie w dwóch różnych przedziałach czasowych. No ale póki co, nie kraczmy aby nie zapeszyć. Pozwólmy aby sprawy nabrały samodzielnie biegu. Zgoda?
– No zatem dobrze panowie i panie. – van Hold rozpogodził się i zatarł ręce dla wprowadzenia lepszej atmosfery. – Zatem dość już tych formalnych dupereli. Bierzmy się do roboty to uwiniemy się z tym jeszcze przed lunchem. Chciałbym przypomnieć, że pracy czeka nas dziś całkiem sporo a jak chyba wszyscy doskonale wiedzą w południe jest bezpośrednia transmisja z finałowej rozgrywki Ogólnoświatowej Ligi Wojennej a nie wiem jak wy ale ja nie mogę tego wydarzenia za nic w świecie przegapić i to nie tylko ze względów zawodowych.
– Czyżby obstawił pan rozgrywki, panie generale? – spytał Baddoc ze zdumieniem.
– Oczywiście do cholery! Postawiłem dwie pensje na Pancerne Kutasy Upkego, ponieważ rokowania są pomyślne i przecież całkiem nieźle im szło w ubiegłym sezonie.
– Dobry wybór generale. – stwierdził Jong z uznaniem. – Ale nie wiem czy pan wie, że niedawno zmienili producenta sprzętu i trenera?
– Wiem doskonale że zmienili to i owo ale tylko jeśli chodzi o batalion wsparcia, więc co z tego? Trzon ich pułku wodorowych czołgów nadal stanowią na swych Lordach cholernie dobre zawadiaki. Nowy trener to również przyznaję jakaś ciota, czyli nie wprawiona w boju dupa, ale czy to może tak do końca zabić ducha walki u dobrze dowodzonych w przeszłości i już doświadczonych żołnierzy?
– No cóż, wkrótce zobaczymy sami jak sprawy się rozwiną, prawda? – odparł Jong pojednawczym tonem. – Prawdopodobnie nie ma ani jednego człowieka, który nie byłby zagorzałym zwolennikiem Ligi. A przynajmniej ja o takim człowieku jak żyję nie słyszałem.
– Ja nie jestem fanką Ligi. – wtrąciła asystentka profesora.
– Doprawdy? – Jong przelotnie rzucił okiem na nią. – Hmm… kobiety. Nie mniej uznam to za zaszczyt mogąc finały obejrzeć z ekspertem od wojen. – stwierdził na zakończenie przenosząc z powrotem spojrzenie na generała.
– Zatem doskonale. – odparł van Hold z zadowoleniem ponieważ został mile połechtany. – Miejmy więc nadzieję, że się wyrobimy z czasem i nie będzie żadnych komplikacji. Pora więc zaczynać panowie i panie. Dwa i pół tysiąca ludzi czeka. – dodał żartobliwie naciskając jedyny przycisk na swym biurku.
Olbrzymia ściana rozsunęła się na boki i oczom zebranych ukazała się wielka hala nieco poniżej poziomu gabinetu, którą wypełniały całe setki ludzi w białych kombinezonach, aparatura, niezliczone ekrany i całe mnóstwo sprzętu, który sprawiał, że hala przypominała centrum kontroli lotów w sporym kosmoporcie.
Wszyscy oprócz generała byli pod wrażeniem rozmachu. Jedynie on ze względu na tajemnicę spowijającą projekt oglądał wcześniej obiekt.
Jako pierwszy głos zabrał Jong, kiedy już nieco ochłonął.
– Chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że to co zamierzamy zrobić poparte jest pięcioletnim programem przygotowawczym, niesłychanie drobiazgowymi analizami i niezależnie prowadzonymi symulacjami na najnowszym oprogramowaniu biograficznym, mam jednak jeszcze pewne, hmm obawy co do powodzenia naszej operacji.
– Ależ profesorze! – zaprotestował natychmiast van Hold. – Ma pan na myśli coś konkretnego, coś o czym nie wiemy, czy tylko dręczą pana jakieś nieokreślone przeczucia?
– Zdecydowanie to drugie. – ten odparł. – Mam nienajlepsze przewidywania związane z nie przeprowadzeniem jeszcze w praktyce prób z Wahadłem.
– No to bez obaw, jeśli tylko o to chodzi. Zapewniam że my również jesteśmy niepewni co do wszystkich szczegółów lecz z drugiej strony, doskonale znamy prognozy w nie mniejszym stopniu od pana. Znamy je i jak wszystkim wiadomo, są wręcz doskonałe. Jestem więc pewien, że wszystko pójdzie jak trzeba a pańskie obawy rodzą się najprawdopodobniej dlatego, ponieważ nikt jeszcze nie robił tego co zamierzamy. A przecież wykonalność takiego jak to przedsięwzięcia zawdzięczamy tylko i wyłącznie panu i pańskim odkryciom profesorze. Nikt, nigdy, zarówno teraz jak i w przyszłości nie zamierza umniejszać pańskich zasług i dokonań. Więc proszę się w końcu rozchmurzyć profesorze. To wspaniały dzień i zapewniam, przejdzie on do historii.
– Oby tylko tej dobrej. – mruknął Jong.
Z głośników zaczęły dochodzić komunikaty o postępie przy rozruchu aparatury.
– Sieć komputatorów przeszła autotest pomyślnie.
– Zasilanie awaryjne przygotowane. Podstawowe moc dziewięćdziesiąt procent. Ogółem w rezerwie sto siedemdziesiąt dwa procent wymaganego zasilania.
– Młyn zaczyna się obracać.
– Pełna stabilność za minus trzydzieści minut.
– Widzi pan profesorze? – rzucił w stronę Jonga generał przyciszając nieco głośniki. – Nawet nasze najkosztowniejsze maleństwo w przestrzeni funkcjonuje bez zarzutu i za pół godziny będzie już w pełni gotowe.
– Chyba w końcu przekonał mnie pan co do Wahadła. – ten westchnął z ulgą nie spuszczając wzroku z hali. – Jeszcze tylko jedno nieco mnie niepokoi.
– Co takiego?
– Czy ci wszyscy ludzie tam na dole są aby na pewno w pełni kompetentni do zadań które stoją przed nami? – zapytał Jong postukując palcem w odgradzającą gabinet od reszty hali grubą na pół metra taflę szkła polaryzowanego.
– Dlaczego pan o to pyta?
– Ponieważ to pan utajnił wszystkie dane dotyczące werbunku, szkolenia oraz kwalifikacji personelu.
– Och… to tylko standardowe względy bezpieczeństwa. – generał machnął ręką i dodał natychmiast. – Zapewniam pana, że są tu tylko i wyłącznie najlepsi w swych dziedzinach specjaliści. Selekcję personelu prowadzono pod moim osobistym nadzorem przez dwa ostatnie lata i osobiście panu ręczę, że nie znajduje się tam nikt kto byłby czyimś szwagrem lub kuzynem.
– Na pewno?
– Na pewno. No przynajmniej jeśli nie jest to jednocześnie ekspert najwyższej światowej klasy w swojej dziedzinie naukowej. Chociaż każdy z nich posiada wymagane przez nas minimum czyli przynajmniej jedną Nagrodę Nobla, powiem panu że dobierając pracowników bardziej preferowaliśmy ludzi uhonorowanych za dokonania praktyczne.
– Czyli?
– Czyli laureatów Nagrody Einsteina. To zasadniczy trzon personelu. A tych nielicznych tylko z Noblami skierowano na stanowiska pozbawione problemów decyzyjnych czyli… do obsługi sprzętu.
– Doskonale. – mruknął zupełnie już spokojnym tonem Jong. – Przyznam, że potrafi pan uspokoić nerwowego z natury człowieka.
– Zatem nie martwmy się na zapas profesorze.
– Spróbuję.
– Na zmartwienia będzie czas kiedy coś nas zaskoczy, ok?
– Zgoda.

* * *

Alt Schweiner, Germania Dolna, Mars

Dopiero trzeci i czwarty spadochron odpalone jednocześnie, wyhamowały kapsułę w stopniu pozwalającym na udane lądowanie. Lądowanie pomimo iż udane, było jak najbardziej ciężkie, trudne i w niczym nie przypominające opadającego puchu, a na podstawie zarejestrowanych parametrów czarnej skrzynki posłużyło w późniejszych latach jako czarny wariant dla niezbyt się przykładających do ćwiczeń w symulatorach kandydatów na pilotów w Akademii Floty.
Z wnętrza kapsuły lądowanie dawało się odczuć, niczym crashtest zrzuconego z wieży kościelnej fortepianu. Gdyby obserwatorzy spadającej kapsuły znajdowali się na zewnątrz z łatwością mogliby stwierdzić iż fortepian ów porusza się lotem ślizgowym a gdyby jeszcze byli obserwatorami doświadczonymi z łatwością zwróciliby uwagę, że jedynymi czynnikami amortyzującymi upadek były drzewa i spłoszone ze swych gniazd nieliczne zmutowane ptaki, które z braku upierzenia wyglądały jak pterodaktyle.
Opadająca pod bardzo ostrym kątem kapsuła wyryła długą na dwanaście i szeroką na pół kilometra przecinkę w gęstym sosnowym lesie co sprawiło, że po lądowaniu niemal już nie było sosnowego lasu oraz doprowadziło miejscowego hodowcę drzew do szczerego żalu, ponieważ wrak nie chcąc pogwałcić którejś tam zasady termodynamiki po upadku natychmiast oddał całą nagromadzoną energię, co sprawiło że te z drzew które podczas lądowania ocalały, obecnie płonęły wysokimi na trzydzieści metrów płomieniami trzeszcząc przy tym donośnie.
Błękitno pomarańczowe niebo pod wpływem silnego wiatru wkrótce aż po wschodni horyzont wypełniły kłęby dymu. Horyzont zachodni przysłoniły uciekające w cholerę klucze pterodaktylów.
– Żyjesz? – zagadnął Ned kiedy ucichły już ostatnie trzaski i łomoty towarzyszące lądowaniu.
– Na to wygląda. – odparł Bert.
– No to wynośmy się stąd.
– Właśnie, nic tu po nas.
Wiedząc już na własnej skórze jak się czuje upuszczony fortepian klnąc wszystko oraz wszystkich, lecz szczególnie mocno posiadającego smykałkę handlową sierżanta, sprawnie uwolnili się z przeciwprzeciążeniowych kombinezonów, złożyli w duchu ich konstruktorom życzenia wszelkiej pomyślności i czując każdym nerwem żar dobiegający z zewnątrz, założyli żaroodporne peleryny, po czym opuścili pojazd odpalając jakoś niesprzedanym ładunkiem wybuchowym zapieczony żarem lądowania luk wyjścia awaryjnego.
Ledwie wygramolili się z kapsuły na zewnątrz, natychmiast musieli robić żwawe uniki przed żądnym zemsty leśnikiem, który zdążył w mgnieniu oka zmontować złożoną z najbliższej rodziny, sąsiadów oraz dalszych krewnych niewielką, aczkolwiek nienajgorzej uzbrojoną armię mścicieli.
– Kurwa! Nie wygląda mi to na pierwszą pomoc człowieku! – wrzasnął Ned kiedy w korpus kapsuły zaczęły trafiać pierwsze promienie i pociski. – Wcale nie wygląda! – dodał robiąc unik przed głośnym rykoszetem.
– Masz absolutną rację! – odparł Bert wskakując na powrót do wraka.
Wkrótce pojawił się z powrotem targając na zewnątrz dwa karabinki plazmowe i skrzynkę zapasowych akumulatorów.
– Co to za jebane i gościnne strony, grzecznie pytam? – Ned biadolił przycupnięty za prowizoryczną osłoną z odłamanej pokrywy.
– Wydaje mi się że wkrótce dane nam będzie bliżej poznać tych samarytanów. – Bert odparł mściwym tonem wręczając mu jeden z karabinków.
Niebezpiecznie bliskie eksplozje pocisków z moździerza który zadziwiająco prędko się wstrzeliwał, zmusiły ich do uaktywnienia kamuflażu i pełznięcia przez blisko kilometr zanim ustała najgorsza kanonada. Pięć lat intensywnego szkolenia przy ciążeniu 1g sprawiło, że poruszali się o wiele sprawniej od napastników i zamiast ciężko czołgać się jak oni wkrótce dotarli bez szwanku aż do samej krawędzi lasu. Gdyby nie kamuflaż wyglądaliby jak biegnące krokodyle. Miejscowi tak nie potrafili więc szybko się od nich oddalili. Dopiero na krawędzi lasu zgubili prześladowców. Nie licząc jednego. Był to jakiś farmer, który oddalił się na stronę pragnąc się uporać z przepełnionym pęcherzem.
Idący przodem Ned natknął się na niego w chwili kiedy ten wychodził zza grubego na półtora metra drzewa. Przez chwilę się zetknęli ramionami i kamuflaż Neda zafalował tęczowymi kolorami. Farmer otworzył usta ale nim zdążył coś powiedzieć Ned strzelił mu w szyję.
– Co tam? – zapytał ściszonym głosem Bert słysząc syk wystrzału.
– Wlazłem na jakiegoś kmiota.
– Nie żyje?
Ned trącił nogą ciało.
Te przetoczyło się na bok a głowa pozostała.
– Nawet bardzo. – odparł w stronę Berta, który właśnie dołączył do niego.
Sprawnie umieścili ciało w jakimś zagłębieniu i podeszli do brazegu lasu. Z pomocą gałęzi i krzewów w kilka minut zorganizowali kryjówkę i wyłączyli kamuflaż oszczędzając energię. Niewidoczni dla wroga, który stracił ich trop w pobliżu kapsuły postanowili nieco lepiej rozejrzeć się po okolicy. W tym celu Bert wystrzelił pozycyjną pluskwę, która wzniosła się na wysokość półtora kilometra gdzie zawisła i zaczęła filmowanie całej okolicy a obraz przesłała natychmiast do niego. Z wyświetlacza na kolbie karabinka natychmiast uzyskali obszerniejszy niż dotychczas wgląd w sytuację.
Ich położenie okazało się nieciekawe bowiem byli oblężeni dookoła oraz z góry. Nad całym terenem krążyły antygrawitacyjne patrolowce prześladowców skutecznie uniemożliwiające im wydostanie się na otwartą przestrzeń. Patrolowce te nie były być może najnowocześniejszymi i pochodzącymi z wyposażenia wojskowego pojazdami bojowymi, lecz poprzerabianymi do walki z kłusownikami kombajnami jakich powszechnie używali plantatorzy, ale mimo to i tak stanowiły realne zagrożenie, ponieważ zamontowano na nich całą masę mniej lub bardziej legalnego uzbrojenia. Świadczyły o tym uciekające przed płomieniami w stronę otwartego pola zwierzęta, które natychmiast ginęły trafiane przez automatyczne karabinki plazmowe uwieszone pod patrolowcami. Na razie jednak, mające ich wytropić czujniki termolokacyjne skutecznie ogłupiał szalejący w niemal całym lesie intensywny pożar. Ukryci na samym skraju zalesionego obszaru obserwowali na wyświetlaczu obławę, szukając jakiegoś rozwiązania.
Prześladowcy stosunkowo szybko dotarli i spenetrowali najbliższą okolicę wraka. Wkrótce zdążyli również jeszcze dokładniej otoczyć cały teren i przystąpili do systematycznego przeszukiwania. Obecnie gęstą tyralierą przeczesywali starannie las w poszukiwaniu zbiegów. Nad przeciwległym, leżącym w bezpośredniej bliskości rozbitej kapsuły obszarem pojawiły się niebawem pojazdy gaśnicze starające się uratować te resztki drzew, które jeszcze nie spłonęły.
Sytuacja w jakiej się znaleźli była zgoła beznadziejna, bowiem dający osłonę pożar z każdą chwilą malał.
– Popatrz no kurwa! Się zawzięli… – westchnął Ned przełykając ślinę.
– Przecież widzę. Co robimy?
– Nie przebijemy się w otwartej walce. Za dużo ich.
– A zatem?
– Starają się opanować sytuację…
– To wiemy.
– Kiedy już ją opanują i ugaszą pożar zabiorą się za szukanie nas. Tylko za to. – kontynuował Ned analizę wskazując na zbliżające się od strony niezbyt odległej osady posiłki. – Nie mając nic innego do roboty szybko im to pójdzie. Jakie więc wnioski?
– Nie pozwolimy im na to. – odparł Bert odbezpieczając swój wielofunkcyjny karabinek i umieszczając w nim jednocześnie trzy akumulatory.
– Otóż właśnie.
Podkradli się z aktywnym kamuflażem najbliżej krawędzi lasu jak się tylko dało po czym oddali natychmiast bezgłośną salwę w stronę prześladowców krążących w górze. Kiedy cztery z siedmiu patrolowców eksplodując spadły na ziemię, przystąpili do systematycznego ostrzału pociskami zapalającymi tych nielicznych obszarów, które wcześniej nie ucierpiały w ogóle od pożaru.
Zamieszanie jakie tam wybuchło sprawiło, że obława straciła na chwilę impet. Szukająca ich tyraliera natychmiast się postrzępiła a nowoprzybyłe posiłki zamiast do walki z nimi przydzielono do zwalczania nowych ognisk pożaru. Wszystkie pozostałe patrolowce zapobiegawczo wzniosły się na znacznie większy pułap trzymając się z daleka od ogarniętego pożogą obszaru.
– Zyskaliśmy nieco czasu. Co dalej? – zapytał Ned wskazując na walczących z płomieniami mieszkańców.
– Myślę że teraz niegłupio byłoby pozbyć się co nieco tych cholernych, nadgorliwych kmiotków. – zaproponował Bert.
– Więc do roboty stary. – odparł Ned przykładając oko do lunety swojego karabinu. – Ja ich przytnę od lewej, ty bierz prawą stronę.
– Dobra.
Pojedynczymi strzałami starannie przerzedzili szeregi samozwańczych strażaków okrutnie ich dziesiątkując a kiedy niedobitki się gdzieś wycofały oddali jeszcze kilka salw za pomocą pocisków zapalających prosto w stronę zabudowań z których przybyła wroga odsiecz.
Minutę później licząca kilkadziesiąt budynków osada, również stała w płomieniach konkurując z sięgającym już stratosfery dymem unoszącymi się znad lasu. Strategia okazała się dobra ponieważ prześladowcom o wiele bardziej zależało na osadzie niż na lesie. Z lasu natychmiast skierowano w jej stronę dwie trzecie ludzi oraz sprzętu. Do osady dotarło jednak niewiele ponad dziesięć procent tych którzy wyruszyli, ponieważ trasa ratowników przebiegała w polu widzenia lunet karabinowych.
– Trzeba będzie potem zajrzeć do tej osady. – rzucił Bert.
– Po cholerę?
– Zasięgnąć języka.
– Zasięgnąć? – spytał Ned.
– No wiesz wypytać wieśniaków o parę spraw. Nie wiem jak ty ale ja nie mam nawet bladego pojęcia gdzie jesteśmy i co się z tym wiąże w którą stronę jest do Thompsontown.
– Też racja.
Kiedy znudziło im się już strzelanie do przemykających polem sylwetek i pojazdów, na spokojnie przystąpili do ostrzału pociskami zapalającymi resztek lasu i wykańczania gaszących go niedobitków. Dopiero jak się już z nimi uporali i w ogarniętym płomieniami lesie nie było prócz nich nikogo żywego, załadowali do karabinków pociski burzące i zachowując aktywny kamuflaż skierowali się w stronę zabudowań.
Ponieważ skutecznie pokrzyżowali plany prześladowców, przynajmniej na ten moment a bezpośrednie zagrożenie ich życia minęło, mieli zamiar tylko co nieco się rozejrzeć we wsi nie krzywdząc niepotrzebnie już nikogo więcej. Nie zaatakowali zatem od frontu i nie wybili przy okazji wszystkich niedobitków tylko nadłożyli drogi i okrążyli wieś wchodząc do niej z drugiej, tej nie nadpalonej strony.
Kiedy już dotarli, zauważyli że wysiłek mieszkańców walczących z płomieniami odnosił już pierwsze efekty. Płonęły bowiem, jeszcze tylko dwa niewielkie zabudowania leżące na samym skraju osady.
Zostawili ich w spokoju i przystąpili do penetracji domów. W pierwszym do jakiego weszli nie napotkali nikogo. W drugim i trzecim tak samo. W czwartym również nie było nikogo lecz tam przynajmniej zaopatrzyli się w rękawicowidły służące przy pracach polowych, gumowce z samojezdnymi gąsienicami oraz stylowe berety chroniące przed promieniowaniem, upodabniające ich na pierwszy rzut oka do ludności miejscowej. Tak ucharakteryzowani wymazali jeszcze twarze popiołem z domowego paleniska i pomaszerowali w stronę ratowników z zamiarem porwania jednego z nich i przesłuchania.
Jako pierwszy spostrzegł ich jakiś rosły dryblas ciągnący bosakiem płonącą belkę gdzieś na stronę.
– Dyć, kaj się kurwać, szwendaliściech, hęh? – zagadnął do nich już z daleka.
– Powiedz mi Bert, że masz translatora. – szepnął Ned posyłając dryblasowi jakiś przepraszający gest widłorękawicą. – Kurwa. – dodał widząc przeczący grymas wspólnika. – Nie wiem jak ty ale ja zrozumiałem tylko jedno słowo.
– To i tak o jedno więcej ode mnie. Będziesz więc tłumaczem. – Bert zadecydował.
Przybierając na twarzach skruszone miny podbiegli truchcikiem do dryblasa po czym bez zastanowienia chwycili widłowymi chwytakami za belkę pomagając mu ją ciągnąć.
Dryblas spojrzał na nich uważniej i już miał zamiar coś powiedzieć lecz Bert nie pozwolił na to. Zawczasu już bowiem rozchylił połę peleryny skrywającą karabin a widząc w oczach dryblasa nieprzyjazne lśnienie, przyłożył mu do głowy końcówkę lufy i posłał w nią natychmiast 70 tysięcy volt z ogłuszacza.
Dryblas zachwiał się, potrząsnął głową i o dziwo nie zwalił się na ziemię, tylko zamiast tego znów miał zamiar głośno coś zakomunikować. Jednak kolejna dawka, tym razem od Neda już na dobre go zniechęciła do zabierania głosu.
– Nic nie mów nie pytany, to nie będzie bolało. – poradził mu Ned. – Jak się nazywasz? – zaraz spytał.
– Jorg van der…
– Dobra Jorg, posłuchaj. Musimy na kilka chwil spokojnie sobie usiąść i pogadać. Potem spadamy. Gdzie mieszkasz?
Dryblas wskazał oczami na wyludniony środek osady.
– Doskonale. Idziemy więc teraz grzecznie i bez oporów prosto do ciebie.
Ciągnąc belkę wspólnie w tamtą stronę, po chwili zniknęli pozostałym ratownikom z oczu. Wówczas porzucili ją w cholerę i prowadząc dryblasa pod ramiona wkroczyli do jego domu.
– No proszę, proszę. Jorg jesteś sołtysem, chłopie. – rzucił z uznaniem Ned mijając odpowiednią wywieszkę przed frontem. – Myślę że lepiej, to my nawet nie mogliśmy trafić człowieku.
– Czy masz może w obejściu jakiegoś translatora? – zapytał go Bert obchodząc wokoło umieszczoną na samym środku pomieszczenia olbrzymią makietę przedstawiającą jakąś sporą inwestycję, na którą składały się przede wszystkim ustawione równymi szeregami baraki.
Jorg skinął głową, stęknął i spod stołu wytoczył jakiegoś przedpotopowego translatora. Translator był niemożliwie wielki, wyglądem i wielkością przypominał bardziej przemysłową zamrażarkę ale na szczęście posiadał własne kółka i co najważniejsze działał.
– Co to jest? – rzucił w stronę dryblasa Ned pokazując na imponującą makietę, kiedy czytnik translatora po całej serii autotestów wyświetlił jedno słowo: ok. – Przypomina mi nie wiem dlaczego, jakiś obóz koncentracyjny.
– Świńska ferma. – wyjaśnił Jorg z promienną miną.
Z radości klasnął nawet rękami.
– Świniobóz, znaczy. – westchnął Ned. – Czyje to dzieło? I co w tym takiego radosnego, do cholery?
– Sam go, to znaczy ją zaprojektowałem. – oznajmił z dumą Jorg. – Gdyby nie ten pożar ferma byłaby gotowa już w przyszłym roku.
– Kawał drania z ciebie. – stwierdził Bert. – Obozy koncentracyjne dla zwierząt…
– Hej, to tylko ferma.
– Świniobóz. – sprostował Ned.
– No dobra, nazywajcie to sobie jak chcecie. – Jorg znowu wzruszył ramionami. – Nie ma przecież nic złego w fer… świniobozach.
– Chyba wiesz o tym że to nielegalne kmiocie i podpada pod ustawę o znęcaniu się nad zwierzętami?
– Hęh? – jęknął dryblas.
– Jeśli twierdzisz, że to nic złego hodować zwierzęta dla zysku…? Ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, że hodujesz świnie dla samej przyjemności i że one zdychają śmiercią naturalną?
– Skądże? Zamierzam je produkować po prostu dla bekonu i rzecz jasna zysków. Na pewno nie dla przyjemności.
– No więc tłumaczę właśnie, że to nielegalne. – stwierdził Ned.
– Jak to nielegalne?
– Zabijanie zwierząt dla zysku jest nielegalne, ponieważ podpada pod znęcanie się nad zwierzętami, ponieważ one podczas rzezi cierpią. Kumasz chamie?
– Ach… o to chodzi. – Jorg się rozpogodził. – No to nie ma żadnego wykroczenia przeciw ustawie.
– Jak to, nie ma? – Bert nieco zaintrygowany ich rozmową podszedł nieco bliżej.
– Moje świnie nie będą cierpiały podczas, hmm zabijania. – wyjaśnił sołtys. – Nie ma cierpienia, nie ma więc łamania prawa. – dodał.
– Mógłbyś nieco jaśniej.
– Cóż, no więc wyglądać to miało tak. – ten ciągnął podchodząc do makiety. – Widzicie ten okrągły budynek umieszczony na samym środku kompleksu?
– Widzimy. – odparł Ned.
– To właśnie akcelerator. Mojego własnego projektu…
– Do rzeczy Jorg, do rzeczy. – ponaglił go Ned.
– Zwierzę odczuwa bodźce za pomocą receptorów, które z pomocą neuronów przesyłają układem nerwowym odczucia na przykład bólu wprost do mózgu, zgoda?
– Mów dalej.
– W moim akceleratorze zwierzę nic nie poczuje, ponieważ śmierć nastąpi znacznie szybciej nim wystąpi u niego uczucie bólu.
– Pierdolisz Jorg. Neurony poruszają się z połową prędkości światła. Jak więc chcesz żeby podczas zabijania świnie niczego nie poczuły? – spytał go Ned. – Ty coś kombinujesz. Pewnie chcesz je gazem rozweselić?
– No skąd? Kto mówi o gazie?
– No to w jaki sposób świnie nie poczują, że się je zabija?
– Ha, no właśnie. Będzie tak ponieważ moje świnie będą rozpędzane do dziewięćdziesięciu pięciu procent prędkości światła, zatem ich śmierć będzie całkowicie bezbolesna.
– Jak to dziewięćdziesięciu pięciu procent?
– Szybciej się nie da, ponieważ zbliżając się do prędkości światła rośnie masa obiektu, który się zbliża. W naszym przypadku jest to prosiak. I z tego właśnie powodu niemożliwe jest nadanie prędkości światła czemuś co ma masę większą od zera, rozumiecie?
– Nie.
– Einstein, klasyka? – dodał Jorg. – Też nic?
– Też. – odparli.
– No ale tak już jest, że jak coś ma prędkość to posiada również masę, a jak prędkość rośnie, rośnie też i ona. W miarę jak obiekt zbliża się do prędkości światła jego masa rośnie aż do nieskończoności, a poza tym to ja zamierzam zabijać prosiaki w pełni rozkwitu a nie rozpędzać je bez powodu, rozumiecie?
– Nie, teraz już wcale.
– Mów wolniej Jorg bo translator się przegrzewa. – uspokoił go Ned. – Co ty konkretnie pragniesz robić z tymi prosiakami?
– Pragnę je uśmiercać w pełni sił czyli wtedy, kiedy są najbardziej rozwinięte, smakowite oraz jednocześnie wartościowe. Rozumiecie? – kontynuował sołtys pewnym siebie tonem.
– Teraz tak ale tylko częściowo. Mów dalej.
– No więc gdyby nawet udało mi się rozpędzić prosiaki do prędkości światła, one natychmiast i to w nieprzyjemny sposób by zmłodniały a to nie jest przecież dla właściciela fermy wskazane, ponieważ zaczęłyby tracić masę, rozumiecie?
– Mózgowiec z ciebie Jorg. Co dalej?
– Łatwiej będzie to zrozumieć na przykładzie. Widzicie tę rampę startową? – sołtys zapytał ich pokazując palcem stosunkowo wąskie wejście do akceleratora. – Po umieszczeniu prosiąt w wagoniku, elektromagnesy w ciągu pięciu minut rozpędzają go niemal do prędkości światła, ponieważ jak już wiemy bardziej się nie da, po czym następuje nagłe hamowanie.
– Gdzie?
– O tutaj, w hamowni. – Jorg wskazał niewielki kompleks do którego bezpośrednio z akceleratora prowadziły szyny. – Wagony w jednej chwili się zatrzymują, zaczepy zwalniają i prosięta siłą bezwładności wyrzucane są z wózka prosto w stronę chłodni.
– Żywe? – spytał Ned.
– Naturalnie.
– Co to za haki po drodze?
– Wyglądają trochę dziwnie, przyznaję. – odparł Jorg drapiąc się w głowę i dodał. – Jeszcze lecąc, prosięta niejako samoczynnie się o nie zahaczają i w przeciągu jednej milionowej sekundy są już w pełni oskórowane. Następnie nagie tusze przelatują przez plazmowy piec gdzie są wyparzane i trafiają do rozbieralni nadal posiadając trzy czwarte pierwotnej prędkości. Po minięciu rozbieralni wlatują już bez wnętrzności do masarni gdzie są dzielone na czynniki pierwsze, potem jest sortownia, dział opakowań i powiem wam, że prosięta znajdują się już w zamkniętych konserwach na jedną dziesięciotysięczną sekundy przed tym, zanim w ich mózgach zdążyłoby się zrodzić coś w rodzaju niepokoju, nie wspominając nawet o banalnym bólu. Ostatnią rzeczą jaką młodzież chlewna będzie pamiętała, będzie przejażdżka moim podświetlnym rollercoasterem. W zasadzie więc w chwili śmierci załoga wagoników powinna się nawet nieco cieszyć… podejrzewam.
– Cieszyć powiadasz?
– Muszę wam jednak powiedzieć że najtrudniej było zaprojektować samą chłodnię.
– Dlaczego? – spytał Ned.
– Tyle problemów. – sołtys machnął ręką. – W całym procesie chodzi przecież głównie o nieuszkodzenie masy mięsnej podczas szybkiego zamrażania.
– Aha.
– Po długich testach postanowiłem więc że w tym celu użyte zostaną drobne kryształy dobrze zmrożonej benzyny…
– Ty to sobie Jorg dokładnie wszystko przemyślałeś. – rzucił Ned podejrzliwie.
– Przed przybyciem na Marsa studiowałem fizykę na uniwersytecie w Dortmundzie.
– Jesteś więc wykształconym świniokatem. – bąknął Ned. – A to co ma być, do cholery? – zapytał wskazując na olbrzymi, majestatyczny posąg leżącej na przednich łapach świni, który znajdował się przy głównym wejściu na teren obozu, a właściwie to sam stanowił gigantyczne wejście do niego.
– Świnks. – wyjaśnił dryblas. – To tylko element ozdobny, chociaż nie do końca bowiem będą się w nim znajdowały również moje biura. Zwiedzający mój świniobóz, przechodzić będą tą olbrzymią bramą, czyli pomiędzy jego łapami i poza tym będzie on najwyższą budowlą w promieniu tysiąca kilometrów. Chodzi tu najbardziej o sam efekt reklamowy…
– No dobra panowie. – uciął dalszą pogawędkę Bert. – Ned, tubylcy ugasili już pożar a my niczego sensownego jeszcze się nie dowiedzieliśmy.
– Racja. – ten przyznał partnerowi słuszność i zapytał sołtysa. – Słuchaj Jorg, gdzie my kurwa właściwie jesteśmy i jak daleko stąd dokądkolwiek?
– Jak to? To nie wiecie gdzie wylądowaliście?
– Nie wiem czy pamiętasz ale mieliśmy drobny kurwa problem z lądowaniem. – rzucił Ned z westchnieniem.
– No tak racja. – przyznał sołtys. – No cóż… znajdujecie się w samym sercu Germanii Dolnej, panowie intruzi.
– Czy on powiedział Germania Dolna? – jęknął Ned zdając sobie natychmiast sprawę że Thompsontown znajduje się niemal dokładnie po przeciwnej stronie globu.
– O kurwa, nadal będzie zatem odrobinkę ciężko. – zawtórował mu Bert potwierdzając jego najgorsze obawy.
– Nie wiem oczywiście dokąd zmierzacie ale znając miejscowe warunki nie opuścicie żywi kontynentu. – oznajmił beznamiętnie dryblas. – Gdzie nie spojrzeć same bezludne pustkowia na których można znaleźć jedynie szkodliwe promieniowanie. Nie będziecie mieli się gdzie schronić a kiedy was znajdą, żywcem obedrą was ze skóry za to co tu zrobiliście. A jeśli nawet opuścicie wieś i tak najdalej za godzinę będzie o was wiedział każdy szpicel w kraju. Bez profesjonalnego translatora, z tym kiepskim akcentem nie macie w Germanii żadnych szans. Sam na was doniosłem…
– Co takiego? – Bert mu przerwał.
Sołtys bez słowa wskazał na pracującą po sufitem mikrokamerę. Klasnął w dłonie i kamera się wyłączyła. Klasnął po raz drugi i znów pracowała.
Bert podszedł i oderwał ją jednym ruchem paznokcia. Następnie obcasem zmiażdżył urządzenie.
– Jorg, no jak mogłeś? – jęknął Ned. – A tak się kurwa miło z tobą gawędziło.
– Jak to, jak mogłem? Spełniłem swój obywatelski obowiązek. Jak zresztą wszyscy zaraz po waszej agresji na naszą ziemię…
– Jorg zamknij się. To był nieszczęśliwy wypadek, no ewentualnie katastrofa, a nie żadna kurwa tam agresja chamie. – uciszył go Ned i zwrócił się do Berta. – No i co my z nim zrobimy? Żeby kutas jeszcze coś kręcił albo się wypierał, hmm… a on tak prosto z mostu wali. Doniosłem na was. – dodał naśladując intonację Jorga.
– Jorg posłuchaj. – Bert zwrócił się do niego. – Ni cholery nie wiem po coś ty to zrobił chłopie ale opowiem ci co się stało z jedynym donosicielem jakiego widziałem. – dodał po czym spytał Neda. – Pamiętasz tego czerepa, który przybył z Niemiec? Helmut jakoś mu tam było?
– Oj słabo. Czy to nie ten pięć lat temu, jeszcze na samym początku szkolenia?
– Ten sam.
– No więc co się z nim stało? – zniecierpliwił się Jorg.
– To była prawdziwa sierota a nie kandydat na żołnierza. – kontynuował Bert. – Przydzielono go do naszego oddziału i od tego momentu przestało nam się wieść w koszarach. Starał się jak mógł by wciąż gdzieś umoczyć, podpaść no i bez przerwy, upierdliwie zaniżał nam wyniki bo w zasadzie cienki tak ogólnie był z niego kadecik. Za marne wyniki przejebane miał przez niego cały oddział. On umaczał a jebano nas i tak to właśnie w kółko z tą sierotą było. Został więc dla odmulenia wymoczony w szambie no i żeby się potem biedak nie przeziębił przeczołgano go dla osuszenia z „rannym towarzyszem” kilkanaście razy wokół agregatów. No wiesz Jorg jak to w armii jest z tymi co zaniżają…
– Nie wiem.
– Po to właśnie gadam żebyś wiedział więc się zamknij i nie przerywaj chamie. – Bert upomniał go podniesionym głosem. – No i traf chciał że szkopina po tym życiowym doświadczeniu zamiast po prostu poderwać się do boju i zwiększyć pracę nad sobą, poszedł był jebany no i złożył donos. Wyobrażasz to sobie?
– Jak najbardziej.
– Miałeś się zamknąć. – tym razem Ned upomniał Jorga.
– Przepraszam.
– Czy wiesz Jorg co się potem z biednym szkopkiem stało?
Jorg milczał.
– Jorg, zadałem ci kurwa pytanie! – Bert wrzasnął na niego z odległości centymetra, w najlepszym wojskowym stylu.
– Przepraszam, nie wiem.
– Czego kurwa nie wiesz? Nie wiesz o co pytam czy co się z nim stało?
– Ja już nic nie wiem, ja przepraszam… – wystękał skołowanym tonem Jorg.
– Jak kurwa nie wiesz, to zapytaj a wtedy ja ci kurwa powiem! Kumasz, chamie?
– Przepraszam, co się z nim stało? – wystękał Jorg.
– Nawet jebanych pięciu sekund nie zajęło połamanie mu na grzbiecie wszystkich taboretów jakie w naprędce znaleziono. – odparł Bert zupełnie już pogodnym tonem. – Oto co się donosicielowi najpierw stało.
– Przepraszam, najpierw?
– Potem się powiesił.
– Czy mi również zrobicie to samo? – zapytał sołtys z przerażeniem.
– Jorg czy widziałeś żebyśmy nosili ze sobą jakieś taborety? – zapytał go Bert.
– Nie.
– A co widziałeś?
– Ogłuszacza.
– Bingo Jorg, widzisz bystrzak z ciebie.
– We wsi oczywiście nie ma portala? – bardziej stwierdził niż zapytał sołtysa Ned, kiedy ten już się zadziwiająco prędko podniósł po pierwszej energetycznej dawce jaką mu zaaplikowali.
– Nie ma. – ten odparł z mściwą satysfakcją w głosie. – Najbliższy znajduje się sto sześćdziesiąt kilometrów stąd, na przedmieściach Nowego Hamburga.
– Co robimy? – rzucił w stronę partnera Bert widząc na powierzchni translatora prostą linię z której wynikało że dryblas nie kłamie.
– W mieście pewnie już o nas wiedzą a portale są od dawna obstawione. – zastanawiał się gorączkowo Ned ładując kolejne kilowaty w głowę Jorga. – Nie możemy tak po prostu pchać się w pułapkę…
– Poddajcie się. – zaproponował nieoczekiwanie Jorg przyklepując dłonią tlące się kępki włosów na swojej głowie.
Spojrzeli na niego zaskoczeni.
– Zgłupiałeś Jorg? Sam powiedziałeś… zabiją nas.
– I dobrze jeśli tylko raz. – ten natychmiast potwierdził.
– No właśnie.
– Cóż, jeśli oddacie się w nasze ręce dobrowolnie, osobiście wysunę propozycję na forum sołectwa, żeby was zlikwidowali w moim akceleratorze. Uwierzcie, to naprawdę jest jedyny sposób. Nic nie poczujecie, w stodole mam prototyp i…
– Jorg zamknij się w końcu, dobra. – Ned uciszył go uniesioną ręką. – Ja już nie mam człowieku baterii na ciebie. Już wystarczająco dużo czasu przez ciebie zmarnowaliśmy słuchając o świniobozach, kiedy wokół nas zaciskała się bez przerwy pętla poszukiwań. Wiedziałeś o tym ale nas nie uprzedziłeś więc się w końcu zamknij, dobra? – i zaraz dodał do Berta. – Zróbmy tak. Na początek wykończmy tych tutaj raz dwa do nogi, to nie pójdzie im zbyt sprawnie z ustaleniem naszych dalszych zamiarów.
– Dobry pomysł. – stwierdził Bert.
– Potem natychmiast wyruszymy w stronę miasta a po drodze pomyśli się co dalej. – Ned zaproponował dalszą część planu.
– Zgoda.
– A więc do roboty.
– Ależ panowie, to niewinni ludzie, kobiety i dzie… – Jorg umilkł kiedy otrzymał podwójny impuls.
– Spadajmy wreszcie. Buraki się zbliżają.
W tej samej chwili głosy jakie dobiegały zza okna przybliżyły się na tyle, że zaczął na nie reagować translator. Ze słów jakie z niego padły w mig zorientowali się, że wokół nich ni mniej nie więcej tylko zacieśniał się właśnie ostateczny pierścień obławy.
Jak tylko translator rozwiał ich ostatnie i tak marne wątpliwości stało się jasne, że mieszkańcy musieli się jakoś zorientować, że niebezpieczni intruzi znajdują się obecnie w gospodarstwie sołtysa.
Wyjrzeli ostrożnie przez szparę w oknie i ujrzeli niczego sobie kilkusetosobową zgraję tubylców uzbrojonych w widły, widlarki, oraz widłownice. Tu i ówdzie nadjeżdżały również przerażające swymi rozmiarami samobieżne widłoroztrząsarki stanowiące czoło pierścienia. Te, kierowane przez równie srogich i olbrzymich operatorów z których min jasno wynikało iż nie jadą sobie powidłować z sianem.
– Chyba mamy problem Ned?
– Widzę.
– Są już wszędzie. To tylko kwestia paru minut nim nas stąd wygarną.
– Moja amunicja jest na wykończeniu. – stwierdził Bert.
Rzucając wymowne spojrzenie na pulsującą żółtą diodę na karabinku Neda wiedział że u niego również prąd się kończy.
– Więc? – szepnął w stronę Neda.
– Cóż, czerwony guzik. – ten zaproponował.
– Co takiego?
– Słyszałeś.
– Jesteś pewien?
– Jak niczego nigdy przedtem. Jeśli nie zrobimy tego będzie po nas.
– W… porządku. – Ned odsłonił przedramię.
Rzucił jeszcze pytające spojrzenie wspólnikowi lecz widząc w jego oczach wyłącznie aprobatę uaktywnił swój komputator i natychmiast wprowadził w niego kod alarmowy. Kiedy po kilku sekundach przyszedł rozkaz potwierdzenia, powtórzył czynność i czym prędzej skrył się z całym skromnym ekwipunkiem w polu zerowym jakie w tym celu uaktywnił Bert ze swojego przedramienia.
Przez pierwszych kilkanaście sekund nic się nie działo lecz już w dwudziestej siódmej sekundzie na niebie pojawiły się pierwsze błyskawice.
– Potraktowali serio naszą małą sprawę. – skomentował widok wyładowań atmosferycznych Ned wyglądając przez okno.
– Widzę.
– Zobacz, użyli nawet zasłony burzowej. Oj będzie jasno. Lepiej zamknijmy oczy, bo się będzie działo, stary.
Tak też uczynili. W kolejnych sekundach jedna po drugiej trzy torpedy plazmowe uderzyły wprost z zenitu w wieś w ułamku sekundy spopielając wszystkich oraz wszystko w zasięgu rażenia a zasięg miały spory.
Jedynie wyobraźnia podpowiadała im zdarzenia jakie zachodziły na zewnątrz pola. Nie mając gogli bojowych woleli nie ryzykować oślepienia przez otwarcie oczu. Zgodnie z instruktażem jaki przeszli jeszcze w ośrodku, siedzieli przez pierwszą minutę nieruchomo na lekko podkurczonych nogach. W połowie czasu jaki sobie w myślach odliczali dał się wyczuć niewielki ruch, który sprawił że poczuli się jak w ruszającej windzie, a zaraz potem poczuli coś jakby upadek z niewielkiej wysokości.
Gdy tylko upłynęła druga minuta niecierpliwie otworzyli oczy.
Stwierdzili że znajdują się wprost na gołej ziemi. Właściwie było to centrum szerokiego jak okiem sięgnąć głębokiego na kilkanaście metrów leja. W pięć minut dotarli do jego kulistej krawędzi i wydostali się na górę. Stąd lej już nie wyglądał na tak wielki jak z dołu lecz i tak miał dobrze ponad sto metrów średnicy. Po chacie sołtysa jak i wszystkich pozostałych nie było żadnych śladów nie licząc minimalnych, wciąż z ogłuszającym trzaskiem topiących się brył będących jeszcze parę minut temu solidnymi żelbetowymi budynkami. W odległości kilkuset metrów były jeszcze dwa identyczne leje. Strefa zupełnego wypalenia sięgała gigantycznym kręgiem od jednego do drugiego horyzontu. Zniknął także las i to co do ostatniego drzewa.
Nadal pod osłoną pola zerowego wymaszerowali z tego piekielnego obszaru. Po kilkudziesięciu kolejnych minutach żar nieco ustąpił lecz mimo to szli dalej w osłonie.
Godzinę później osada nie istniała już w ogóle wytapiając się do samego końca. Teren potraktowany torpedami przybrał postać niemal idealnie płaską i zeszkloną na powierzchni, a cały obszar zaściełały jedynie, kontury ludzi wypalone w postaci cienia wprost na ziemi oraz szczątki zaadaptowanych do walki pojazdów rolniczych, które były nadal świecącymi w snopach iskier niewielkimi kałużami roztopionego metalu. Wkrótce nawet śladu po nich już nie było a na zakończenie wszystko doskonale się wygładziło zalewając roztopioną masą nawet początkowe leje.
– No i tyle z nimi. – rzucił Ned zatrzymując się jako pierwszy tuż za wypalonym obszarem.
Bert kiedy tylko dołączył do niego też zatrzymał się i wyłączył pole.
Z ulgą wciągnęli w płuca świeże powietrze. Nadal wpatrzeni w obszar zniszczeń założyli peleryny antyradiacyjne
– Cholerne, zawzięte buraki. – westchnął Bert ocierając czoło z resztek potu. – Licho ich nadało.
– Witamy na Marsie poruczniku. – rzucił Ned w odpowiedzi.
– Niech no tylko dorwę kiedyś sierżanta który nas w to wpakował…
– Co ma wisieć… na razie grunt że żyjemy i że obyło się bez klonowania.
– Słusznie. – przyznał Bert. – Więc co teraz?
– Kiedy jeszcze opadaliśmy w kapsule, przez krótką chwilę widziałem coś jakby większe miasto. To było chyba gdzieś z tamtej strony. – Ned wskazał ręką przybliżony kierunek.
– Też je widziałem ale to było z dużej wysokości więc ten cholerny Nowy Hamburg jest naprawdę daleko.
Bez słowa wyruszyli w drogę.
– Co robimy do jutra? – po godzinie intensywnego marszu zapytał Ned.
– Do jutra? Jak to do jutra? Musimy się zameldować w Centrum jak najprędzej. – w odpowiedzi Bert odczytał mu oficjalnym tonem stosowny fragment z rozkazu.
– Przecież po raz pierwszy od pięciu lat jesteśmy naprawdę poza koszarami. Wydaje mi się stary, że niegłupio byłoby najpierw nieźle się zabawić. Zwłaszcza po tych wydarzeniach.
– Już myślałem, że nigdy tego nie zaproponujesz. – poparł go z uśmiechem.
– Jaki więc mamy plan poruczniku?
– Prosty żołnierz nie ma zbyt wielkiego wyboru…
– A zatem…? – Ned zapytał znając oczywiście odpowiedź doskonale.
– Znajdziemy jakąś przytulną spelunę…
– Oj tak.
– Będziemy tam chlać tak długo aż urżniemy się w trupka i padniemy pod stolik…
– Tak mi mów człowieku.
– A potem będziemy rzygali.
– Oj będziemy.
– Zabawimy się też w międzyczasie z panienkami. Może na Marsie, kto wie, dziwki nie znają się na bonach?
– To doskonały plan. – stwierdził Bert z uciechą. – Tak właśnie zrobimy.
Z nową energią ruszyli maszerując po nieprzyjaznej ziemi. Powierzchnia Germanii Dolnej była beznadziejnie monotonna i nużąca dla obserwatora. Matowo brązowy piach pokrywały tu i ówdzie niewielkie matowo szare kamienie. Wszystko pozostałe wliczając również niebo, było po prostu matowe.
Po kilkuminutowym milczeniu Bert nawiązał rozmowę.
– Jak myślisz, dlaczego tak nagle nas wezwali?
– Pojęcia nie mam ale…
– Ale co?
– Gdyby chcieli nas za coś upieprzyć załatwiliby to na miejscu.
– No i nie dawaliby nam stopni oficerskich.
– Właśnie.
– Lepiej więc nie martwmy się na zapas. Pożyjemy, zobaczymy o co chodzi.
– Racja, człowieku. Święta racja.
Po szesnastu godzinach marszu jeszcze przed wieczorem dotarli do przedmieść miasta. Obawy że o ich przybyciu władze już wiedzą i zastawiły pułapkę okazały się nie warte wzmianki, ponieważ Ned sprawnie podłączył się do pierwszego portala jaki napotkali i za pomocą wojskowego szpiega sprawdził czy miejscowa policja nie założyła na nim przekaźnika kierującego poszukiwanych na najbliższy posterunek. Kiedy okazało się że tak jest w istocie, wprowadził szczura do systemu i w kilka minut zrobił w nim potężną wyrwę, niczym fala powodziowa w glinianej tamie. Samoklonujący się szczur poczynił takie spustoszenia i modyfikacje w portalach, że te kierowały na policję wszystkich bez wyjątku podróżujących przez Germanię Dolną pasażerów.
Zanim wypalili papierosa germańskie posterunki niemal już popękały w szwach od rozwścieczonych tłumów.
Według obliczeń Neda po dwudziestu, dwudziestu pięciu minutach od wprowadzenia szczura monitoring systemu stanie się kompletnie niewydolny i w obawie przed jeszcze gorszymi następstwami wyłączony. Ponadto według wojskowych ekspertów, kompletne odszczurzenie systemu powinno zająć w zależności od lokalnych zasobów od półtorej do dwóch godzin czasu uniwersalnego.
Ponieważ jednak ostatnie wydarzenia co nieco podważyły jego zaufanie co do sprzętu wojskowego, Ned zdecydował się na test praktyczny. Aby uzyskać pewność, że nie wpadną w ręce władz przy próbie transferu, schwytali włóczącego się w pobliżu portala kota i wysłali go na próbę do Nowej Europy tam i z powrotem. Kiedy zwierzak wrócił sprawdzili trasę jego podróży z prostej pluskwy zbierającej informacje dotyczące czasu lokalnego jaką Ned przykleił mu do ogona, po czym wypuścili go na wolność.
Kiedy poprychując sobie coś niedobrego kot poszedł gdzieś w cholerę, wymienili uśmiechy ubolewania nad prymitywnymi germańskimi pułapkami, po czym rozebrali się i dokonali transferu przedostając się bez przesiadek wprost na drugą półkulę planety.
W Nowej Europie świtało.
Kiedy wychodzili ze znajdującej się w samym centrum Thompsontown kabiny odbiorczej, naprawdę zaskoczyła ich imponująca wielkość miasta, dodatkowo podkreślona przez migoczące w resztkach ciemności niezliczone jak okiem sięgnąć neony, które nieustannie przepływały ponad miastem pulsując wszystkimi możliwymi kolorami.
– Witamy w stolicy! – z uśmiechem tak szerokim, że niemal wychodzącym z twarzy, przywitał ich tuż przed stacją jakiś niewielki zasuszony człowieczek o wyglądzie dziwaka.
Prócz owiniętego wokół głowy uśmiechu wyposażony był w jakiś niespotykany tułów przypominający kształtem beczkę poruszającą się na karykaturalnie parabolicznych nogach.
Ubierając się w wydobyte z podajnika standardowe jednorazowe ubrania obrzucili go milczącym, przeciągłym spojrzeniem, po czym bez słowa olali.
– Widzę że nie mamy bagażu. – stwierdził człowieczek odkrywczo po tym jak obskoczył ich wokoło ze trzy razy. – Potrzebujecie przewodnika, taksówki, panienki? A może chłopca, hę?
Zignorowali go czekając aż pojawią się karabinki. Kiedy po niecałej minucie broń zawinięta w ich mundury pomyślnie przeszła wszystkie testy i zapaliła się zielona lampka stwierdzająca że właściciele są upoważnieni do jej legalnego posiadania, karabinki z życzeniami pomyślnego dnia wysunęły się z podajnika.
– Żołnierze, ojojoj! – mruknął człowieczek na widok broni. – Nie chcecie przypadkiem ich odsprzedać? Naturalnie po korzystnej cenie?
– Spadaj pokurczu z powrotem do swojej kreskówki. – poradził mu Bert.
– Albo zagubić, bo są przecież takie wielkie, niewygodne, że ho ho, i kupić w zamian coś wygodniejszego? – człowieczek zmienił ofertę.
Spojrzeli na niego tak ciężko, że ten już bez żadnych dodatkowych pytań wyparował szybko przebierając nóżkami.
Idąc przed siebie rozglądali się ciekawie po najbliższej okolicy.
– Spore miasto, co? – rzucił Ned nerwowym tonem.
– Mhm. – Bert potwierdził i widząc dziwnie wiercącego się partnera zaraz spytał. – Co tam z tobą?
– Kurwa, nie mogę jak rany. Wiesz jak mnie swędzą plecy? Ech. – ten westchnął przystając i drapiąc się niezdarnie lufą karabinka między łopatkami. – To te cholerne portale zawsze tak na mnie działają.
– Naprawdę? – zapytał go Bert z udawanym zainteresowaniem nadal wgapiając się w neony wypatrując wśród nich jakiejś reklamy baru.
– Po każdym transferze przez dwie, trzy godziny łaskocze mnie cały grzbiet jak cholera. – wyjaśnił Ned. – Ciebie, nie?
– Nigdy.
– Dlaczego tylko mi się takie coś przytrafia?
– Masz pewnie grupę krwi 0 rh minus, żołnierzu? – suchy człowieczek ponownie wyrósł przed nimi jak spod ziemi.
– Zgadza się. Skąd to wiesz cudaku? – zapytał go zaskoczony jego obecnością Ned.
– Żyję z tego, że wiem to i owo. – ten odparł z zagadkową miną. – A wiem dziś jedno. To twój szczęśliwy dzień żołnierzu.
– Szczęśliwy? No nie wiem. Popolemizowałbym…
– Tak się bowiem ładnie składa… – ten ciągnął ściszonym tonem. – że mam akurat ze sobą środek rozluźniający w sprayu. – dodał szeptem rozchylając ukradkiem połę swego płaszcza.
Przez krótką jak mgnienie oka chwilę ujrzeli niewielką lecz bogato wyposażoną aptekę z której byłby dumny każdy szpital polowy.
Gestem iluzjonisty człowieczek sprawnie wydobył z odpowiedniej przegródki odpowiednią buteleczkę.
– Piętnaście dolarów. Efekt natychmiastowy. – oznajmił. – Wystarczy popsikać.
– Bo ja wiem…?
– Zdejmij więc koszulę żołnierzu. – zaproponował człowieczek. – Jeśli natychmiast nie poczujesz ulgi nic nie płacisz, zgoda?
Ned podrapał się w głowę.
– To uczciwa propozycja więc nie marudź, szkoda czasu. – człowieczek dodał przebierając niecierpliwie nóżkami.
Ned wzruszył ramionami po czym zdjął koszulę. Człowieczek uniósł dłoń i starannie spryskał całe jego plecy sprayem.
– I jak? – zapytał na powrót zamykając tajemniczy pojemnik.
– Przyjmujesz bony?
– Zapomnij. – odparł człowieczek oddalając się ze sprayem.
Pochwycili go za kołnierz. Ned pogmerał w kieszeni po czym wręczył mu dwudziestkę w prawdziwej walucie i odebrał chciwie buteleczkę.
– Interesy z tobą to przyjemność. – oświadczył człowieczek zapinając płaszcz z powrotem.
Kiedy został ponownie złapany za kołnierz dodał.
– Czego?
– Nie zapomniałeś o czymś?
– A to nie był napiwek? – zapytał patrząc na Neda. – Zresztą nieważne bo i tak nie mam wydać, ponieważ tak się składa, że nie noszę drobnych przy niedzieli.
– Powinieneś więc zaczynać tydzień w poniedziałki. – zaproponował Bert.
– Słuchaj jeśli twojego kumpla nic nie swędzi, to już sobie pójdę, tak? I aha, znam jeden lokal w okolicy w którym przyjmują jeszcze bony. Taka informacja warta jest co najmniej dychę ale dogadamy się za pół ceny bo mam dzisiaj wyjątkowo dobre nastawienie.
– Sram na twoje nastawienie. – stwierdził Ned nachylając się w jego stronę. – Dawaj moją resztę, gadaj gdzie jest lokal a być może cię nie skrzywdzę przy niedzieli.
– Nic nie powiem.
– Pogarszasz tylko moje nastawienie.
– Są tacy którzy wierzą że informacje są za darmo. Mam nadzieję że ty w to nie wierzysz żołnierzu.
Ten argument przekonał Neda, ponieważ sam i to nie raz stosował go w koszarach.
– Niech ci będzie. Gdzie ta buda?
– Ale nie nastawiajcie się na wielkie halo. – człowieczek zaraz zaznaczył. – Wiecie jak to jest, gówniana waluta, gówniana obsługa. Dwie przecznice tędy, potem tam po lewej. – wciągając powietrze wilgotnym nosem wskazał nim drogę.
Ned pragnął człowieczka jeszcze o coś spytać lecz na widok przejeżdżającego patrolu chodząca apteka w jednej chwili ulotniła się przepadając gdzieś bez śladu.
– To gówno naprawdę ci pomogło? – rzucił Bert z zaciekawieniem.
– I to jeszcze jak człowieku. – Ned odparł upychając koszulę na powrót w spodniach. – To dziwne że przewoźnicy nie dają tego środka w ramach biletu. Nic nie swędzi. Co za ulga, o ja pierdolę.
– Skoro tak no to w porządku.
– Jeszcze jakim.
Ruszyli w stronę zachęcającego trójwymiarowym hologramem tanie drinki i dobrą zabawę baru mieszczącego się po drugiej stronie skrzyżowania. Tam, barman sprawnie spławił ich kiedy wyciągnęli bony. Kiedy podobny afront spotkał ich w trzech kolejnych barach udali się do tego, który wcześniej wskazał cudak. Trafili bezbłędnie idąc po śladach jakie zostawiali na chodniku nieco schorowani żołnierze, których zamroczone ciała leżały po drodze tu i ówdzie.
Wewnątrz nikt nie zaśmiał im się w twarz na widok bonów więc rozgościli się po czym niezupełnie tanio, jednak bardzo prędko zamroczyli serwowanymi przez półautomatycznego barmana na kółkach, seledynowej barwy drinkami.
Nie wiadomo jak i dlaczego ale godzinę później w barze wybuchła niczego sobie bójka tak potężna, że nawet odporne na niemal wszystko automatyczne kurwy, odsunęły się od baru spłoszone. Obydwaj nieźle sobie nawet w niej radzili lecz zabawę wkrótce przerwało nagłe pojawienie się żandarmów w lokalu. Wówczas wszelkie nieporozumienia w barze znikły jak kamfora, a wszyscy zgodnie rzucili się w ich stronę. Szczere wysiłki bywalców poradzenia sobie z czwórką żandarmów spełzły na niczym w chwili kiedy jeden z nich obezwładnił wszystkich dawką smutnej energii z szerokopasmowego, służbowego promiennika.
Jedynie pięcioletni intensywny trening w warunkach jednego g pozwolił Nedowi i Bertowi chwiejnie utrzymać się na nogach. Jednak mimo to i tak stracili zdolność poruszania.
Wszyscy pozostali zwalili się pokotem na ziemię tracąc nawet przytomność.
Drętwota mięśni ustąpiła im dopiero godzinę później, kiedy na posterunku sprawdzano im dokumenty. Kiedy okazało się iż obydwaj są oficerami, sierżant żandarmów przestał poszturchiwać ich co jakiś czas służbowym kastetem, a nawet raz lub dwa uśmiechnął się przepraszająco.
– Tak mi przykro panowie. Żaden z moich ludzi nie widział waszych stopni.
– Pewnie. – burknął Bert masując się po żebrach. – Nie zdążyliśmy ich sierżancie jeszcze nawet przymocować.
– Tak też właśnie sobie pomyślałem.
– Skoro więc wszystko się już wyjaśniło w takim razie lepiej będzie jak już sobie pójdziemy. – stwierdził Bert wstając.
– Obawiam się że w chwili obecnej jest to sir, niemożliwe. – uprzejmie jak nigdy dotąd rzucił w odpowiedzi sierżant.
– Już nie musicie się obawiać, że powrócimy do baru. – uspokoił go Bert. – Mamy już dość na dziś.
– Jednakże regulamin…
– Chyba widzieliście nasze rozkazy, sierżancie? Są cholernie pilne…
– Zgadza się lecz mimo wszystko najpierw muszę was przepuścić przez orzeźwiacz panowie. To was nie opóźni bowiem zajmie tylko chwilę…
– Mowy nie ma. – zerwali się na równe nogi.
Sierżant widząc ich niechęć wezwał pozostałych. Szóstka wbiegłych do pokoju żandarmów wyszczerzyła zęby po czym warcząc ponownie ich obezwładniła.
Wyrywających się wściekle zaniesiono do sąsiedniego pomieszczenia którego przytulne, betonowe wnętrze zajmował jedynie nietypowy rozmiarami portal stojący samotnie na samym środku. Portal ten był znacznie większy od tych standardowych służących do podróżowania, a ponadto był wyposażony w jakieś podejrzane bańki, rurki oraz podajniki sterczące ze wszystkich stron urządzenia.
Słyszeli już wcześniej w koszarach straszne, opowiadane półszeptem pogłoski o tym, że coś takiego istnieje, a raz nawet przerażającą opowieść z pierwszej ręki tych, którzy mieli okazję skorzystać z tego urządzenia. Nigdy jednak nie spotkali się z prawdziwym orzeźwiaczem oko w oko. Sam widok maszynerii przypominającej olbrzymią, wysoką niemal do sufitu, stojącą pionowo podkowę sprawił, że momentalnie zmiękły im nogi w kolanach.
– Wyprowadzić nas stąd natychmiast, sierżancie! – naśladując skrzypiącą jak zatarta śluza, przenikliwą intonację głosu Horsta, Ned odwołał się do jego żołnierskiej dyscypliny. – To rozkaz! – cedząc słowa dodał próbując ostatniej deski ratunku.
– To jest również wasza ostatnia szansa sierżancie na uniknięcie sądu polowego za niewykonanie rozkazu. – ostrzegł go Bert również skrzypliwie zmieniając brzmienie swego głosu.
Sierżant w odpowiedzi jedynie wrednie się uśmiechnął odsłaniając metalowe zęby jakie miał gęstym szeregiem powszczepiane. Następnie bez słowa wskazał im kciukiem wiszącą za drzwiami i dotychczas ukrytą przed wzrokiem ciekawskich instrukcję podpisaną przez dowództwo sztabu.
Jego mina zdradzała, iż wykonywał ten gest już wielokrotnie i co gorsza uwielbiał go wykonywać. Żandarmi chwytając ich pod pachami przybliżyli się aby mogli się zapoznać z instrukcją napisaną mikrodrukiem.
Przez prawie minutę z grobowymi minami studiowali wywieszkę mówiącą o zawieszeniu wszelkich szarż podczas pobytu w tym pomieszczeniu. Poza tym instrukcja w swojej zawiłej i skomplikowanej treści zawierała tyle cytatów z regulaminów, paragrafów, rozporządzeń i poprawek do konstytucji, że odruchowo zakręciło im się w skołatanych głowach, ponieważ wszystko to sprowadzało się do jednego. Zostali właśnie udupieni.
– Czy możemy już zaczynać? – zapytał niecierpliwie sierżant widząc ich zmartwiałe miny.
– Nie widzicie sierżancie, że jeszcze nie skończyliśmy tego gówna studiować? – zapytał go Ned.
– Kiedy będzie po wszystkim dostaniecie po kopii wydruku na drogę abyście wiedzieli gdzie ewentualnie się odwołać. – uspokoił go sierżant i dodał. – Pytam tylko czy przechodzicie dobrowolnie przez orzeźwiacz, czy wolicie to zrobić z naszą, życzliwą pomocą? – zapytał ciepło podwijając i tak za krótkie rękawy swej koszuli.
Pozostali żandarmi zbliżyli do nich swoje twarze na około siedem centymetrów.
– Żartujesz? Czy ktoś, kiedykolwiek przeszedł przez to dobrowolnie? – równie ciepło zapytał go Bert.
– Nie odkąd tutaj jestem, a jestem od zawsze, ale zawsze można grzecznie spytać. – sierżant odparł szanując ich decyzję.
Następnie skinął głową na swych ludzi a sam podszedł do urządzenia gdzie ustawił w sposób ostateczny na środkowym położeniu wajchę odsysacza.
Gładko wykończone surowym betonem ściany nie za bardzo dawały oparcie rozpaczliwie szukającym jakiegoś punktu zaczepienia palcom. Żandarmi znali wszystkie ich wyuczone chwyty a nawet kilka takich, które dla nich były nowe. Pojmano ich ponownie i unieruchomiono w niecałe trzy sekundy od wybuchu buntu.
Na pierwszy ogień poszedł Ned. Żandarmi wykręcili mu ręce oraz nogi daleko za plecami, po czym zanieśli w pobliże portala. Tam rozhuśtali jego ciało i na komendę zgodnie wrzucili do wnętrza maszyny. Światełka znajdujące się na zewnętrznym obwodzie zabłysły. Coś nawet przez chwilę zaiskrzyło. Kiedy Ned przelatywał przez portal pojawiła się też na krótką chwilę jakaś niewielka, blada mgiełka wokół urządzenia. W następnej chwili Ned wylądował ciężko na podłodze po drugiej stronie orzeźwiacza. Całą operację powtórzono i po niecałej minucie obydwaj wstawali chwiejnie na nogi, przyglądając się ciekawie mającemu złagodzić upadek materacowi z syntetycznej gąbki. Materac leżał o dwa metry dalej niż upadli i był to fakt zastanawiająco wiele dający do myślenia.
– Jesteście cali? – życzliwie zapytał sierżant.
– W porządku. – uspokoił go Bert. – Na szczęście ta terakota zamortyzowała upadek. – dodał poklepując podłogę wyłożoną masywnymi kaflami.
Poobijane od upadku kości nie były ich największym zmartwieniem bowiem ciała całym swoim wnętrzem paliły ich niemiłosiernie. W chwili obecnej już wiedzieli, że w przeciwieństwie do standardowych portali, te wojskowe usuwają podczas transferu wszelkie związki alkoholu z organizmu, robiąc to błyskawicznie, nad wyraz dokładnie, w sposób nieprzyjemny ale za to ani odrobinę bezbolesny.
Sierżant uśmiechnął się i wskazał na stojące w podajniku dwa kubki z wodą.
Wypili je łapczywie. Ich drżące niczym w malarii ciała nadal piekły nieznośnie całą objętością.
– Podrzucić was do Centrum?
– Wypchajcie się sierżancie.
Orzeźwiacz zaszumiał i z kranika znajdującego się po jego lewej stronie wypłynął strumyk płynu wprost do przeźroczystego pojemnika znajdującego się poniżej. Kiedy płyn przestał płynąć sierżant odpiął pojemnik rzucając spojrzenie na pasek kontrolny wtopiony w jego boczną ściankę.
– No i proszę bardzo. Mieliście w sobie niemal dwa litry czystego alkoholu. – rzucił wręczając pojemnik jednemu ze swych ludzi.
Żandarmi zabrali pojemnik, strzelili obcasami, po czym opuścili pomieszczenie.
– To chyba nie zbrodnia, co? – rzucił z niechęcią Bert rozglądając się za czymś jeszcze do wypicia.
– Na moim terenie, owszem. – sierżant ponownie uśmiechnął się. – Jeszcze wody?
– Dawaj.
Kiedy tylko ten odwrócił się aby napełnić kubki, wymienili spojrzenia i jednocześnie rzucili się na niego. Sierżant był zmodyfikowany, kwadratowy oraz nawet jak na standardy w żandarmerii niespotykanie wielki. Posturą przypominał dorosłego Hulka. W pojedynkę jednak nie miał żadnych szans. Zwłaszcza z elementem zaskoczenia. Szybko wykopali mu od tyłu stawy kolanowe, pochwycili za ręce i błyskawicznie obezwładnili przyciskając jego kark kolanami do ziemi. Całość nie trwała nawet jednej sekundy. Zaraz potem złapali drugi oddech nabierając nadwątlonych walką sił.
Następnie Ned popchnął wajchę do samego końca po czym brutalnie wykręcając sierżantowi ręce, wepchnęli go z pomocnym kopniakiem wprost do orzeźwiacza. Jego krótki przerażony wrzask na chwilę przed transferem wywołał na ich umęczonych twarzach jedynie wyraz sadystycznego samozadowolenia.
Maszyna co prawda nie stwierdziła w organizmie sierżanta obecności alkoholu, jednak i tak usunęła z niego około czterech litrów płynów ustrojowych.
Opuszczając pomieszczenie pozostawili kwiczącego z odwodnienia osiłka po drugiej stronie maszyny. Ten siedział tam masując potłuczenia i wzrokiem jeszcze bardziej obłędnym niż oni spoglądał na odległą gąbkę materaca.
Sprawnie i bez przeszkód opuścili budynek i dopiero na ulicy puścili się biegiem nie chcąc po raz drugi trafić w łapy miejscowej żandarmerii.
– Jak na jeden dzień na Marsie mam już dosyć przygód. – westchnął Ned kiedy pokonali zygzakując kilka dobrych przecznic.
– To zabawne. Ja tak samo.
Chcąc nie chcąc postanowili opuścić niegościnną, przesyconą żandarmami okolicę i czym prędzej zgłosić się do Centrum. I chociaż upłynęło zaledwie kilka minut odkąd stali się zupełnie trzeźwi ich organizmy nadal jeszcze nie potrafiły przyjąć tego faktu do wiadomości. Niedomagania ustały dopiero, kiedy wypili po kilka zaprawionych elektrolitycznie piw, płacąc za nie ciężką walutą. Czując się wówczas znacznie lepiej sprawnie odnaleźli publiczny portal. Wybierając numer Centrum podali swoje numery identyfikacyjne. Chwilę później, już po przejściu przez weryfikację wojskową, znajdowali się na miejscu.
Opuścili kabinę transferową tuż przed gigantycznym budynkiem, którego niewidoczny szczyt ginął w chmurach.
Ned drapiąc się po plecach sklął na głos bezdusznych żandarmów, którzy skonfiskowali mu niedawno nabyte cudo w sprayu, uważnie się rozejrzał, po czym skierował kroki w stronę konsoli informacyjnej, jaka znajdowała się niemal naprzeciwko tuż za wejściem do budynku.
Bert w milczeniu podążył za nim.
Znajdujący się w holu automat informator obwąchał ich swymi czułkami, sprawdził karty, jakie mu podali, coś tam z cicha zachrobotał, po czym wskazał im wysięgnikiem drogę wiodącą wprost w głąb najszerszego korytarza.
Kiedy na zakończenie wręczył im papierowe okulary Ned zapytał.
– Po jaką cholerę nam one, blaszaku?
W odpowiedzi skrzywił się kiedy automat uniósł jedną ze swych mechanicznych czułkołapek i z chirurgiczną precyzją wstrzyknął jemu i zaraz potem Bertowi jakieś krople w oczy.
– Och ty, kurwa!
– Przez te okulary będziecie widzieć strzałki które wyłącznie dla was zaprogramowałem w podłożu wzdłuż waszej trasy. – automat poinformował ich metalicznym głosem. – Strzałki te zawiodą was prosto do celu. – dodał podając im po chusteczce higienicznej.
– Wielkie dzięki. – rzucił do niego Bert przecierając gałki oczne.
– Nie ma sprawy. To duży budynek więc dokładam wszelkiej staranności żebyście nie zbłądzili.
– To naprawdę miło z twojej strony. Od razu poczułem się wyróżniony. – nadal mrugając odparł uprzejmie Ned po czym kopnął znienacka w plastykową obudowę robota, natychmiast po tym jak odzyskał ostrość widzenia.
Robot aż się zatrząsł ze zniewagi, potem zachrzęścił ze złości i zabierając odłamaną klapkę serwoładowarki zręcznie umknął przed kolejnymi ciosami zapadając się gdzieś pod blatem swej konsoli, skąd jeszcze przez jakiś czas nieszkodliwie się odszczekiwał cytując jakieś paragrafy.
Ruszyli przed siebie. Zakładając kontrolnie co jakiś czas okulary sprawnie przemierzali kolejne korytarze, chodniki, schody, nieustannie zmieniające się poziomy i galerie, prowadzące ich prosto do wyznaczonego celu. Widząc ten istny labirynt zdali sobie sprawę, że bez bezcennych strzałek pulsujących pod nogami nigdy nie mieliby szans na odnalezienie właściwej drogi. Kiedy po kilkudziesięciominutowej podróży dotarli na miejsce, wyczerpani forsownym marszem zatrzymali się i w automacie zamówili do wypicia coś bez alkoholu ale silnie miętowego.
W pobliskiej toalecie odświeżyli się przemywając swe oblicza, wymienili pytające spojrzenia, po czym wzruszyli ramionami i wkroczyli do zaopatrzonego w stosowną tabliczkę kolejnego holu. Tam po pokonaniu kilkunastu następnych korytarzy trafili w końcu pod właściwe drzwi. Wkroczyli w nie bez wahania mijając nie zwracającą na nich w ogóle uwagi, milczącą sekretarkę.
Sekretarka nie zareagowała, bowiem od ich pojawienia się w budynku i tak śledziła ich postępy na monitorze.
Pomieszczenie do którego weszli okazało się windą bez przycisków która zawiozła ich samoczynnie do innego pomieszczenia. W pomieszczeniu tym czekał na nich jakiś człowiek. Skinął na nich ręką więc udali się za nim. Winda za ich plecami tymczasem bezgłośnie się zamknęła po czym odjechała. Ich milczący przewodnik wskazał im jedyne drzwi, po czym wrócił tam skąd przybył. Pokonując krótki, przeszklony korytarzyk weszli do gabinetu.
W gabinecie odruchowo zesztywnieli.
Siedzący za olbrzymim biurkiem zmodyfikowany człowiek w generalskim mundurze sprawił, że zatrzymali się w progu wyprężeni na baczność niczym rekruci.
Kiedyś, dawno słyszeli opowieści, że są gdzieś hen na szerokim świecie generałowie. To fakt. Jednak po raz pierwszy w życiu widzieli kogoś takiego na własne oczy a równy szereg ośmiu złotych gwiazdek wytatuowanych na powiększonych modyfikacją skroniach siedzącego za biurkiem człowieka dobitnie świadczył, iż nie były to tylko koszarowe plotki.
Generałowie a przynajmniej ten jeden, rzeczywiście istnieli.
– Spocznij. – ten rzucił w ich stronę podnosząc się z fotela.
Gdy tylko wstał, blat biurka najpierw zadrżał nerwowo, po czym natychmiast odpłynął w lewo robiąc mu gorliwie przejście.
Generał obrzucił odpływający blat leniwym spojrzeniem po czym podszedł do nich.
– Van Hold. – przedstawił się treściwie.
– Ciekawe jak on ma na imię. – pomyślał Ned odruchowo salutując.
– Na imię mam generał. – dodał van Hold przyglądając mu się przenikliwie.
– Porucznik Bert Parker i porucznik Ned Harris meldują swoje przybycie, sir. – wyrecytował Bert wręczając mu nieco już pomiętą przez orzeźwiacz i żandarmów kopertę z rozkazami.
Ten wziął ją do rąk i nie czytając rzucił na biurko. To znaczy chciał rzucić, jednak biurko się zagapiło i koperta spadła na podłogę. Generał skrzywił się, cmoknął z niesmakiem w czasie kiedy biurko usłużnie podjechało i podniosło kopertę w pełnym skruchy skłonie. Van Hold widząc to rozchmurzył się odrobinę i nadal kręcąc z dezaprobatą głową podszedł zwinnie w pobliże klasycznej biblioteki gdzie zajął miejsce w fotelu wskazując im dwa kolejne naprzeciwko.
Widząc że zajmują miejsca przy obszernym standardowym stole, biurko zniknęło gdzieś bez słowa obrażone.
Kiedy usiedli generał przez dłuższą chwilę bez słowa studiował ich napięte twarze.
– Nie śpieszyliście się za bardzo. – stwierdził.
– Przybyliśmy najszybciej jak było to możliwe, sir. – odparł Ned kontemplując wypełniające całą bibliotekę kryształy.
Zastanawiał się czy to oryginalne książki czy też mająca jedynie efektownie wyglądać, szklana lipa.
– Wiem skądinąd, że koszary opuściliście już dwanaście godzin temu. – przerwał mu kontemplację generał.
– W drodze do Centrali napotkaliśmy… pewne eee… trudności, sir.
– Trudności? – generał potarł się dłonią po olbrzymiej, łysej głowie.
– Długo by mówić… – Ned starał się jakoś wykręcić, jednak uważne spojrzenie jaki utkwił w nim van Hold sprawiło, iż niechętnie ciągnął jednak dalej. – Najpierw nastąpił kłopotliwy brak paliwa potrzebnego do lądowania, potem samo lądowanie, jeszcze bardziej kłopotliwe…
– Był też ten gajowy… – Bert ruszył Nedowi z pomocą.
– Gajowy? – wtrącił generał.
– Strzelał do nas bez powodu ale za to ze wszystkimi sąsiadami. – wyjaśnił Bert.
– Właśnie. – przyznał Ned. – Był zawzięty jak wszyscy diabli, panie generale.
– Osadnicy… tak wiem o tym. – van Hold dał do zrozumienia że już doskonale wie o czym mówią.
– Pan wie?
– Pozwólcie że coś wam wyjaśnię. Pomimo iż kolonizacja trwa już od ponad czterystu lat, problemy z promieniowaniem sprawiają, że nadal jeszcze nie udało się stworzyć roślin zdolnych do rozrodu w naszych marsjańskich warunkach. Specyficznych warunkach. O ile sadzonki sprowadzone z Ziemi na ogół przyjmują się bez problemów, to zaledwie ułamek procenta wydanych przez nie nasion zdolne jest do wzrostu na naszej planecie. Te które to potrafią są niezmiernie rzadkie i co się z tym wiąże, wręcz bezcenne. Z tego też powodu aby zalesić lub pokryć inną roślinnością jakiś obszar wciąż potrzebne są kosztowne sadzonki i nasiona z importu. Na skalę przemysłową rodzi to niesłychane wręcz nakłady finansowe. Zwłaszcza jeśli zajmują się tym drobni importerzy z kapitałem prywatnym, nie posiadający wsparcia rządowego. Mam na myśli import tradycyjnym sposobem – statkami, a nie portalami, z których korzystanie ograniczono już kilkadziesiąt lat temu ze względu na niekontrolowany przemyt. Poza tymi importowymi trudnościami jakie dręczą plantatorów wiąże się również spora doza cierpliwości, ponieważ drzewa to nie jest zboże i trochę czasu trzeba zaczekać aż urośnie. Sadzonki oraz oczywiście już dorosłe drzewa są na naszej planecie, co najmniej na wagę złota. Czy teraz rozumiecie gniew tego hm, gajowego?
– Chyba tak, sir.
– Lądując na jego terenie i niszcząc owoc jego wieloletnich starań sprawiliście, że człowiek ten stracił majątek.
– To było tylko parę drzew… – rzucił Ned.
– No może paręnaście… – dodał Bert. – czy tam parędziesiąt.
– Niewymierny majątek. Wręcz dorobek życia, ponieważ zniszczyliście siedem tysięcy dwieście dwanaście drzew plus zabudowania a także sto procent osadników.
– Czy to znaczy, że ktoś już to wszystko podliczył, panie generale? – wykrztusił Bert nieco zdruzgotany.
– Owszem. – odparł generał i zaraz dodał. – Ponieważ jednak to był nasz wojskowy sprzęt, Rada wypłaci leśnikowi i osadnikom odszkodowanie… gigantyczne odszkodowanie.
– Ale on to znaczy jego… eeee, czyli ich… już nie ma… – szepnął Ned.
– Naraziliście armię na gigantyczne koszty. Kolosalne. Grunt po uderzeniu torpedami plazmowymi będzie się wyżarzał jeszcze przez przynajmniej dwa miesiące. Klonowanie zabitych osadników zajmie kilka lub kilkanaście kolejnych. Ponadto jest więcej jak pewne, że nas pozwą kiedy tylko się wyklują, ponieważ o pazerności dolnogermańskich osadników krążą legendy od wieków. Potem odbędzie się nie mniej kosztowna odbudowa zniszczonego Alt Schweiner. A poza tym armię czeka w najbliższym czasie nieustanne pasmo kłopotliwych odszkodowań i procesów cywilnych, gdyż większość z nich posiadała na Ziemi nie mniej pazerne rodziny. Całkiem sporo udało się wam zdziałać w te dwanaście godzin.
– Sir, chciałbym jedynie powiedzieć że… – Bert stwierdził wstając z fotela.
– Mniejsza jednak już z kosztami, więc spokojnie. – przerwał mu generał uniesioną ręką każąc mu z powrotem usiąść. – Jesteśmy ubezpieczeni więc to naprawdę nieistotne. Chciałem wam jedynie nieco naświetlić sprawę i wyjaśnić, że człowiek ten miał podstawy prawne oraz finansowe by was ścigać wszelkimi dostępnymi mu metodami. Czy to jasne?
– Tak jest, sir. – mruknął Ned. – Chciałbym tylko…
– Zresztą jest już po procesie wstępnym więc naprawdę nie ma o czym mówić. – przerwał mu generał.
– Przepraszam sir, jakim procesie?
– Waszym oczywiście. Nic nie wiecie?
Spojrzeli na siebie i pokręcili przecząco głowami.
– Ach tak, no więc… otóż zostaliście już przez sąd wojskowy osądzeni ale naprawdę nie ma o czym tu się szerzej wypowiadać, ponieważ na rozprawie osobiście was broniłem i zapewniam, wszystko poszło jak najlepiej.
– To chyba dobrze, nie? – Ned zapytał Berta wymieniając z nim spojrzenia.
– Wszystko poszło doskonale, zapewniam. Nie ma sensu więc dłużej odbiegać od tematu, zgoda?
– Tak jest, sir.
– Chyba tak, sir. Ale jeśli gajowy… eee i proces…
– Do diabła! – zdenerwował się van Hold. – Powiedziałem że mniejsza już z tym gajowym oraz jego cholernym zniszczonym drzewostanem. To zajęcie dla programów prawniczych. Niech się one głowią jak cywilów spławić. – dodał po czym niecierpliwie klepnął ręką w blat. – W ramach wyroku skazano was jedynie na niewielkie odszkodowanie ale to akurat zostało już przez armię wspaniałomyślnie uregulowane, oraz po 870 godzin pracy przy sadzeniu lasu i odbudowie zniszczonej osady. To niestety, ale będziecie musieli odpracować osobiście. Naturalnie nie teraz, tylko kiedyś tam w wolnej chwili. Macie na to dwieście rzeczywistych lat do dyspozycji a kiedy już odpracujecie całość wasze kartoteki będą znowu czyste jak nie zapisane kryształy. W międzyczasie, być może programy prawnicze coś wykombinują i się jeszcze odwołamy. O wiele bardziej interesują was zapewne powody dla których was tu wezwano?
– To prawda, sir. – zgodnie skinęli głowami.
– Niestety muszę mówić szybko, ponieważ czas ucieka i nie mamy ani chwili do stracenia. Poza tym za kilka godzin są finały, więc od razu przejdę do sedna, jeśli pozwolicie.
Ponieważ to nie było pytanie tylko kategoryczne stwierdzenie, posłusznie skinęli głowami.
– Oczywiście, sir.
– Tak jest, sir.
– Otóż całe wasze szkolenie oraz oczywiście wasza ostatnia podróż, zostały w taki sposób zaprogramowane aby ostatecznie ocenić czy nadajecie się do zadań specjalnych.
– Zaprogramowane?
– Zadań specjalnych?
– Zgadza się. I tu, choć bez entuzjazmu muszę przyznać, zaliczyliście końcowy egzamin.
– Jakie to zadania? – Ned nadal drążył temat.
– Właściwie jest to jedno zadanie. Zadanie trudne oraz hmm, bardzo specyficzne. – dodał van Hold pocierając ręką brodę.
– Więc to wszystko… – Ned powiódł ręką wokół. – to wszystko było ukartowane?
– Zaprogramowane. – sprostował generał. – Obserwację, bardzo uważną obserwację kadetów prowadzi się rutynowo i to od momentu opuszczenia przez nich statków, którymi przybywają na Hermesa. Nie robimy jednak tego z chorobliwej ciekawości czy chęci poznania ich brudnych sekretów, o nie, lecz tylko i wyłącznie w celu określenia indywidualnych predyspozycji oraz możliwości każdego z nich podczas przydzielania do przyszłych zadań, jakie wynikają ze specyfiki służby w Korpusie…
– Przecież to losowanie decyduje… – wpadł mu w słowo Bert.
– Nie decyduje. – zimnym jak kubeł wody tonem wyjaśnił generał dając do zrozumienia, iż nie lubi jak mu się przerywa.
Po raz kolejny wymienili zdumione spojrzenia zastanawiając się o co tak naprawdę chodzi temu człowiekowi. Przecież mówiąc im to wszystko miał zapewne jakiś cel. Celem tym z pewnością jednak nie było zrobienie im szkody. Gdyby takie właśnie były jego zamiary, z pewnością nie odsłaniałby przed nimi swoich kart. A tym bardziej nie wyciągał ich z rękawa.
– I tak wiem obecnie, – van Hold ciągnął dalej. – że chociaż można o was wiele powiedzieć, określenie: wzorowy strażnik nijak do was nie pasuje.
– W czasie szkolenia dokładaliśmy wszelkich starań, sir. – wpadł mu w słowo Bert.
– Tak, tak, wiem coś o tym. – van Hold pokiwał ze zrozumieniem swoją wielką głową. – Już od pierwszych tygodni w ośrodku zorganizowaliście produkcję a następnie dystrybucję bimbru produkowanego na bazie pianki do golenia i zmodyfikowanych ziemniaków.
– To pan o tym również wie!? – Nedowi nie udało ukryć się zdumienia.
– Nielegalny handel nielegalnym alkoholem, nie mniej nielegalny kolportaż pornograficznych materiałów i tytoniu z przemytu, czarnorynkowa giełda znajdująca się w podziemiach garnizonu, nielegalne zakłady sportowe, oraz hazard karciany, lewe bony, kasyno, ech… prędzej by wymienić to czym się nie paraliście. – zakończył widząc jak oklapli momentalnie na fotelach.
– Ale… – jęknął Bert.
– Wiem jedno, gdyby dać wam jeszcze ze dwa lata, z dużym prawdopodobieństwem kręcilibyście całym tym koszarowym światkiem mając wszystko pod osobistą kontrolą i wszystkich bez wyjątku w kieszeni.
– To nie zupełnie tak, sir. – jęknął Ned.
– W przeciągu zaledwie kilkunastu godzin, jakie minęły od chwili opuszczenia koszar zdążyliście zdemoralizować ledwo poznanego sierżanta, następnie go skorumpować i wydoić z oszczędności jakie biedak sobie zbierał, wylądować na niesprawnym sprzęcie, wydostać spod ostrzału leśnika a to on miał przecież ciężki sprzęt, masę broni oraz kupę ludzi do pomocy, uniknąć policyjnej obławy w Germanii Dolnej i przedostać na drugą stronę planety w najlepszym jak dotąd czasie oraz zarobić po drodze całkiem niezłą premię i niejako przy okazji poturbować kilku innych ludzi oraz automaty. Jednym słowem, niezwykle zaradni z was oficerowie i to jest jedyna cecha, która ostatecznie zadecydowała o waszym wyborze bowiem do zadań specjalnych nie potrzeba nam regulaminowych lizusów tylko zaradnych zawadiaków.
– Nie rozumiem, sir. – bąknął Bert. – Jak to w najlepszym czasie?
– Udało się wam dotrzeć tu w zaledwie dwanaście godzin czasu uniwersalnego. To jest oczywiście jak najbardziej karygodne spóźnienie, lecz jednocześnie jest to najlepszy czas jak dotąd, ponieważ nikt inny jak na razie nie był mniej spóźniony. Oprócz was jedynie jeden człowiek dokonał tego w takim samym czasie. Wszyscy pozostali nie zmieścili się nawet w jednej dobie.
– Zatem jest nas trzech. – rzucił nieco uspokojony łagodnym tonem generała Ned. – Można wiedzieć, panie generale kto to taki?
– Dwóch. – sprostował van Hold. – Jemu bowiem nie udało się po drodze ani porządnie uchlać ani narozrabiać w stolicy. On jedynie tutaj dotarł nie zabijając nawet jednego człowieka. A tak nawiasem mówiąc, wkrótce według wszelkiego prawdopodobieństwa poznacie go osobiście.
Generał ciężko wstał, rozprostował nogi, po czym gestem zaprosił ich do sąsiedniej sali.
Posłusznie podnieśli się i udali za nim. Nadal mieli skołatane głowy i nie wiedzieli, co naprawdę o tym wszystkim sądzić. W świetle aktualnie posiadanych informacji, obecnie powinni znajdować się w jakimś przytulnym, na wskroś betonowym areszcie cierpliwie oczekując rozprawy a nie pogodnie gawędzić sobie z szefem sztabu.
W wyłożonym wyciszającym tworzywem pomieszczeniu sąsiadującym z biblioteką nie było nikogo, jeśli nie liczyć kobiety, która stała samotnie w pobliżu projektora. Kobieta nie była zmodyfikowana. Poza tym była posągowo piękna.
Widząc ich uprzejmie skinęła głową. Nie odezwała się jednak nawet słowem.
– Uli Robinson. – przedstawił ją generał. – Studiuje historię i chyba najlepiej wprowadzi was w nasze małe zagadnienie. – dodał.
– Uli. – dziewczyna wyciągnęła dłoń.
– Bert.
– Ned.
Nie byli zdolni nawet na chwilę oderwać od niej swoich oczu. Stali wpatrzeni w nią przez dłuższą chwilę zanim generał pierwszy przerwał milczenie przechodząc do konkretów.
– Co wiecie o Hitlerze?
– Hitler, Hitler… – Bert zamyślił się przetrząsając zakamarki swej pamięci.
Po chwili udało mu się coś przypomnieć więc niepewnym tonem stwierdził.
– Adolf Hitler, tego… eee… Adolf Hitler był.
– A pan, poruczniku? – generał przeniósł spojrzenie na Neda.
– Czy to nie ten gość, który wymyślił napęd plazmowy?
Van Hold pokręcił przecząco głową.
– Już mam! – ponownie wtrącił Bert. – Wymyślił jakiś napęd ale na pewno nie plazmowy. Już wiem, to była technologia… gazowo piecowa. Gazen und heizung, czy tak?
– No dobrze, ech. – van Hold westchnął zajmując miejsce w fotelu, po czym dodał. – Domyślam się, że wykłady z historii mieliście zaraz po sztukach walki?
– Skąd pan wie?
– A głęboki, beztroski i wzorowy sen na tych wykładach, mógłby być wykładany na wydziałach dla noworodków. – generał dodał do siebie, po czym zwrócił się do Uli. – Wygląda, że będziesz musiała zacząć z nimi od podstaw.
Dziewczyna posłusznie skinęła głową przechodząc na sam środek pomieszczenia. Stała tam przez chwilę patrząc na nich przenikliwie, po czym zapytała.
– Teorię podróży w czasie znacie mam nadzieję?
– Oczywiście.
– Nie jesteśmy tak do końca tępi.
– W porządku. Darujemy więc ją sobie. Zacznę zatem od naszego właściwego zagadnienia. Będę mówiła a kiedy przestaniecie nadążać, przerwijcie mi proszę, zgoda?
– Jasne.
Dziewczyna rozpoczęła opowieść mającą wprowadzić ich w czekające ich zadanie. A kiedy godzinę później dodała na zakończenie, że w zasadzie to już wszystko, Ned zapytał.
– Czyli, że nasze zadanie polega na uwolnieniu tego… trzeciego z nas?
– Dokładnie. – potwierdził generał. – Z ostatnich wiadomości jakie posiadamy wiadomo jedynie, że wpadł na Ziemi w ręce gestapo.
– Jak on się zatem nazywa? My nadal przecież nawet nie wiemy kim on tak naprawdę jest. – przypomniał generałowi Bert. – Musimy coś więcej wiedzieć o nim jeśli mamy go odnaleźć.
– To najlepszy dubler wszechczasów. Kameleon profesjonalista. Jego wrodzone umiejętności w zakresie podszywania się pod innych ludzi sprawiają, że jest wręcz bezcenny dla naszej sprawy.
– Chciałem jedynie wiedzieć jak się nazywa nasz bohater. – rzucił Bert wzruszając ramionami. – Czy to jakaś tajemnica?
– Wszystko o czym tu usłyszeliście jest ściśle tajne. A teraz co nieco o zaginionym. Człowiek ten już tyle razy wcielał się z powodzeniem w postacie innych ludzi, że dla ułatwienia zmienił swoje prawdziwe imię i nazwisko na Imię i Nazwisko.
Spojrzeli po sobie spode łba.
– Pan żartuje? – rzucił Ned.
Powaga z jaką van Hold pokręcił głową sprawiła, że nie padły już z ich strony żadne pytania.
– Niezły odlot. – mruknął Bert w stronę Neda. – Popatrz nie znam nawet gościa a już go lubię.
– Z tego co pan powiedział wynika, że facet ma podobny do naszego styl i chyba współpraca z nim jakoś się ułoży. – stwierdził pogodnym tonem Ned patrząc na van Holda.
– Jakieś pytania zatem? – zapytał generał podnosząc się z fotela.
– Czy mamy jakiś wybór? – roztropnie rzucił Bert nękany wątpliwościami co do tej podejrzanej misji.
– Oczywiście. Wiem doskonale, że to jest niezwykle trudne zadanie. Bardo trudne i bardzo łatwo będzie przy nim zginąć. I z tego też względu zarezerwowane jest ono wyłącznie dla ochotników. Najlepszych. – wyjaśnił pogodnie van Hold. – Pięć lat karnej kompanii, konfiskata nielegalnie zdobytego majątku, degradacja, wydalenie z armii, potem proces cywilny, kilka dodatkowych lat odsiadki w obozie cywilnym, deport na Ziemię, wilczy bilet…
– Z dumą zgłaszamy się na ochotnika, sir! – równocześnie trzasnęli nogami przyjmując postawę zasadniczą.
– Doskonale.
Generał wyrozumiałym, ojcowskim machnięciem ręki przyjął do wiadomości ich decyzję.
– Biurko. – zawołał.
Te podpłynęło posłusznie przedzierając się przez bibliotekę.
Van Hold sięgnął po leżące na jego blacie plastikowe kwestionariusze, po czym błyskawicznie podsunął im do podpisania.
Kiedy odcisnęli na kwestionariuszach kciuki generał jeszcze błyskawiczniej schował je do szuflady biurka, które tym razem się nie zagapiło.
– I nie zapomnijcie w wolnym czasie odpracować też tych 870 godzin. – przypomniał im na zakończenie, po czym wstał i opuścił gabinet.
– Do rzeczy panowie. – otrzeźwiła ich po jego wyjściu Uli Robinson. – Mamy bardzo mało czasu a spraw do omówienia jest naprawdę wiele.
– Słuchamy cię piękna pani. – zwrócił się do niej nad wyraz ciepło i uprzejmie Ned kończąc wpisywać do pamięci swojego komputatora parametry czasowo geograficzne zniszczonej dolnogermańskiej osady.
– Więc tak. – odparła niewzruszona jego pełnym namiętności spojrzeniem. – Za kilkadziesiąt minut przerzucimy was w przeszłość. W miejsce znajdujące się niedaleko tego, skąd dubler powinien nadać meldunek. Meldunek, który nigdy do nas nie dotarł.
– Po czym poznamy że to właściwe miejsce?
– Chodzi o ten kluczowy obiekt. – zademonstrowała im hologram przedstawiający stojącą na odludziu szopę. – Tam według prognoz powinniście rozpocząć poszukiwania, następnie go odnaleźć, zabezpieczyć lub zniszczyć jego sprzęt i sprowadzić go całego i zdrowego z powrotem w teraźniejszość. Szczegóły dotyczące powrotu poznacie tuż przed samym transferem.
– Co nas czeka po przybyciu? – zapytał Bert.
– Na miejscu postarajcie się maksymalnie dobrze zaaklimatyzować. Musicie przede wszystkim dobrze zapoznać się z miejscowymi warunkami oraz zwyczajami czasowców. Możecie też spożytkować cały wolny czas na dokładniejsze zapoznanie się tamtą epoką oraz czekającym was głównym zadaniem. Ze względu na olbrzymie nakłady jakie zostały już poniesione nie możemy sobie pozwolić na spapranie czegoś i utratę tego człowieka. Dlatego dajemy wam niezbędne środki nawet na tylko ewentualne przygotowania. Kiedy odnajdziecie zaginionego agenta, bądźcie już zawczasu w pełni przygotowani do ewakuacji. Będąc już na miejscu wpierw trzykrotnie przeanalizujcie wszystkie, powtarzam wszystkie możliwości zanim przystąpicie do jakiejkolwiek akcji.
– W jaki dokładnie okres nas wysyłacie? – zapytał ją Ned.
– Będzie to rok 1942. Rok wojny. Przypominam wam, że to była naprawdę trudna epoka i będziecie musieli zachować szczególną ostrożność.
– Ostrożność? – rzucił Bert.
– Żadnego spoufalania się z czasowcami, to znaczy przede wszystkim handlu z nimi. – spojrzała na niego z wyrzutem. – Żadnych interesów na boku, hazardu, spotkań z kobietami, popijaw i takich tam, rozumiecie?
– Jasne.
– Na pewno?
– Oczywiście.
– Liczy się tylko i wyłącznie zadanie. Musicie odnaleźć i sprowadzić Nazwisko! – stwierdziła dobitnie. – Jest to sprawa o najwyższym priorytecie i wszystko inne schodzi na plan dalszy. Wszystko, rozumiecie?
– Oczywiście.
– Jakieś pytania?
– Kiedy dokładnie nasz gość zaginął? – zapytał Bert.
– Zaginął natychmiast bez wieści. Ostatni raz go widziano tutaj. Na Ziemi nawet nie zameldował swojego przybycia. Niestety nie wiemy dokładnie kiedy ani dlaczego.
– A co wiecie? – zapytał Ned.
– Wiemy że transfer się powiódł. W przeciwnym wypadku byłoby chociaż ciało. Wiemy więc chociaż tyle, że przybył. Wy się pojawicie dokładnie dobę później w pobliżu miejsca skąd miał nadać wiadomość. Ustalcie też przy okazji dlaczego nie zrobił tego. Nazwisko nie przesłał żadnego meldunku więc nie znamy również dokładnych koordynatów umożliwiających zainstalowanie portala stacjonarnego a więc nie może wrócić samodzielnie. Nie powtórzcie tego błędu.
– A nie można wysłać nas w okres przed jego zaginięciem? – zapytał Ned.
– Jak to?
– Żeby spokojnie na niego zaczekać, zamiast już na starcie być spóźnionym o dobę. – wyjaśnił.
– Nie możemy wysłać nikogo w okres wcześniejszy niż jego zniknięcie, ponieważ zaszedłby cały szereg paradoksów nie do przyjęcia przez Wielki Porządek Rzeczy. Jedyny sposób to wysłać po niego ekipę ratunkową, która go odnajdzie bezpośrednio w tamtej epoce i bez naruszania zasad Wielkiego Porządku sprowadzi z powrotem w teraźniejszość.
– To może by tak pogadać na miejscu z czasowcami…? – zaczął Bert.
– Pogadać?
– No wypytać ludzi. Być może po prostu go widzieli.
– Sposób realizacji zadania jest dowolny. Jednak kontakty z tubylcami… takie coś szczerze wam odradzam.
– Dlaczego?
– Na tamtych czasowców, to znaczy uczciwość ich wypowiedzi nie możecie liczyć w żadnym wypadku.
– Dlaczego?
– W tamtej epoce, w tamtym czasookresie panował system reżymowy. Cenzura totalna oraz brak swobody wypowiedzi.
– Niezależnie od ograniczeń, zawsze przecież była jakaś grupa niezadowolonych, czy ja wiem, opozycja, przeciwnicy… – stwierdził Bert.
– Nie w epoce Hitlera. – ucięła mu dziewczyna. – W 1942 roku opozycji w Niemczech nie ma a wszyscy są za nim.
– Jak to wszyscy?
– Absolutnie wszyscy. Na własne oczy zobaczycie zresztą na pierwszym lepszym wiecu, że klaszczą mu ze szczerym uwielbieniem dosłownie wszyscy. Klaszczą dzieci, klaszczą starcy, klaszczą pozbawieni rąk wojenni inwalidzi…
– Jak?
– Dobierają się parami. Po prostu nie możecie liczyć na niczyją pomoc. Wszelkie prognozy rokują powodzenie tylko, jeśli do zadania zabierzecie się wyłącznie o własnych siłach, w jak największej rzecz jasna tajemnicy. Czy to jasne?
Skinęli głowami w ponurym milczeniu.
– Oprócz tego, że nikt wam nie udzieli pomocy, przygotujcie się również na to, że ponad dziesięć procent Niemców z entuzjazmem pracuje w charakterze szpicli i donosicieli, więc ze szczerą chęcią natychmiast was zadenuncjują, jeśli tylko dacie im okazję zdradzając się jakąś przypadkową rozmową albo zachowaniem.
– Dziesięć procent?
– Co najmniej.
– Ale skąd…?
– To ich cecha narodowa. Donosicielstwo na sąsiadów, członków rodziny lub kolegów było kultywowane w Niemczech od pokoleń i starannie pielęgnowane od najmłodszych lat a anonimowe donosy mają wiarygodność dowodów sądowych. Jeśli idąc ulicą choćby spojrzycie krzywo na portret Hitlera możecie być pewni, że w co dziesiątym statystycznie oknie zaszeleszczą firanki i natychmiast popłyną życzliwe raporty.
– Ekstra kraj. – stwierdził Bert.
– Dlatego właśnie, abyście mogli poznać chociaż przedsmak tego co was w Niemczech czeka, generał postanowił zrzucić was w Germanii. – wyjaśniła i zaraz zapytała. – Jakieś pytania?
Pokręcili przecząco głowami analizując otrzymane właśnie informacje.
– Zatem odpocznijcie teraz. – oznajmiła. – Macie cały kwadrans. Wykorzystajcie go na sporządzenie testamentów, napisanie listów pożegnalnych do waszych rodzin, dziewczyn, i tak dalej. Wiadomości te zostaną ocenzurowane rzecz jasna, ponieważ od tej pory obejmuje was całkowita dyskrecja na temat zadania. Jakieś pytania? Nie? W takim razie do zobaczenia za pół godziny. – dodała kierując się do wyjścia.
– O rany! Co tak wszystko nagle?
– Mówiłaś kwadrans?
– Kwadrans na listy, drugi to już lekarskie badania.
– Gdzie się niby mamy spotkać za te pół godziny? – rzucił do niej Ned.
– Hej, jakie badania? – uzupełnił Bert. – Jestem zdrowy.
– Dowiecie się niebawem, więc nie ma sensu się powtarzać. – odparła i dodała. – I jeszcze jedno. Ze zrozumiałych względów nie możecie już opuszczać tego pomieszczenia.
– Więc jak cię znajdziemy?
– To ja przybędę po was. – wyjaśniła. – Tutaj znajduje się terminal. – ręką wcisnęła jakiś guzik odsłaniając ukrytą za wiszącym na ścianie obrazem konsolę. Do zobaczenia. – rzuciła znikając za drzwiami.
– Ładny gnój. – już po jej wyjściu stwierdził Ned bezskutecznie mocując się ze stawiającą opór klamką. – Stary, ona nie żartowała. Naprawdę nie można już stąd wyjść.
– Co teraz?
– Czy ty również masz wrażenie, że wysyłają nas na rzeź?
– Owszem.
– Widziałeś jak się gruby uwinął z tymi arkuszami?
– Do diabła, zrobił to jak kieszonkowiec.
– No właśnie.
– Chyba nie pozostaje nam nic prócz tego, co zaproponowała.
Pogodzeni ze swym losem zostawili klamkę w spokoju, po czym posłusznie zasiedli do konsoli usiłując nadać wiadomości dla swych rodzin. Ledwie skończyli wypełniać przygotowane w konsoli testamenty opatrzone ich personaliami, do pokoju wjechał cały zespół medyczny, potocznie nazywany przez żołnierzy kombajnem. Był to polowy, samobieżny i najnowszy rzecz jasna zestaw do pełnej opieki nad rannymi na froncie żołnierzami. Zestaw taki, o czym doskonale wiedzieli sam przemierzał pole bitwy, zbierał z niego rannych, przewoził do szpitala, po drodze operował, reanimował, czasami kremował i wsypywał w urny, lecz z reguły doskonale się opiekował każdym rannym żołnierzem o ile tylko jakikolwiek fragment żołnierza większy od kciuka na polu bitwy ocalał. Mniejszymi od kciuka elementami kombajn się już nie opiekował tylko je starannie mielił i próżniowo workował.
Zestaw podjechał wpierw do Neda.
Ten widząc tuż przed twarzą olbrzymi napęd gąsienicowy odruchowo cofnął się odrobinę. Z boku pojazdu otworzył się niewielki właz i z zestawu wyszedł uśmiechnięty gość w białym kitlu. Gość oprócz kitla miał identyfikator z przygnębiającym napisem: dr Baddoc.
Doktor wcisnął wajchę, potem jakiś guzik i zanim się obejrzeli już leżeli przywiązani do dwóch operacyjnych stołów, które rozłożyły się bezgłośnie nie wiadomo nawet kiedy. Wówczas posiadacz kitla jeszcze bardziej się uśmiechnął po czym optymistycznie strzelił z gumowych rękawic wciągając je na owłosione dłonie.
Zanim minęła sekunda dostrzegli jak doktor już im grzebie skalpelem gdzieś pod paznokciami.
– Co ty robisz, facet? – rzucił do niego Bert. – To boli.
– Mhmm? To nie powinno boleć.
– Jak nie powinno to poodginaj sobie własne pazury, kutasie!
– A więc boli jednak odrobinę?
– Skąd wiesz?
– Już kończę, spokojnie.
Po chwili biały skończył z paznokciami i podjechał z całą masą jeszcze groźniejszego sprzętu prosto pod ich twarze. Widząc jakieś błyszczące, łyżkowate narzędzia zabierające się za ich oczy, w nagłej panice cofnęli głowy. Te jednak były już zawczasu podstępnie przez zestaw bojowy przywiązane mocnymi klamrami bezpośrednio do zagłówków wykonanych z karbowanej elegancko stali.
Zanim się obejrzeli ich gałki oczne spoczywały już na jakimś chłodnym talerzyku. Nadal jednak były połączone nerwami z głowami, ponieważ mieli jaki taki obraz sytuacji. Obraz jednak tak wirował w ślad za ruchem gałek po gładkich naczyniach, że błyskawicznie im się w głowach zakręciło. Chwilę potem niemal jednocześnie stracili przytomność od nadmiaru wrażeń.
Ocknęli się po minucie, kiedy doktor dał im coś ostrego do powąchania. Natychmiast rozejrzeli się i stwierdzili z ulgą że oczy i paznokcie znajdują się już z powrotem na właściwych miejscach. Z wysiłkiem unieśli ciała do pozycji siedzącej.
Zestaw jęknął cicho serwomotorkami i przeniósł ich z powrotem na fotele.
– Teraz zrelaksujcie się i odpocznijcie chwilę. – rzucił doktor wsiadając z powrotem do zestawu.
Zanim w głowach przestało im kołatać zestaw razem z uśmiechniętym gościem wyjechał z pomieszczenia.
Obydwaj odetchnęli ciężko zamykając oczy.

* * *

Punktualnie pół godziny po swoim odejściu Uli Robinson pojawiła się z powrotem. Milczącym gestem zaprosiła ich do pomieszczenia skrytego za niedziałającą klamką, która pod jej ręką jednak się otworzyła.
Posłusznie udali się tam za nią sprawdzając ostrożnie czy biały nie czai się gdzieś za rogiem wraz ze swoim zestawem. Asekurując się nawzajem, bez niespodzianek znaleźli się w kolejnej windzie.
Podczas krótkiej podróży windą Uli nieco ich oświeciła.
– Na lewych kciukach wszczepiono wam operacyjne poradniki terenowe, bezpośrednio pod paznokciami.
– Poradniki? – bąknął Ned obmacując swój paznokieć.
Zamiast poradnika spod paznokcia wycisnął tylko odrobinę krwi.
– Czyli kompendium wiedzy jaką posiadamy o dwudziestym wieku. Nie sposób w tak krótkim czasie, jakim dysponujemy nauczyć was wszystkiego, stąd wszczepy. Poza kompendium, poradniki zawierają również dodatkowe instrukcje postępowania w każdym możliwym przypadku, jaki tylko może się wam przytrafić podczas tego zadania.
– Jak to, w każdym przypadku?
– Staramy się przewidywać co się tylko da i na wszystko odpowiednio was zawczasu przygotować. Nie lekceważcie tego poradnika. Całe setki specjalistów od historii opracowywały go przez pięć ostatnich lat wyłącznie pod kątem tej epoki.
– Doprawdy? – zapytał z pobłażaniem Ned.
– Jeśli w czasie misji napotkacie jakiekolwiek kłopoty, zajrzyjcie wpierw do poradnika, ponieważ to naprawdę jest pomocna rzecz i przypuszczam, że jeszcze nie raz będziecie nam za niego dziękować.
– Niczego tam nie widać. – zauważył Bert oglądając paznokieć uważnie.
– Poradnik uaktywnia się po trzykrotnym naciśnięciu paznokcia w odstępie sekundowym. – wyjaśniła.
– Trzy razy?
– Tak, rytmicznie.
Bert posłusznie nacisnął paznokieć. Wpierw rytmicznie wydobyły się spod niego trzy, kolejne krople krwi a po chwili cała jego powierzchnia rozjarzyła się na biało.
– Za małe litery, jak rany. – stwierdził Bert z oburzeniem. – Kto to ma niby przeczytać? Jakieś w mordę, krasnoludki?
– Między innymi po to zmodyfikowaliśmy również wasze oczy…
– Oczy? – jęknął Ned ze zgrozą dotykając z przerażeniem powiek. – Moje oczy? Ja się kurwa na to nie zgadzałem, ponieważ ja mam kurwa doskonały wzrok!
– Widziałam wasze podpisy na umowach. – odparła. – Zgoda zatem była. A poza tym, twój wzrok jest obecnie bez wątpienia doskonalszy. – zapewniła Neda z przekonaniem.
– Jak to?
– Obydwaj macie założone dorogówkowe powiększalniki o mocy średniej klasy mikroskopu kwantowego oraz już w samych gałkach zoom optyczny razy trzy tysiące.
– To podłe świństwo tak postępować… – zaczął Ned.
– Wasze oryginalne gałki będą sklonowane więc zawsze można proces cofnąć. – uspokoiła go i dodała. – A teraz na chwilę uspokójcie się i spróbujcie spojrzeć na wasze paznokcie z odrobinką intuicyjnej koncentracji. – łagodnie zaproponowała.
Tak zrobili i zaszła rzecz zdumiewająca. Mikrodruk na paznokciach stał się w jednej chwili czytelny i olbrzymi. Wystarczyło tylko pomyśleć o zbliżeniu i tak się stało. Oprócz tekstu były tam również gładkie i wyraźne animacje oraz mnóstwo ilustracji. Napinając odpowiednio wzrok mogli regulować wielkość powiększenia.
– Może być? – zapytała.
– W porządku. – warknął Ned. – Tylko ciekawe co tam jeszcze było w tych papierach, które podpisałem?
– O tym nie mogę rozmawiać, ponieważ widziałam nagłówek, że to ściśle tajne. – wyjaśniła mu ciepłym tonem.
– O kurwa, na blankiecie nie było żadnego nagłówka. – przypomniał sobie Ned. – I teraz jeszcze bardziej jestem pewien, że na pewno nie było nic o gałkach ocznych.
– Ja widziałam dokumenty jako ostatnia i nagłówek był. – zapewniła go. – Skąd mogę wiedzieć jak to było kiedyś tam? – zapytała.
– Teraz wreszcie wszystko widać. O w dupę jak wyraźnie! – tymczasem z nowego wzroku ucieszył się Bert.
– Cieszę się. Nieco treningu i z nowymi oczami doskonale się oswoicie. – stwierdziła po czym zaraz dodała. – Jesteśmy na miejscu.
Wysunęła się do przodu i zaprosiła ich do jakiegoś nowego pomieszczenia. Pomieszczenie okazało się jaskinią lwa, czyli gabinetem szefa sztabu. Wewnątrz zauważyli van Holda prowadzącego gorączkową dysputę z jakimś nieznajomym jajogłowym, znajomego już doktora, niczego sobie sekretarkę pogrążoną nad swym wyświetlaczem oraz dwa i pół tysiąca innych ludzi ale ponieważ ci ostatni znajdowali się za gigantyczną szybą w najmniejszym stopniu nie odczuli skrępowania.
Bert jedynie szturchnął łokciem Neda wskazując oczami sekretarkę, którą przysiągłby że widział przed wejściem do windy a to było przecież po drugiej stronie korytarza już nawet nie wspominając o odrębnym poziomie.
Ned musiał dojść do podobnych wniosków bo jedynie mruknął.
– Musi to cyborg cholerny.
– Myślisz?
– I to pewnie cała seria, bo tamta też miała kolczyki z łusek po plazmowej amunicji. Założę się, że to jakiś wykonany najtańszym kosztem, supertajny projekt wojskowy i nie kupisz takiej dupy w sklepie z seksownymi przedmiotami. Pewnie umie pisać palcami nóg, latać wodorowym czołgiem i w ogóle…
– …powtarzam panu generale to z uporem, ponieważ to naprawdę jest istotne. – ciągnął tymczasem nieznajomy jajogłowy w ogóle ich przybyciem się nie rozpraszając. – Czas jest rzeczą indywidualną i dla każdego pojedynczego obserwatora płynie inaczej. Wykazał to jeszcze Einstein lecz twierdząc, że nic nie może osiągać większych od światła prędkości mylił się podobnie jak w przypadku stałej kosmologicznej co do której samo założenie jej istnienia, jak sam później przyznał, było jego największym życiowym błędem. Tu jednak również się pomylił, bowiem największym jego błędem było założenie iż prędkość światła jest nie do pokonania, czyli że nic nie może poruszać się z większą od niej szybkością.
– Do rzeczy profesorze. – westchnął van Hold. – I aha, oto nasi dwaj agenci o których wcześniej wspominałem. Właśnie przybyli. – dodał na widok wchodzących.
– Już później nie można było? – warknął jajogłowy ze złością w ich stronę.
Spojrzeli po sobie i w odpowiedzi zgodnie wzruszyli ramionami. Zapobiegawczo woleli jednak się nie odzywać, ponieważ gniewny nieznajomy uzbrojony był w biały kitel, a za nic w świecie nie zadarliby z kolejnym białym.
– Jestem Kazuo Jong a to moja asystentka… – Jong rozpoczął gniewną prezentację.
– Do rzeczy profesorze. Pozostali się już znają. – przerwał mu van Hold. – Proszę kontynuować, ponieważ czas nieubłaganie nam ucieka.
– Muszę skończyć myśl bo zapomnę o czym gadałem. – jeszcze gniewniej oznajmił Jong i ciągnął dalej. – Otóż panowie, błędność wcześniejszych założeń dotyczących podobno nieprzekraczalnej prędkości światła opartych w zasadzie bez zmian od czasów Einsteina, wykazałem już przed trzydziestu laty wysuwając swoją hipotezę oraz przedstawiając odmienną teorię, a następnie w przeciągu dwudziestu siedmiu lat pracy badawczej udowodniłem ją doświadczalnie wykazując szereg błędów zarówno teorii Względności jak i Ogólnej Teorii Kwantowej, jakie jeszcze kilkadziesiąt lat temu powszechnie uważane były za niepodważalne. Nie wnikając jednak w niepotrzebne szczegóły pozwólcie, że przejdę od razu do sedna.
Głośne, zbiorowe westchnienie ulgi było odpowiedzią jakiej się spodziewał. Uśmiechnął się wyrozumiale po czym nieco już łagodniej ciągnął dalej.
– Otóż przekraczając prędkość światła możliwe staje się przekroczenie bariery czasu i podróżowanie w tymże. Podróże jednak a ingerencja w czas to są dwie odrębne sprawy. O podróżach pewnie już wiecie wszystko, ponieważ nie byłoby cywilizacji marsjańskiej bez nich i są one wszystkim doskonale od kilkuset lat znane, nieprawdaż?
– Prawdaż.
– Jak chyba jednak doskonale wiecie, do tej pory niemożliwe było nic poza samym podróżowaniem. O jakiejkolwiek ingerencji w przeszłość nie mogło być nawet mowy a wszystkie podróże mogły mieć tylko i wyłącznie charakter badawczy, czyli obserwacyjno dokumentalny. I tu powoli przechodzimy do sedna mojego rozumowania. Z całą odpowiedzialnością oświadczam, że kluczem do ingerencji w przeszłość staje się skala panowie. Skala przez duże s. Zanim przejdę do szczegółów pozwólcie, że przedstawię najpierw parę fundamentalnych praw na których oparłem założenia mojej Ogólnej Teorii Wielkości. Chciałbym też aby to posiedzenie nie było jedynie moim jałowym monologiem lecz wielokierunkową dyskusją naukową. Pragnę przede wszystkim aby wszystko zostało jasno i wyraźnie zrozumiane, ponieważ to wy panowie zadecydujecie o przeszłości ludzkości. Czy to co do tej pory powiedziałem jest całkowicie jasne, gdyż bez tego nie ruszymy dalej?
– Oczywiście. – odparł generał w imieniu wszystkich.
– Dobrze. – ucieszył się na chwilę Jong. – Pragnąc ingerować w przeszłość i coś w tym względzie zmieniać, musimy zdać sobie w pełni sprawę z następstw i mówiąc po ludzku, trzymać rękę na pulsie, ponieważ zbyt wiele od naszego dzisiejszego zebrania zależy aby cokolwiek pozostało niezrozumiałe lub zostało przez nas niewybaczalnie zbagatelizowane.
– Rozumiemy to doskonale profesorze i zapewniam, że bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. – wtrącił van Hold zerkając niecierpliwie na zegar.
Nie krył się z tym spojrzeniem gdyż w chwili obecnej ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę był kolejny cywilno teoretyczno akademicki wykład powodujący u niego – żołnierza czynu, depresję.
Nie mylił się.
– Czym zatem jest czas? – zapytał patrząc gdzieś w przestrzeń Jong. – Czy miał początek? Jak upływa? I czy na jego upływ można uzyskać wpływ czyli to właśnie, co nas tu i teraz interesuje? Czy potraficie odpowiedzieć chociaż na jedno z tych pytań?
– Wolelibyśmy usłyszeć odpowiedź od eksperta. – z optymistycznym wyrazem twarzy zapewnił go Bert.
– Czas jest po prostu naszym subiektywnym, ludzkim sposobem obserwacji płynących zjawisk. Wyznacznikiem jego kierunku jest strzałka czasu. Strzałka, czyli to co sprawia że pamiętamy rzeczy które były a nie te które dopiero będą. Strzałka czasu w najprostszym rozumieniu jest naszym psychologicznym odczuciem z pomocą którego możemy sobie jakoś poradzić z zagadnieniem czasu. Jeśli zaś chodzi o prawa fizyki rządzące wszechświatem, tu sprawy wyglądają zupełnie inaczej, bowiem strzałka czasu nie ma żadnego wpływu na nie. Jest tak ponieważ dla praw fizyki nie ma absolutnie żadnego znaczenia kierunek płynącego czasu. Prawa te pozostają identyczne zarówno w normalnych okolicznościach oraz kiedy czas płynie we wstecznym kierunku. Teraz drugie zagadnienie. Tego czy czas miał początek nie można jednoznacznie dowieść ale należy przyjąć że tak właśnie jest?
– Dlaczego? – zapytał go Ned.
– Ponieważ jeśli prawa wszechświata były w stanie sprawić, że on w ogóle powstał a wraz z nim my czyli ludzkość zdolna do zadawania pytań o jego początki, należy albo przyjąć że tak właśnie jest albo się poddać leczeniu, ponieważ gdyby wszechświat nie istniał wraz z rządzącymi nim prawami, w tym również czasem, nie można by w ogóle pytać o jego istotę, ponieważ po prostu nie byłoby komu zadawać owych pytań. Czy zgodzicie się ze mną panowie?
– Oczywiście. – padło prędko w odpowiedzi, ponieważ nikt nie kwapił się do leczenia.
– Zatem należy albo założyć, że czas miał początek wraz z początkiem wszechświata albo rozejść się do domów.
– Dobra, czas więc miał początek. – van Hold zgodził się z rozumowaniem Jonga. – Co z pytaniem trzecim profesorze?
– Upływ czasu. I tu przechodzimy do ciekawych rzeczy. – kontynuował Jong. – Jak myślicie, jaki jest upływ czasu? – zapytał patrząc na generała.
– No tego… czas płynie… – van Hold szybko pożałował że się wtrącił do dyskusji.
– Ale jak generale? – Jong zapytał go ponieważ generalski żal było doskonale widać na jego twarzy.
– Skąd mam do cholery takie rzeczy wiedzieć? Jestem do diabła żołnierzem, w dodatku wyszkolonym do konkretnych działań a nie teoretykiem, który się wykształcił w jakieś wąskiej jak szpara elektrycznej sekretarki dziedzinie. Niech mnie pan zapyta jak bez strat rozpieprzyć ze dwa kraje albo przeprowadzić udany desant na Wenus czy Księżycu to panu odpowiem ze szczegółami ale o pierdołach czasowo fizycznych nie wiem niemal niczego. Po to u licha właśnie pana tutaj sprowadziłem! Ja odpowiadam za stronę militarną naszej operacji, pan za sprawienie żeby się jej założenia pogodziły z Wielkim Porządkiem Rzeczy, panna Robinson za wszechstronne informacje historyczne, panowie oficerowie za jej korzystne dla wszystkich przeprowadzenie w terenie i tak dalej. Nich każdy z nas skoncentruje się maksymalnie na tym co potrafi najlepiej a nie miesza innym w głowach. Czy to jasne, profesorze?
– Oczywiście. – bez najmniejszych oznak zdenerwowania odparł Jong. – Lecz dla dobra sprawy każdy z nas powinien maksymalnie dużo wiedzieć o związanych z operacją zagadnieniach i dlatego pozwoli pan że powtórzę moje pytanie. Jak upływa czas, hę?
– Czas upływa jednostajnie, dobra? Jeśli jest dwóch ludzi i każdy z nich ma porządny wojskowy zegarek to stwierdzą, że czas płynie jednakowo niezależnie od miejsca w którym obaj go zmierzyli. Wystarczy?
– No cóż generale. – westchnął Jong. – Przedstawił pan popularny pogląd, który jednak obalił jeszcze nawet Einstein. Niemniej on również się mylił w kwestii upływu czasu twierdząc iż płynie on dla każdego obserwatora w sposób indywidualny, chociaż prawdę mówiąc on jako pierwszy otarł się o prawdziwą postać rzeczy. Nie będę więc niepotrzebnie przedstawiał wam wszystkich teorii usiłujących wyjaśnić upływ czasu, lecz przedstawię stan rzeczywisty, zgoda?
– Jak najbardziej profesorze. Na tym bez wątpienia wszystkim najbardziej zależy. Gdyby jeszcze przedstawił pan ten stan w sposób maksymalnie uproszczony… – tym razem głos zabrała Uli.
– Oto więc najistotniejsze założenia mojej Ogólnej Teorii Wielkości oraz wypływające z niej wnioski. Po pierwsze dla każdego obiektu czas płynie inaczej czyli indywidualnie. Po drugie i to jest właśnie najważniejsze, założenie jest takie, że mówiąc z grubsza, im coś jest większe, tym czas dla niego upływa wolniej. Im wielkość obiektu jest mniejsza, czas płynie szybciej. Jest tak ponieważ wraz z rozmiarem danego ciała rosną równocześnie jego masa oraz grawitacja. Od tego należy w ogóle zacząć zanim przejdziemy do spraw bardziej skomplikowanych.
– Jak to, czas płynie wolniej jeśli coś jest większe? – zapytał z nagłym ożywieniem Ned.
– To właśnie tak wygląda. Decydującym o prędkości upływie czasu czynnikiem jest masa. W maksymalnym oczywiście uproszczeniu. – wyjaśnił Jong.
– Profesorze wydaje mi się że niegłupio byłoby odrobinkę jeszcze nieco bardziej uprościć owo uproszczenie. – bąknęła mu szeptem Uli widząc w gabinecie niemal same niewyraźne miny.
– Wyjaśnię to chyba najlepiej na kilku prostych przykładach. – stwierdził z ciężkim westchnieniem Jong. – Weźmy zatem człowieka…
– Jakiego człowieka? – zapytał generał.
– Zwykłego, przeciętnego człowieka. Mogę kontynuować?
– Bardzo proszę.
– Czas płynący dla przeciętnego człowieka jaki jest, każdy z nas wie jako człowiek i przyjmijmy jako jego przykładową wartość po prostu jeden, aby to lepiej zrozumieć. – ciągnął Jong. – Teraz, gdy zaczniemy następnie skalą ludzką mierzyć upływ czasu innych stworzeń będziemy mogli stwierdzić fakty zgoła zastanawiające. Na przykład dla typowego karalucha upływ czasu jest dziesięć razy szybszy od ludzkiego i to jedynie nam wydaje się, że on się tak szybko porusza zapieprzając wściekle nóżkami, ponieważ w rzeczywistości to jego upływ czasu jest w jego skali normalny czyli wynosi jeden i dla niego to ludzie poruszają się niczym ślimaki z jedną dziesiątą jego prędkości. Nadążamy? – profesor zapytał kontrolnie.
– Oczywiście.
– Patrząc natomiast na zagadnienie upływu czasu w drugą stronę i porównując z człowiekiem dajmy na to słonia, zauważymy że jego upływ czasu wynosi jedną trzecią naszej wartości. Dla nas słoń jest powolny ale my dla niego… pomykamy niczym karaluchy. Przykłady takie można mnożyć ale prawdziwe różnice w upływie czasu możemy stwierdzić zwiększając jeszcze bardziej skalę porównawczą. Badając komórki, atomy oraz najmniejsze cząstki elementarne dochodzimy do oszałamiających wartości upływu czasu w porównaniu do ludzkiej skali. Tak nawiasem mówiąc, trudno było mi pojąć dlaczego nikt nigdy na to wcześniej nie wpadł, chociaż fakty te dosłownie leżały od zawsze pod ręką i dosłownie każdy człowiek na własne oczy mógł je ujrzeć i zaobserwować i to niemal od zarania dziejów.
– Cóż profesorze, najciemniej jest pod latarnią. I to jest fakt. – pocieszył go Ned. – Powiem panu, że o istnieniu naszej bimbrowni w koszarach też nikt się nigdy nie dowiedział, chociaż tak prawdę mówiąc była ona od zawsze w podziemiach kantyny centralnej i nikt specjalnie nawet nie starał się jej kamuflować.
– O czym ten człowiek gada? – Jong rozejrzał się zdezorientowany.
Nikt nie odpowiedział więc Ned ciągnął dalej.
– Na zawsze otwartych drzwiach znajdowała się jedynie wywieszka o treści wstęp wzbroniony, sfałszowany podpis dowódcy oraz z pół tuzina nieistniejących paragrafów z nieistniejącego regulaminu pod spodem. Wystarczyło jedynie znać zasadę działania prostej klamki aby bimbrownię zdemaskować. Nikt jednak tego nigdy nie zrobił. – filozoficznie stwierdził Ned wzruszając ramionami. – A jeśli chodzi o fakty różnego upływu czasu dla różnych skalowo obiektów, to najwidoczniej nikomu wcześniej przed panem nie dane było połączyć tych faktów w spójną teorię.
– No, to naprawdę jest nieważne w tej chwili. – stwierdził skromnie ale nie bez dumy Jong.
Był nieco zbity z tropu historią wojskowej bimbrowni ale dzielnie ciągnął dalej.
– Kontynuujmy zatem zagadnienie upływu czasu ale pójdźmy dla odmiany w drugą stronę. Weźmy dla zobrazowania coś, na czym się bez wątpienia doskonale znacie jako żołnierze.
– Na przykład? – spytał van Hold.
– Na przykład jakiś wybuch. Najlepiej jakąś dużą detonację, żeby wpływ upływu czasu stał się zauważalny. Czy jako wojskowi byliście kiedyś świadkami porządnej eksplozji?
– Jak porządnej? – zapytał jeszcze raz van Hold.
– No sporej.
– Czy wybuch magazynów z amunicją może być?
– Prawdę mówiąc chodziło mi o coś większego, generale.
– Nieudany start kosmicznego desantowca?
– A jeszcze coś większego?
– Plazmówka?
– No od biedy ujdzie ale wolałbym jeszcze coś większego jeśli można.
– Widziałem kiedyś na żywo wybuch wulkanu. – odparł Bert.
– Doskonale. – ucieszył się profesor. – Co pan zauważył jeśli chodzi o samą eksplozję pod kątem upływu czasu naturalnie?
– No sam nie wiem. To była najzupełniej normalna eksplozja tylko olbrzymia.
– Czy nie odniósł pan przypadkiem wrażenia, że odbywa się ona tak jakby… w zwolnionym tempie?
– Hmm, rzeczywiście. – Bert odparł po namyśle. – Teraz to sobie przypominam. Wszystko wyglądało jak na zwolnionym filmie ale powiem szczerze, że nie zwróciłem aż do teraz, na ten fakt uwagi.
– Niech pan się nie martwi. Nikt inny też nie zwrócił, ponieważ Teoria Wielkości jest mojego autorstwa. – pocieszył go Jong.
– To rzeczywiście zdumiewające. – zastanawiał się głośno van Hold. – Ja również widziałem w wiadomościach kilka wybuchających wulkanów i również muszę przyznać, że te eksplozje w świetle tego co pan powiedział wyglądały jakby się odbywały w nieco wolniejszym niż normalnie tempie. Więc chyba ta pana teoria jest jednak prawdziwa.
– Zapewniam że jest. – zarechotał Jong. – To samo zjawisko zapewne mogliście zaobserwować patrząc na satelitarny obraz pierwszego lepszego huraganu. Chociaż jego prędkość przemieszczania się oraz prędkość samego wiatru na powierzchni jest olbrzymia, to rozmiar zjawiska sprawia, że odbywa się jakby w zwolnionym tempie. Zwłaszcza jeśli zjawisko owo oglądane jest z dużej odległości, chociażby z orbity, nieprawdaż?
– Prawdaż.
– Dokładnie.
– Dodam też, że im większa jest skala porównawcza tym większe różnice mogą być zaobserwowane. One są już zauważalne nawet przy wspomnianych już przez pana startach desantowców czy czegokolwiek innego, na przykład promów, rakiet lub wahadłowców pasażerskich. Proponuję szybki quiz. Czy oglądając jak się niezdarnie gramolą z wyrzutni, ktoś z was jest w stanie określić ich prędkość? Proszę spróbować, śmiało?
Nie było chętnych wobec tego Jong położył na biurku banknot.
– Żeby go dostać wystarczy nie pomylić się o więcej jak dziesięć procent.
– Dwadzieścia kilometrów na godzinę. – rzucił Baddoc.
– Dwadzieścia pięć. – rzucił van Hold. – Mówimy o startujących desantowcach?
– Tak, mówimy o nich. – upewnił go Jong.
– Piętnaście. – padło od strony Berta.
– Trzydzieści. – zaproponował Ned, bowiem on też kolekcjonował banknoty.
– Też trzydzieści. – zgodziła się z nim Uli.
Sekretarka bardziej od hazardu była zainteresowana wadą konstrukcyjną swoich szponów toteż wydęła tylko wargi i powróciła do obmyślania sposobu na ich tanią wymianę w niechętnym zgoła do tego serwisie, który był na kółkach i tym samym nieskorumpowywalny.
– Prędkość desantowca w chwili startu z wyrzutni wynosi dwieście pięćdziesiąt dwa kilometry na godzinę. – stwierdził Jong chowając swój banknot z jeszcze większą prędkością.
Uśmiechnął się pod nosem na widok kilku dłoni które złapały jedynie powietrze i wrócił do przerwanego wcześniej wątku.
– Nie martwcie się. Nie tylko wy nie wiedzieliście tego ale wszyscy inni również. Przez setki lat odkąd tylko wynaleziono kino, wszyscy ci niby dążący do „absolutnej wierności” spece od efektów specjalnych popełniali ten sam błąd tworząc swoje filmy – nie uwzględniali po prostu upływu czasu przy masie obiektu. Są całe miliony filmów w których katastrofy, eksplozje i inne zdarzenia o dużej skali płyną… nienaturalnie po prostu, czyli za szybko. No bo powiedzcie sami, czy widząc budynek płonący lub wylatujący w powietrze z prędkością odpalonej petardy, dacie się nabrać?
– Nie, oczywiście że nie.
– Notabene, ci spece z Hollywood nie mogąc zrozumieć na czym polegał ich błąd, beztrosko tkwili przez całe wieki w tak radosnej niewiedzy i uparcie popełniali ten sam błąd. Widzowie nie mniej uparcie udawali że nie widzą tego błędu i tak się to ciągnęło przez wieki. Obustronne zrozumienie jakie może osiągnąć tylko dyletant z dyletantem. Zupełnie jak z aktorami typu Batman lub Superman – aktor się przebiera w maskę Zorro lub zakłada kostium baletnicy i… już. Spece z Hollywood są zadowoleni, że tak tanio dokonali transformacji, widzowie udają że nie można przebierańca rozpoznać chociaż jest inaczej i tylko żal reszty aktorów bo oni też muszą oscarowo grać udając że też nie dostrzegają przebierańca i za cholerę nie mogą go… rozpoznać.
– Chyba odbiegamy od tematu. – bąknęła Uli.
– Ach, tak. Jeśli chodzi o skalę zjawiska, to powoli docieramy do sedna mojej teorii. Oczywiście sama skala zjawiska dla którego staramy się zmierzyć jego upływ czasu jest istotna, lecz żeby uniknąć przekłamań i zrozumieć w pełni całą teorię, uwzględnić należy również cały szereg innych rzeczy z których najbardziej istotnymi są, odległość obiektywnego obserwatora od obserwowanego obiektu oraz masa własna obiektu, czyli skala grawitacji jaką on wytwarza, rozumiecie?
– To może by tak jakiś prosty przykład? – rzucił zatroskanym tonem Bert.
– Weźmy zatem dla przykładu po prostu nasze ukochane Słońce. – zaproponował Jong. – Płonie jak chyba doskonale wiecie całą swoją objętością i płonie tak sobie już coś z pięć miliardów lat. Czyli według naszej skali płonie bardzo długo, zgoda?
– Oczywiście.
– Porównując z nim na przykład główkę zapalonej zapałki stwierdzimy, że chociaż ona również płonie całą swoją objętością, to jednak wypala się błyskawicznie, czyż nie?
– O, to robi się ciekawe. – zauważył Ned. – Co dalej profesorze?
– I tu dochodzimy do sedna. Otóż, to jest tylko nasze subiektywne, ludzkie postrzeganie zjawiska upływu czasu. W rzeczywistości bowiem, gdyby przykładowo ludzie byli wielkości naszego Układu Słonecznego…
– Ludzie! – westchnął Bert.
– Tak ludzie. Gdyby nasze ciała były tej wielkości, wraz z szeregiem związanych z tym zagadnień grawitacyjno odległościowych i obserwowalibyśmy Słońce z odpowiedniego proporcjonalnie dystansu to wypaliłoby się ono szybko niczym nasza zapałka w obecnej skali, o tym mogę was zapewnić. Rozumiecie teraz co mam na myśli mówiąc o upływie czasu i wpływie na niego masy, grawitacji oraz odległości od obserwatora?
– To było naprawdę niezłe, profesorze. – widząc ich miny Uli stwierdziła szeptem wprost do ucha Jonga. – Ja sama bym tego nie przedstawiła lepiej a przypomnę ukończyłam z wyróżnieniem siedem kursów przedstawiania w sposób prosty specjalistycznych zagadnień zacofanym technologicznie czasowcom. Zapewniam pana, że oni wszystko zrozumieli, mimo iż są to żołnierze.
– To może by tak już nie szeptać po kątach. – upomniał ją van Hold. – To jest otwarte zebranie. – przypomniał.
– Dobrze zatem pójdźmy teraz nieco dalej. – stwierdził z zadowoleniem Jong skrobiąc się w brodę. – Mając już obraz sytuacji wiemy, że kluczem do zrozumienia upływu czasu jest przede wszystkim wielkość i to wielkość przez duże w, panowie. Z kolei kluczem do podróży w czasie, a więc kolejnym krokiem do przodu jest skala, również przez duże s jak już wspominałem. Osiągając dostatecznie wielką skalę porównawczą dochodzimy do wartości krytycznej, określanej od kilku lat, z dumą to muszę przyznać, jako stałą Jonga. A już w chwilę po jej przekroczeniu jesteśmy w stanie sprawić, że upływ czasu staje się wręcz ujemny, czyli mówiąc potocznie podróżować w czasie chociaż język fizyki określa to nieco precyzyjniej, nazywając przekroczenie stałej, cofaniem subiektywnego upływu czasu dla obserwatora.
– No dobra, wiemy już że możliwe jest podróżowanie w czasie ale jak poradzić sobie z paradoksem dziadka? – rzuciła Uli i zaraz dodała. – Pytam, ponieważ mnie również o to zapyta kilku czasowców w dwudziestowiecznej Brazylii i muszę się na wyrywki do tematu przygotować. – wyjaśniła.
– Już wyjaśniam. – ten odparł. – Najpierw zapytam jednak pozostałych czy w ogóle wiedzą na czym polega paradoks dziadka?
Wśród potakujących w milczeniu głów jedynie Ned i Bert zdradzili się kiedy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Czy zagadnienie paradoksu dziadka jest wam znane, panowie? – przycisnął ich bezlitośnie Jong.
– Cóż, – głos zabrał Ned. – słyszałem jedynie o paradoksie babci i tego… nie wiem czy…?
– Paradoksie babci? – teraz to Jong był zdumiony. – Można nieco bliżej. – dodał zachęcająco widząc jego niewyraźną minę.
– Paradoks babci polega na tym, że jeśli się cofniemy do czasów młodości swojej babci, poznamy ją osobiście, a następnie zainwestujemy w babcię ze dwa drinki to… hop i jesteśmy ojcem własnego ojca, czyli paradoks, nie?
– Hmm. – Jong zasępił się na chwilę z niesmakiem po czym odparł z namysłem. – Muszę przyznać, że to dość koszarowa odmiana paradoksu dziadka, jednak ogólnie o to właśnie chodzi…
– Transportowiec jest gotowy. – wtrąciła się sekretarka.
– Jedną chwilę, profesorze. – przerwał Jongowi van Hold. – Myślę, że zanim posłuchamy sobie o paradoksach, nasi chłopcy mogliby już w tym czasie z wolna wykonywać zadanie. Co pan o tym sądzi?
– Ależ oczywiście. – zgodził się z nim Jong. – Pod jednym wszak warunkiem, generale.
– Jakim?
– Że nie będę w związku z tym nieustannie się powtarzał. Po prostu nie znoszę tego.
– Ależ oczywiście. To żaden problem. Nasi ludzie już mają wszczepione poradniki zawierające całą potrzebną im wiedzę w tym pewnie również tę o paradoksach. – stwierdził generał, po czym zaraz dodał patrząc prosto w ich stronę. – Naturalnie przejrzycie je w wolnej chwili?
– Tak jest, sir. – odparł Ned.
– Oczywiście. – dodał Bert i pomyślał. – Nie ma przecież jak opasły tom pod ręką na długiej, nudnej wojnie.
– To miło. – van Hold na sekundę skrzywił się pokazując jak mu miło po czym dodał. – Zatem panna Robinson odprowadzi was a my tymczasem omówimy sobie pozostałe sprawy. Czekamy na meldunki i aha, za wszelką cenę sprowadźcie Nazwisko żywego. Macie moje pełne pełnomocnictwo i całkowicie wolną rękę w tej sprawie. Jeśli chodzi o te priorytetowe zagadnienie nic z wyjątkiem techniki was nie ogranicza. Połamcie karki. Czołgiem, żołnierze!
– Czołgiem, panie generale!
Wraz z dziewczyną odmaszerowali. Energicznym krokiem podążali za nią umilając sobie czas pogawędką.
– Wolna ręka, nieźle. Powinno więc pójść jak z płatka. Jak myślisz Bert?
– To właśnie lubię stary. Wszystkie chwyty dozwolone oraz żadnych tam, gównianych ograniczeń.
– Nie wiesz piękna przypadkiem co gruby miał na myśli, kiedy gadał o technice? – Ned zwrócił się do dziewczyny targnięty nagłym niepokojem.
– Tylko tyle, że przy wykonywaniu zadania nie możecie używać naszych środków technicznych. Słowem, nie zabieracie do dwudziestego wieku żadnej współczesnej broni.
– Tylko? Chwila! Przecież to udupia nas już na samym starcie i załatwia negatywnie całą sprawę. Jak mam niby walczyć z Hitlerami nie mając pod ręką choćby ogłuszacza?
– Właśnie. – poparł go Bert i oskarżycielskim tonem dodał. – Coś tu ostatnio za wiele rzeczy mi umyka. Wszystko tak nagle i piorunem. Jak niby mamy sobie z tym zadaniem dać radę i…?
– Poproszę o jedno pytanie naraz, dobrze? – uniesioną ręką nieco go przystopowała. – Po pierwsze, ograniczenia dotyczą tylko współczesnej broni, poza tym do swobodnego użytku otrzymacie translatory. Transmiterów w waszych komputatorach, również możecie używać bez przeszkód do kontaktów z Centralą ale tu uwaga, ze względu na daleki zasięg każde połączenie pożera mnóstwo energii, więc lepiej nie łączcie się bez ważnego powodu oraz naturalnie odpowiedniej kondycji fizycznej, ponieważ w dosłownym znaczeniu może to was po prostu wyczerpać. Poza tym będzie też działał wasz kamuflaż bojowy, no i przede wszystkim macie pełną swobodę jeśli chodzi o poradniki terenowe. Tam są wszelkie możliwe wyjaśnienia…
– No jasne, poradniki. – prychnął Ned z udawanym olśnieniem. – One naturalnie rozwiązują sprawę. Włączymy kamuflaż, zajdziemy Hitlera od tyłu i zakatujemy go cytatami z poradnika terenowego?
– Mogę kontynuować? – uprzejmie zapytała. – Dziękuję. Po drugie nie przejmujcie się Hitlerem. Przynajmniej na początku. To potem. W chwili obecnej skoncentrujcie się tylko i wyłącznie na odnalezieniu Nazwiska, bo to on jest teraz najważniejszy i to on zaginął. Wasze pięć minut dla Hitlera będzie potem. To Nazwisko jest niezbędny do rozprawy z głównym celem i bez niego nie macie nawet co myśleć o tamtym zadaniu. Powtarzam, najpierw sprowadźcie jego w teraźniejszość a dopiero potem zorganizowane zostaną wszystkie, pozostałe sprawy.
– Ok.
– Dobra. – odparli.
– Lecąc na Wahadło czy też po wojskowemu Młynek, zamiast gadać o dupie Maryni przejrzyjcie poradniki i zorientujcie się co do waszych możliwości, taktyki, zaplanujcie może w końcu coś przemyślanego dla odmiany, a już na miejscu wcielcie swój plan w życie i to… to tyle. Przywieźcie po prostu z powrotem naszego człowieka a reszta sama się ułoży, bo nad całą resztą my tu pracujemy.
– Dobrze ci mówić. – mruknął Bert. – Ty zostajesz. To my lecimy tam nic nie wiedząc… tak wiem, wiem, poradniki. – dokończył z cicha.
– Powodzenia.

* * *

Stacja kosmiczna Wahadło – gdzieś w przestrzeni między orbitami Marsa i Ziemi

Pół godziny później znajdowali się już prawie na miejscu. Automatyczny transportowiec podstawiony specjalnie dla nich, przez całą drogę sam się nawigował. Po wydostaniu się z przestrzeni marsjańskiej podróż na Wahadło trwała niecałe dwadzieścia minut.
W momencie kiedy transportowiec zbliżył się do strefy patrolowanej przez ciężkie krążowniki Korpusu wszystkie kontrolki ożyły jednocześnie zdradzając iż nie są uszkodzone jak podejrzewali. Ich pojazd przepuszczono bez najmniejszej kontroli. Natychmiast po tym jak transportowiec wleciał do strefy wewnętrznej ekrany również ożywiły się niwelując wcześniejsze zakłócenia obrazu a ich oczom ukazała się przestrzeń ze wszystkich kamer dookoła statku.
– Czas dokowania, minus siedem minut. – zakomunikował autopilot głosem, który według Neda musiał należeć do geja, ponieważ żaden normalny facet tak miękko nie gada.
Bert nie zdążył przedstawić swojej na ten temat opinii, ponieważ w tej samej chwili monitor komunikatora rozjarzył się. Jak tylko rozjaśnił się do końca, przygasły ich oblicza, bowiem jedyną rzeczą jaką w nim ujrzeli była wielka głowa van Holda. Głowa, oczywiście nie w nastroju.
– Witam ponownie, panowie.
– Czołgiem, panie generale.
– Do czasu zadokowania mamy jeszcze chwilę, więc profesor nalegał, że wprowadzi was nieco w nasze drobne zagadnienia. Zagadnienia techniczne, rzecz jasna.
W tej samej chwili duża głowa van Holda zniknęła, a pojawiła się w jej miejsce nieco mniejsza Jonga.
– Dokowania do czego, profesorze? – rzucił do niego Ned pokazując wymownie przestrzeń przed transportowcem. – Nic tu przecież nie ma i nie jestem nawet pewien czy po drodze widziałem chociaż jednego portera…
– To za chwilę. – ten przerwał mu nerwowo, po czym rzucił. – Nie lecicie w dwudziesty wiek porterem.
– Sam już nie wiem dlaczego takie rzeczy mnie nie dziwią. – mruknął Bert do Neda, po czym spojrzał pytająco na Jonga.
– To dosyć spora operacja. – ten stwierdził. – Wysyłanie was w przeszłość porterem zbyt wiele by Radę kosztowało.
– Przecież portery i tak latają nieprzerwanie we wszystkie możliwe epoki.
– Tak lecz tylko w celach obserwacyjnych. Wy po raz pierwszy w historii udajecie się w przeszłość wpływać na przebieg zdarzeń a to zupełnie inne zagadnienie oraz co się z tym wiąże, zupełnie innej klasy sprzęt oraz rzecz jasna nakłady finansowe. Mimo iż wstępnie szacując całkowity kosztorys tego przedsięwzięcia udało nam się zmniejszyć koszty operacji o ponad dwie trzecie poprzez zmianę środka transportu to i tak ostrożnie licząc pochłonie ono cały nasz marsjański dochód narodowy z nadchodzących dwudziestu lat.
– Dwudziestu? – jęknął Bert.
– I to przy optymistycznym założeniu, że nic nie wymknie się spod kontroli i przebiegnie z pierwotnie założonym planem. – dodał profesor.
– Skoro pan tak twierdzi. – Ned wspaniałomyślnie wzruszył ramionami ponieważ to nie był jego budżet.
– Jeżeli w imię lepszej sprawy, można było obniżyć owe i tak kolosalne koszty, – ciągnął dalej Jong. – dlaczego nie polecieć tym? – mówiąc to wymownie wskazał oczami na ekrany znajdujące się za ich plecami.
Odwrócili się i zdębieli.
Przestrzeń, całą przestrzeń za nimi wypełniała jakaś monstrualna konstrukcja na pierwszy rzut oka przypominająca niknący gdzieś w oddali tunel. Tunel otoczony był przez gigantyczny pierścień, z którego z miejsca w którym się znajdowali dostrzegali jedynie jedną czwartą jego monumentalnego obwodu.
Jego ogrom sprawił, że nie wymówili nawet słowa.
Jong musiał się ucieszyć widokiem ich podziwiających pierścień twarzy, ponieważ nieco weselszym tonem zaproponował.
– Jeśli coś was interesuje to jest doskonały moment na wszelkie pytania.
– Co to jest, do cholery?
– Jak to działa, jak rany?
– Hm, robi wrażenie, prawda?
– I to niemałe, profesorku. – bąknął Ned. – Nie mam pojęcia co to takiego ale gdyby tylko Hitler wiedział co mu pan tu przygotował, chyba posrałby się ze strachu.
– No cóż panowie, przedstawiam wam osobiście dzieło mojego życia czyli Wahadło, nazywane nie wiem zresztą czemu Młynem. Przygotowując się do tego zadania postanowiliśmy co nieco wyjść myślami do przodu i już po zakończeniu naszej operacji wynająć Wahadło do celów komercyjnych. Stąd troska o jego trwałość i te wszystkie zabezpieczenia na które nie żałowaliśmy środków finansowych. Chcemy po prostu aby nasze hmm, Wahadełko pokręciło się bez przeszkód przez najbliższe dwieście lat. Przynajmniej dwieście i rzecz jasna przyniosło zwrot kosztów a w późniejszym etapie, nawet wymierne korzyści. Ale to temat na potem. Grubo na potem. – dodał.
– Jakie zabezpieczenia?
– Między innymi pierścień osłonowy, który widzicie wokoło głównego tunelu.
– Co to za pierścień?
– Jego rola podobna jest do tej, jaką pełni w Układzie Słonecznym Jowisz.
– Czyli…?
– Gigantycznego odkurzacza. – wyjaśnił Jong. – Zrozumiałe chyba jest, że mając do czynienia z tak idealnie wyważoną konstrukcją, niedopuszczalne jest aby na jego powierzchnię opadła choć jedna drobina pyłu kosmicznego. I podobnie jak Jowisz oczyszcza nasz Układ z co grubszych, nadlatujących śmieci wchłaniając je po prostu samą swoją grawitacją, tak nasz pierścień zajmuje się pomniejszymi drobiazgami, które mogłyby zaszkodzić głównemu urządzeniu. Robi to dwustopniowo. Po pierwsze, likwidując co ważniejsze okruchy jeszcze daleko w przestrzeni za pomocą baterii laserów rozmieszczonych równomiernie na całym swoim obwodzie, a jeśli potem jeszcze jakiś nieistotny pyl pozostanie, zostaje przyciągany właśnie do niego zamiast opaść na samym Wahadle i zakłócić jego idealne wyważenie.
– Jak przyciągany?
– Sztuczną grawitacją czyli tymi samymi potężnymi elektromagnesami, których używa się do rozpędzania Wahadła.
– Chwila, powoli profesorku. – przerwał mu Ned. – To może by tak od początku, dobrze? Dopiero tu przylecieliśmy i wśród wielu, bardzo wielu rzeczy, jakie się dziś wydarzyły ta jest przypuszczam jedyna ciekawa. Proszę nam opowiedzieć jakoś rzeczowo co to jest, jak działa i co my mamy z tym wspólnego. Proszę pamiętać, że widzimy to po raz pierwszy w życiu.
– Hmm… więc nawet nie zajrzeliście do poradników. – mruknął Jong. – Szkoda. No cóż, nasz prototypowy wehikuł czasu czyli po prostu Wahadło jest w istocie długą na dwieście dwadzieścia tysięcy kilometrów rurą umieszczoną w punkcie w którym znoszą się siły ciężkości Marsa i Ziemi. Co prawda obydwie planety krążą wokół Słońca i nieustannie zmieniają swoje położenie ale to, co jest istotne to fakt, że obie planety wzajemnie oddziaływują korzystnie na nasze Wahadło grawitacyjnie przez niemal cztery miesiące każdego marsjańskiego roku. Rozumiecie?
– Nie.
– Aby nasze wahadło działało po prostu musi się obracać, zgoda?
– Skoro pan tak mówi.
– Musi, zaufajcie mi. Zatem aby tak gigantyczną konstrukcję wprawić w ruch obrotowy wokół własnego środka ciężkości postanowiono wykorzystać przyciąganie grawitacyjne Ziemi oraz Marsa.
– Jak?
– Po prostu każda z tych planet przyciąga do siebie ten koniec naszej rury który jest bliżej niej w danej chwili. Wystarczy odpowiednio ustawić Wahadło w pozycji wyjściowej to znaczy nadać urządzeniu prawidłowy kąt nachylenia aby nadlatujący z przestrzeni Mars albo Ziemia pochwycił go w zasięg własnego pola grawitacyjnego i wprawił w ruch obrotowy. Taki korzystny dla nas układ planet występuje przez całą porę letnią na Marsie lub według drugiego kalendarza przez sześć miesięcy w co drugim ziemskim roku. Potem planety się oddalają a grawitacja zmniejsza się a nawet chwilami zanika i aby efekt ponownie wykorzystać należy poczekać do chwili, aż planety przyjmą odpowiednie położenie w przestrzeni. Ale to w zasadzie nieistotne, ponieważ nam chodzi jedynie o samo początkowe wprawienie Wahadła w ruch obrotowy. A na to mamy niemal trzysta nadających się dni w roku. Potem urządzenie kręci się już niezależnie od położenia planet.
– Trzysta dni według którego kalendarza? – zapytał Ned.
– Według obydwu. Na Marsie i Ziemi jest niemal taka sama doba. My tylko pory roku mamy dwa razy dłuższe od Ziemniaków.
– Teraz wszystko jasne. – zrzucił Bert. – Mamy więc Wahadło wprawione w ruch planetarnym przyciąganiem. Co dalej?
– To inicjujące wprawienie, niczym kosmiczne perpetum mobile nadaje początkowy impuls Młynowi, który zaczyna się obracać niejako za darmo, czyli bez nawet grama energii z naszej strony. Co prawda nie pozwala nam to jeszcze na osiągnięcie właściwej prędkości obrotowej ale zaoszczędza mnóstwo energii, której w innym przypadku potrzeba by wprost niewyobrażalnej ilości do wprawienia takiej masy w ruch obrotowy.
– Jakiej prędkości?
– No cóż, do przekroczenia bariery światła i tym samym zmiany upływu czasu należy przekroczyć prędkość światła.
– Czyli rozpędzić Młynek do prędkości większej? – zapytał Ned.
– Dokładnie. – przyznał Jong.
– To przecież, niemożliwe.
– Naprawdę?
– Nie widać nawet aby Młyn w ogóle się obracał, a co dopiero mówić o prędkości światła…
– Nie widać z waszego punktu widzenia, ponieważ na razie dokujecie do niego i co się z tym wiąże obracacie się wraz z nim. Spójrzcie jak się przesuwają gwiazdozbiory.
– Wolno się przesuwają. – zauważył Ned po trwającej dłuższą chwilę obserwacji gwiazdozbiorów.
– Tak, to żadna prędkość, przyznaję. Suma oddziaływania grawitacyjnego Marsa i Ziemi pozwala nadać Młynowi prędkość rzędu co najwyżej dwóch obrotów na dobę. To rzeczywiście jest za mało, fakt i po to właśnie zbudowaliśmy wokół Młyna pierścień. Jego wnętrze wypełniają potężne elektromagnesy i dopiero one nadają Młynowi właściwego pędu stopniowo, lecz dynamicznie go rozpędzając.
– A to nie pożera energii?
– Owszem ale rozpędzić tak masywne ciało od zera a jedynie nadać już rozpędzonemu dodatkowego pędu to dwa odmienne zagadnienia. Największy wysiłek w tym względzie mamy właściwie za darmo, dzięki naszym dwóm planetom. Drugi etap rozpędzania Młyna należy do dwóch elektrowni plazmowych umieszczonych na przeciwległych końcach głównej rury a dopiero ten ostatni, trzeci, podświetlny etap wykonują wspomniane elektromagnesy.
– I niby w ten sposób pragnie pan uzyskać prędkość światła?
– Tam uzyskać. – prychnął Jong. – Przekroczyć ją, do licha!
– Ale w jaki sposób? – zapytał Ned. – Przecież nawet Jorg, a to był bystry facet, nie był w stanie rozpędzić swoich prosiąt do prędkości światła, ponieważ twierdził, że to niemożliwe.
– Jakich prosiąt? To znaczy… dlaczego niemożliwe?
– Ponieważ wraz ze wzrostem prędkości jakiegoś obiektu rośnie jego masa i zbliżając się do prędkości światła osiąga wartość wręcz nieskończoną. – Ned przypomniał sobie wykład Jorga.
– Przesądy. – uciął mu Jong. – Nie wiem co to za jeden ten Jorg ale facet po prostu was okłamał. Tak czy siak za niecałe pół godziny przekonacie się, że to jest możliwe.
– No nie wiem. Gość zanim umarł z sensem gadał o atomach. Zresztą zawsze możemy się zapytać o to jego klona.
– Jeśli go spotkacie, przyślijcie tego nieuka do mnie na kilka wykładów. – odparł Jong.
– Tak zrobimy. – odparł kwaśno Bert.
– No to jak jest w końcu z tą masą? Rośnie wraz z prędkością, czy nie? – dorzucił Ned nerwowo czując że zastraszająco szybko kończą mu się argumenty na ewentualną zwłokę.
– Oczywiście, że tak. – stwierdził Jong.
– Do nieskończoności?
– Dokładnie.
– Więc sam pan widzi, że niemożliwe jest osiągnięcie prędkości światła, ponieważ nawet masa pojedynczego protonu byłaby przy prędkości podświetlnej nieskończenie wielka, więc do jego dalszego rozpędzania potrzeba by nieskończonych ilości paliwa, a co tu dopiero mówić o tak ogromnym cholerstwie, które już na samym starcie jest po prostu gigantyczne.
– To pozorna sprzeczność. Pozorna, powiadam.
– No nie wiem, profesorku. – rzucił Ned z niepokojem. – Ja tam wolę wiedzieć co mnie czeka, ponieważ to ja mam być do cholery pasażerem tego jak pan stwierdził prototypu. Skoro takie są prawa fizyki a nie inne, to jak mam się czuć bezpiecznie wiedząc, że zamierza mnie pan porozpędzać do prędkości światła…
– Nawet ją przekroczyć. – uzupełnił Bert.
– No właśnie, przekroczyć. – zgodził się z nim Ned. – Gdyby to pan siedział w środku, chętnie bym popatrzał z bezpiecznej odległości co z tego wyniknie, ale jest na odwrót więc chcę wszystko wiedzieć z góry. Bez tego nigdzie nie jadę. – dodał kategorycznym tonem.
– Możemy was zmusić. – zza pleców profesora wysunął się van Hold znacząco drapiąc się w głowę jakimś nietypowym promiennikiem. – Ale no dobrze, niech najpierw będzie po waszemu. – dodał ustępując miejsca przepychającemu się profesorowi.
– Co konkretnie chcecie wiedzieć? – zapytał ze zniecierpliwieniem Jong, kiedy skończył już przepychankę z generałem.
– Jak dokładnie, to znaczy w prostych słowach, zamierza pan przekroczyć prędkość światła tym czymś ze mną na pokładzie?
– Ze mną też? – uzupełnił Bert patrząc na Jonga uważnie.
– Czym więc według was jest w ogóle prędkość? – zapytał ich Jong. – Pytam bo bez tego nie ma co tłumaczyć dalej.
– Jak to czym? To chyba jasne. Prędkość jest to jakaś droga pokonana w jakimś czasie, prawda?
– Jaka droga, w jakim czasie? – dopytywał się Jong.
– Jak to jaka? Po prostu jakaś. Z pieprzonego punktu A do pieprzonego punktu B.
– Nie tak po prostu. – odparł Jong i wyjaśnił. – Tylko droga zmierzona przez konkretnego obserwatora, który prócz tego, że obserwuje to również mierzy ową drogę oraz czas jej pokonania naturalnie a tutaj już dochodzi cały szereg nowych zależności.
– Jakich na przykład?
– Na przykład takich, czy nasz obserwator jest nieruchomy, czy też również się porusza.
– Czy ma pan pod ręką jakiś poręczny przykład? – wtrącił Bert mając jakieś nieokreślone wrażenie, że Jong chce go spławić technicznym bełkotem.
– Oczywiście. Niech zatem biegnie sobie jakiś człowiek na sto metrów i niech mu mierzy czas jakiś sędzia, czyli obserwator, zgoda?
– Zgoda.
– Otóż jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że sędzia w momencie całego biegu, jak również w chwili osiągnięcia przez naszego biegacza mety stał nieruchomo w miejscu i tak otrzymamy cały szereg różnych wyników owej prędkości w zależności od tego jakie czynniki jeszcze weźmiemy pod uwagę.
– Jak to, czynniki?
– Jeśli, bowiem uwzględnimy to, iż stadion na którym mieści się sędzia oraz biegacz znajduje się na powierzchni poruszającej się w przestrzeni planety, a ta z kolei krąży po swojej wokółsłonecznej orbicie, a ono z kolei kręci się wraz z galaktyką, która notabene również się przemieszcza, za każdym razem otrzymamy inny wynik pomiaru prędkości, ponieważ nigdy, ale to nigdy nie mamy do czynienia z idealnie nieruchomym obserwatorem, który mógłby zmierzyć jakąkolwiek prędkość w pełni obiektywnie. Zawsze więc dochodzi nam w pomiarze jakiejkolwiek prędkości błąd pochodzący z poruszania się obserwatora, który wprowadza fałsz w nasze obliczenia.
– Więc prędkość jest różna w zależności od hmm, punktu widzenia? – zapytał Ned trawiąc otrzymane informacje.
– Oczywiście.
– A gdyby założyć, że obserwator jest jednak nieruchomy, czy błąd pomiaru byłby wielki?
– Skąd, błąd byłby tak mały, że wręcz można by pominąć go w obliczeniach.
– To po cholerę nam pan niepotrzebnie gmatwa sprawę? – zdenerwował się Ned. – Niech pan powie w końcu jak zamierza przekroczyć prędkość światła, dobrze?
– Staram się być po prostu precyzyjny. – wyjaśnił Jong. – A jeśli chodzi o pytanie drugie to nadmienię, że prędkość aby już wszystko było jasne, jest to różnica prędkości zarówno mierzonego obiektu, który się przemieszcza oraz prędkości poruszania się samego obserwatora.
– Ale sam pan mówił, że to w sumie nieistotne.
– Dla zrozumienia jednak sprawy jest to ważne, ponieważ aby wam wyjaśnić jak zamierzam rozpędzić Wahadło do prędkości większej od prędkości światła musicie sobie precyzyjnie zdawać sprawę co względem czego w naszym urządzeniu się porusza. Nie będziemy przecież mierzyć prędkości obrotowej wahadła względem na przykład prędkości przemieszczania się galaktyki. Czy jesteście w stanie pojąć moje rozumowanie?
– Chyba tak. – odparł Ned.
– No tak, to byłoby bez sensu. – przyznał również Bert.
– Więc w naszym urządzeniu interesuje nas przede wszystkim ten fragment pierścienia, w którym wy za chwilę zajmiecie wygodną pozycję. – poinformował ich Jong.
– Więc to pierścień zapierdala? – odgadł Ned w przebłysku nagłej intuicji.
– Fizyka określa to ruchem obrotowym. – poprawił go Jong. – Wahadło wprawione w ruch siłą grawitacji naszych kochanych planet, samo wprawia w ruch pierścień wewnętrzny, do którego jest przymocowane. To etap pierwszy.
– Pierścień wewnętrzny?
– To potem. Na razie nadążacie?
– Oczywiście. – odparł Ned.
– Jasna sprawa. – wtrącił Bert. – Rura wpada w grawitację którejś z planet i ciągnie pierścień bo są połączone i już się wspólnie dalej obracają.
– Dokładnie. – potwierdził profesor. – Następnie, umieszczone na przeciwległych końcach rury elektrownie plazmowe przechodzą na pełną moc i rozpędzają nasze Wahadło jeszcze bardziej niż planety. To etap drugi.
– Prędkość światła?
– Nie do cholery. Po prostu nieco szybciej niż z pomocą grawitacji planetarnej. Do prędkości światła jeszcze jest cholernie daleko, ok? – zdenerwował się profesor.
– Ok.
– Dopiero w etapie trzecim, kiedy ruszają do boju rozmieszczone na pierścieniach elektromagnesy Wahadło osiąga sześćdziesiąt procent prędkości światła na swoim wewnętrznym obwodzie, czyli dokładnie tam gdzie wy się będziecie znajdowali. I wówczas jesteśmy w domu. – oznajmił im profesor.
– Jak to w domu. Te sześćdziesiąt procent ma wystarczyć?
– Ach tak, nie wspomniałem, że pierścień zewnętrzny obraca się również, tylko w odwrotną stronę, więc hmm, będziecie się z nim mijali z prędkością około dziesięć procent większą od prędkości światła. I wtedy was tam hmm… wepchniemy.
– Sześćdziesiąt i sześćdziesiąt daje sto dwadzieścia razem. – zauważył Bert. – Coś mi pan tu profesorku, podejrzanie umniejsza z tymi prędkościami.
– Prędkości podświetlne sumuje się nieco inaczej niż zyski z czarnorynkowych przekrętów. – odparł mu zgrabnie profesor.
– Czyli że tak czy siak nasza masa wzrośnie a my Bert umrzemy. – stwierdził ponuro Ned. – Wiesz, zaczynam się domyślać skąd się biorą w armii zaginieni…
– Pamiętacie co mówiłem minutę temu o tym co względem czego się porusza? – zapytał Jong.
– No tak.
– Więc wy razem z pierścieniem wewnętrznym zresztą, poruszać się będziecie w szczytowym okresie z prędkością wynoszącą sześćdziesiąt procent prędkości światła, a więc całkowicie bezpieczną, względem dajmy na to jakiegokolwiek statku znajdującego się obok pierścienia w przestrzeni. Natomiast względem pierścienia zewnętrznego będzie to prędkość większa od prędkości światła i tylko względem niego. Nie chcemy przecież marnotrawić energii na rozpędzanie was do podświetlnej, bo na to nigdy by nam jej i tak nie wystarczyło w związku ze wspomnianymi problemami przyrostu masy. Zamiast więc was rozpędzać do pełnej prędkości wystarczyło problem obejść, dzieląc pierścień na dwie połowy, z których każda porusza się niewiele tylko szybciej niż połowa prędkości światła ale w przeciwne strony. Czy teraz jest to dla zrozumiałe?
– Sprytnie to sobie profesorku wszystko wykombinowałeś. – mruknął Ned. – Czyli, że my będziemy rozpędzeni nieco szybciej jak połowa ale to zadziała jakbyśmy pędzili dwa razy prędzej?
– Takie są założenia.
– Pytanie tylko czy oba pierścienie wiedzą, że zamierza je pan oszukać w tak prymitywny sposób? – zamyślił się Bert.
– Wszystkie testy przebiegły pomyślnie. – pogodnie odparł Jong. – Wysyłaliśmy już w przeszłość skazańców, zwierzęta, raz były nawet jakieś sandały… wszystko do celu bezbłędnie trafiało.
– Nie jesteśmy do cholery skazańcami. – przypomniał mu Ned i dodał. – A mam wrażenie że będzie z nami lipa, ponieważ po prostu mimo iż prędkość pierścienia wyniesie tylko ponad połowę to i tak wydaje mi się, że przeciążenie będzie olbrzymie.
– Masz zupełnie dobre wrażenie. – przyznał profesor. – W szczytowym okresie wyniesie ono 720 g.
– Miałeś rację, Ned. Zginiemy. – rzucił Bert opuszczają smutno głowę.
– Hej spokojnie, skąd zaraz aż tak ponure przypuszczenia? – zapytał wesoło profesor.
– Przecież każdy martwy astronauta wie, że w minutę góra dwie zabija nawet 18 g. – Ned wyrecytował mu wierszyk zapamiętany na kursie w Akademii Floty.
– Wy nie odczujecie tego przeciążenia.
– Jak to?
– Wasza kabina wyłożona jest spinem–2. I to nawet dosyć szczelnie.
– Co to jest spin–2?
– Fizycy wiedzą.
– My również pragniemy być poinformowani.
– Chcecie zostać fizykami?
– Może w przyszłości jak się zrobi nudno w armii. No gadaj profesorku.
– Spin–2 to tworzywo nie przepuszczające grawitonów. No prawie.
– Czyli?
– Czyli zatrzymujące ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent nich.
– Więc jednak pomyślał ktoś o zabezpieczeniu Młyna?
– Oczywiście ale spin–2 jest za drogi aby całe wahadło nim obłożyć. Wyłożona nim jest tylko wasza kabina.
– Czy zatem przez pańską pazerność to cale pozostałe nie pokryte spinem cholerstwo w miarę rozpędzania nie rozleci się na miliard kawałków? – zapytał Ned.
– To jest po prostu niemożliwe.
– Dlaczego, nie?
– Ponieważ tak doskonale wyważonego obiektu jak Wahadło nie ma w całym wszechświecie. Obie połowy Młyna czyli naszej rury, mają identyczną masę wyliczoną skrupulatnie na poziomie cząstek elementarnych z odchyłką nie przekraczającą masy siedmiu protonów. Tak samo obydwa pierścienie. Stąd właśnie bierze się nasza szczególna troska o brak jakichkolwiek drobin wokół Wahadła mogących ową równowagę zakłócić.
– No nie wiem. Ale czy w ogóle nie byłoby łatwiej i taniej rozpędzić czegoś mniejszego? – zapytał Bert. – Czegoś co byłoby na tyle małe by je w całości pokryć tym spinem?
– Pamiętacie Teorię Wielkości?
– Pamiętamy.
– Urządzenie do podróży w czasie musi być po prostu duże. Musi. Poza tym o wiele łatwiej zwiększyć na obwodzie prędkość obrotową, mając do dyspozycji bardzo długi promień, co przy zupełnym braku szkodliwego tarcia pozwala na…
W tej samej chwili coś z zewnątrz szczęknęło donośnie, aż echo poniosło po całym kadłubie, po czym rozległ się syk tłoczonego w śluzy powietrza.
Z monitora zniknął Jong a w jego miejsce pojawił się van Hold, który natychmiast zakomunikował.
– Przykro mi przerywać ale czeka nas robota. Za piętnaście minut Młyn osiągnie pełną moc więc nie ma czasu na te mętne pierdoły. – oznajmił bezceremonialnie. – Szczegóły techniczne Wahadła oraz wielu, wielu innych rzeczy znajdziecie oczywiście w swoich poradnikach. A teraz jeśli pozwolicie zapraszam do środka. – dodał wskazując dłonią w pełni już otwartą śluzę znajdującą się tuż za nimi, zupełnie jak gdyby jej otwierania sami doskonale nie słyszeli. – Przebierzcie się najpierw w wasze ubrania operacyjne, zabierzcie przygotowany dla was ekwipunek i po zeskanowaniu całości ruszajcie bezzwłocznie w drogę. Połamcie karki.
– Tak jest, sir.
– A zanim je połamiecie sprowadźcie Nazwisko.
Zasalutowali w stronę uśmiechniętej generalskiej twarzy po czym gdy monitor zgasł odwrócili się i wkroczyli do śluzy. Wkroczyli do niej z wahaniem i nawet uważny obserwator nie dostrzegłby na ich twarzach grama optymizmu. Wewnątrz śluzy sprawnie przebrali się w czekające na nich ubrania po czym ściskając w dłoniach walizki podeszli do skanera. Ten wiązką błękitnego światła zdjął z nich obraz atomowy i jak tylko zapaliła się zielona kontrolka, zajęli miejsca w obszernym wagoniku. Kiedy zapinali pasy usłyszeli jeszcze z głośników Jonga.
– Niczym się nie martwcie. Nic nie poczujecie i zanim się obejrzycie znajdziecie się na miejscu. I aha, pamiętajcie żeby zaraz po przybyciu najpierw dokładnie zmierzyć najbliższą okolicę. Wtedy technicy niezwłocznie wstawią tam portal powrotny i…
– Proszę ich nie dekoncentrować niepotrzebnie profesorze. Poradzą sobie. – uciął generał ostatecznie przerywając połączenie.
Siedząc już na fotelach rozglądali się ciekawie przeglądając uważnie przede wszystkim swój nowy ekwipunek.
– Kurwa ale workowate są te łachy. – zagaił Ned obmacując swoje nowe spodnie.
– Jak myślisz co nam tutaj jeszcze dali? – odparł Bert otwierając swoją wyświechtaną na wszystkich narożnikach nieporęczną walizkę.
– Stary nie mam pojęcia. Ale sądząc po tych płaszczach wyglądających jak z wiosennej kolekcji prosto od Łachmaniego, nie nastawiałbym się na jakieś rarytasy. Spójrz no tylko kurwa na to! No nie wierzę własnym oczom! – Ned stwierdził z oburzeniem wkładając wskazujący palec w dziurę widniejącą w spodniach na kolanie. – Armia musi cienko przędzie skoro tak nas wyekwipowano.
– Jak znam życie to za jakiś czas okaże się, że księgowy coś podkradał z naszego funduszu operacyjnego. – stwierdził Bert wzruszając ramionami.
– Ale ty masz całe spodnie. – stwierdził Ned z jeszcze większym oburzeniem. – Dlaczego akurat to ja mam robić za dziada?
W odpowiedzi Bert jedynie po raz drugi wzruszył ramionami.
– Słuchaj to, że…
Nagłe szarpnięcie sprawiło, że pasy bezpieczeństwa niemal ich poprzecinały. Ich ciała pod wpływem nagłego przyśpieszenia niemal zespoliły się z fotelikami a ich powieki odrzucone siłą bezwładności wysoko na czoła sprawiły, że nic nie mogło umknąć ich uwagi. Jednak i tak mimo to chwilę później poczuli jedynie mdłości, później niesamowity ból we wszystkich kościach a następnie litościwą utratę świadomości, która w końcu przyniosła wymarzoną ulgę.

* * *

Kilkanaście kilometrów na zachód od Monachium, Niemcy 28 lipca 1942

Bert ocknął się pierwszy. Przeciążenie towarzyszące transferowi sprawiło, że kiedy się pojawił, był w pozycji embrionalnej. Z trudem dźwignął się na kolana i z wysiłkiem podniósł wreszcie z ziemi aż w końcu stanął niepewnie na nogach. Następnie podparł się rękami o kolana i nabrał powietrza w obolałe płuca. Miał zamiar rozejrzeć się wokoło lecz nagłe uderzenie w głowę sprawiło, że mu pociemniało w oczach i ponownie opadł na kolana. Tym co na niego spadło była walizka. Trzymając się za głowę ponownie wstał i złorzecząc odszedł nieco na bok. Dopiero stamtąd obrzucił skołatanym wzrokiem najbliższą okolicę.
Siedzący w kucki dwa metry dalej Ned, podobnie jak on rozglądał się zdezorientowanym wzrokiem na wszystkie strony. Drapał się przy tym ze zbolałą miną w swoje plecy obrzucając raz po raz głośnymi komplementami sierżanta żandarmów, który skonfiskował mu drogocennego spraya.
Bert podszedł zaciekawiony kondycją przyjaciela i uniósł mu nieco koszulę pragnąc ułatwić mu dostęp do miejsca między łopatkami, którego Ned nie mógł pomimo intensywnych prób dosięgnąć szamocząc się niespokojnie.
Przyjrzał się w zamyśleniu jego plecom, które w miejscach spryskanych sprayem przybrały barwę ciemnobrązową. Sekundę później jego kontemplację przerwała walizka Neda, która również się zmaterializowała pojawiając się metr nad właścicielem. Bert słysząc ściszony odgłos transferu bez namysłu odskoczył od niego.
Walizka spadając uderzyła Neda okutym kantem w głowę. To sprawiło, że ten zapomniał momentalnie o swędzeniu i obmacał sobie czoło przeklinając.
Po chwili obydwaj byli już na nogach i ponownie zlustrowali otoczenie.
Znajdowali się na prawdziwej leśnej łące, porośniętej prawdziwą leśną trawą. W powietrzu nie czuć było w ogóle wszechobecnej woni plastiku. Wszędzie wokół ćwierkały sobie ptaki a poza tym panowała przyjemna orzeźwiająca temperatura o jakiej mogli tylko pomarzyć w koszarach. Prócz ptasich dźwięków panowała niczym nie zmącona cisza oraz przynoszący ulgę spokój.
Zmęczeni ostatnimi gorączkowymi wydarzeniami z prawdziwą ulgą usiedli na przewróconym pniu jakiegoś drzewa usiłując poskładać do kupy wszystkie niedawne wypadki, jakie przydarzyły się w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin. Pomimo intensywnego przeszkolenia natłok zdarzeń jednak robił swoje. Nadal bowiem mieli mętlik w głowach i czuli się ogólnie porozbijani.
– To będzie chyba tamta szopa, co? – Ned wskazał palcem widoczną w oddali budę zbitą z surowych desek. – Spójrz tylko. Jest cała wykonana z drewna.
Bert podążył głową za jego wzrokiem i zrobił sobie zoomem zbliżenie połączone z analizą strukturalną materiału.
– Musiała kosztować fortunę. – gwizdnął z podziwem. – To prawdziwe drewno stary. Sto procent, żadna w dupę okleina.
Kiedy podeszli i całej szopie dokładnie się przyjrzeli z bliska uznali że jest bez wątpienia tą, której opis otrzymali od Uli jeszcze w Centrum. Wygląd pozostałej okolicy również zgadzał się z zapamiętanymi detalami.
– Tak, to na pewno tutaj. – stwierdził Bert po chwili. – To z tej szopy Nazwisko miał nadać meldunek.
– Jeśli więc nasz transfer powiódł się i w Centrali nie spaprali czegoś z czasem rzeczywistym, mamy dziś dwudziesty ósmy lipca a dubler powinien być tutaj wczoraj.
– Zgadza się.
– Ale jego meldunek nie nadszedł. Zatem zaszło coś, o czym nie wiemy. – dedukował dalej Ned.
– Otóż to. – stwierdził Bert otwierając jedną z kilku paczek papierosów jakie otrzymali w Centrali. Były to zawierające prawdziwą nikotynę papierosy o nazwie Juno.
Poczęstował Neda, po czym schował je na powrót do kieszeni obszernego, niewygodnego prochowca.
– Co teraz? – ten rzucił z ulgą zaciągając się dymem.
– Nadamy wiadomość, że jesteśmy na miejscu cali i zdrowi… – stwierdził Bert.
– No nie wiem czy tak do końca cali. Ta przeklęta walizka rozcięła mi czoło i chyba naderwała ucho…
– Chcesz by przysłali tu Białego z tym jego cholernym zestawem? – zapytał go ciepło Bert.
– Zapomnij. Jestem cały i w pełni zdrowy. Właściwie to czuję się świetnie…
– I tak właśnie zameldujemy. – westchnął Ned i dodał. – Potem wyruszymy do miasta rozejrzeć się za naszą drogocenną zgubą. Mamy adres pod którym miał zamieszkać. Myślę więc, że niegłupio będzie właśnie stamtąd rozpocząć poszukiwania.
– Dobra myśl. – w odpowiedzi Ned podwinął lewy rękaw.
Kciukiem prawej dłoni poprzez delikatny nacisk nadgarstka uaktywnił wszczepiony w skórę przedramienia komputator. Kiedy już na dobre uwidoczniły się przypominające klawiaturę prostokątne emblematy napisał na nich prawą dłonią krótką wiadomość, potem jeszcze zeskanował całą okolicę do pamięci, szybko zaszyfrował, po czym wysłał całość w jednym spakowanym meldunku do Centrali. Na zakończenie ponownie wcisnął kciukiem nadgarstek sprawiając, iż emblematy poczęły ponownie blednąć by po chwili zniknąć całkowicie wtapiając się w skórę przedramienia. Wówczas opuścił rękaw oczami dając partnerowi do zrozumienia, iż jest gotów.
Podnieśli się z miejsca.
Ned aż się zatoczył ze zmęczenia.
– Co z tobą, chłopie? – zapytał Bert.
– Te połączenia rzeczywiście są żarłoczne. – Ned przytrzymując się dla równowagi drzewa stwierdził zdziwiony.
Postał tam chwilę podpierając się o pień. Kiedy kilka głębszych wdechów poskutkowało i przestał się już chwiać z wywołanego połączeniem osłabienia dodał.
– Następnym razem ty się łączysz.
– Ok.
Dopalili papierosy, po czym z walizkami w dłoniach opuścili polanę. Kierując się polną dróżką w dół łagodnego zbocza skierowali się w stronę widocznych na horyzoncie zabudowań miasta.

* * *

Monachium, Niemcy

Adolf Hitler zupełnie nieświadom wrogich jemu knowań, siedział przy kominku w swoim apartamencie w centrum miasta bijąc się z myślami. Chociaż nieświadom zagrożenia, nie był w żadnym bądź razie odprężony. Mówiąc ściślej, bardzo daleki był od stanu odprężenia. Tego ranka bowiem zbudził się z potwornym bólem głowy i co gorsza już od chwili wstania z łóżka znał jego przyczynę. Od świtu wszystkie jego myśli pochłonięte były w rozmyślaniach. Rozmyślaniach które go rozbudziły w istocie. Bolesnych ROZMYŚLANIACH, które pojawiły się po raz pierwszy pamiętnej nocy jeszcze w Wiedniu, w schronisku dla bezdomnych. Kiedy rozmyślania go dopadały, wszystko, absolutnie wszystko schodziło wówczas na plan dalszy. A to był właśnie jeden z takich dni.
Wertując przygotowane już kilka dni wcześniej papiery ze skryptem przemówienia, które miał wygłosić wieczorem klął co chwilę, ponieważ pogrążony był w zupełnie innych rozważaniach i pomimo, że po raz tysięczny miętosił przygotowane zapiski tuż przed oczami, w ogóle nie widział w nich starannie wykaligrafowanych przez sekretarkę liter, już nie wspominając o słowach czy zdaniach. Za nic nie mógł się na nich skoncentrować gdyż poprzez wszystkie jego myśli i tak na plan pierwszy wysuwały się rozmyślania.
Ostatnimi czasy coraz częściej mu się to przytrafiało i to go niepokoiło w tej jakże maleńkiej części umysłu, która nie była jeszcze pochłonięta do reszty rozmyślaniami. Czasami próbował z nachalnymi rozmyślaniami walczyć uporczywie myśląc o czymś innym, lecz z reguły kończyło się to potężnym bólem głowy i oczywiście końcową porażką, ponieważ one i tak zawsze zwyciężały. A kiedy zwyciężały po wyczerpującej walce były jeszcze bardziej dokuczliwe. To było właśnie najbardziej niepokojące, gdyż rozmyślania pojawiały się z coraz większą częstotliwością i tylko patrzeć jak go kiedyś dopadną w najmniej oczekiwanym momencie czyli wówczas, kiedy nie będzie sam. Wówczas mógłby się z nimi nie uporać i wyjść w oczach innych ludzi na dziwaka.
Zniechęcony taką perspektywą poczuł jak dopada go chandra, obawy oraz zgoła nieciekawe wątpliwości.
– Do diabła tam z nimi! – mruknął wrzucając w końcu i tak nieprzydatne papiery prosto w buchające płomienie.
Ogień niemal wyskoczył z kominka pożerając zachłannie wielostronicowe przemówienie. On sam natomiast zrelaksował się nieco, ponieważ od zawsze uwielbiał przyglądać się płonącym przedmiotom. Ból głowy wkrótce nieco zelżał. Nieco tym pokrzepiony z ulgą pociągnął koniaku.
– Walnę im przemówienie prosto z głowy a i tak będą ze szczęścia pod siebie robili. Jak zresztą zawsze. – stwierdził w myślach doskonale zdając sobie sprawę z wybornego talentu oratora, którym był obdarzony.
Opadł głębiej na fotel, a kiedy płomienie zlikwidowały już ostatecznie problem z zapiskami, skronie przestały go aż tak bardzo pobolewać.
– Oto jestem. – pomyślał z ulgą oddając się już w pełni rozmyślaniom. – Adolf Hitler, Wódz narodu. Siedzę w tym apartamencie i sobie rozmyślam. Ciekawa sprawa. Ciekawe, czy mój poprzednik, kiedy tu sobie siedział też myślał o tym samym?
– Hmm, pewnie nie. Ten stary pierdoła, zapewne bez przerwy pochłonięty był tylko tym, czy najbliższy oddział geriatryczny znajduje się naprawdę blisko no i rzecz jasna w pełnym pogotowiu. Zresztą, do dupy z nim i starymi czasami. Było minęło i teraz ja jestem Wodzem.
– Zaraz, zaraz, chwileczkę, czy aby na pewno? – w ułamku sekundy zrodziły się niejasne wątpliwości.
– Co masz na myśli? – zapytał sam siebie.
– A jeśli to tylko iluzja? Co? Jakieś niesprawiedliwe, kurewskie złudzenie? – odparła mu ta najbardziej podejrzliwa część osobowości.
– Jakie złudzenie? – zrodziło się nagłe pytanie.
– Znaczy, jeśli tak naprawdę nie jestem żadnym Wodzem a tylko tak mi się wydaje?
– O czym ty mówisz człowieku?
– Co niby ma naprawdę świadczyć o tym, że jestem jedynym przywódcą wielkiego narodu? Narodu, który toczy wojnę z całym światem? Człowiekiem o władzy jakiej nie miał jeszcze nikt przede mną w całej historii? Przecież każdy kto siedzi przy kominku może tak sobie pomyśleć, nie?
– Uspokój się. Gdyby to było tylko złudzenie nie myślałbyś jak Wódz.
– Doprawdy? A co, jeśli siedzę tu i TYLKO mi się wydaje, że jestem Wodzem? Do diabła, przecież kiedy tu siedzę pewne jest tylko jedno. To, że tu siedzę i rozmyślam. Z tego jest przynajmniej jeden wniosek, jestem. Ale to czy jestem Wodzem… nie jest już wcale takie pewne.
– Jak to?
– A tak, już mówiłem że to może być tylko jakaś podła, uknuta przeciw mnie tajna konspiracja a moje życie to tylko wredne złudzenie.
– Ale czyja konspiracja?
– Czy ja wiem? Czy ktokolwiek to wie, jeśli to naprawdę wielka konspiracja? Jeśli tak właśnie jest i ktoś coś o tym wie, to z pewnością są to żydzi.
– Dlaczego żydzi?
– Skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? Wydaje mi się, że to żydzi, ponieważ oni zawsze zdają się najwięcej wiedzieć. Może więc dlatego? Powtarzam więc, pewne jest jedno, jestem w tym apartamencie i siedzę przy kominku, ale to czy jestem Wodzem to już nie jest takie jasne, no bo skąd wziąć pewność, że to nie złudzenie?
– Daj spokój, przecież nawet gdyby założyć że ta robocza hipoteza jest prawdziwa, to wystarczy że otworzysz drzwi i zawołasz adiutanta. Doskonale wiesz, że trzaśnie kopytami i zawoła: Mein Fuhrer!
– Pewnie tak zawoła, tylko o czym ma to świadczyć?
– Nie rozumiem.
– Co pytam, jeśli on jest również częścią iluzji i też konspiruje? Że to nie jest robocza hipoteza lecz rzeczywistość?
– Hmm, no to sam już nie wiem…
– Wiedziałem! Wiedziałem to od zawsze. To jest jakaś cholerna, olbrzymia konspiracja i kiedyś przyłapię konspiratorów na gorącym uczynku. Złapię ich za rękę… udowodnię spisek…
– Daj spokój, to niedorzeczne. Po co by miała być w ogóle jakaś konspiracja, hę? No zastanów się przez chwilę, no… po… co?
– Żeby się zabawić moim kosztem, ot co. Już mam! – Adolf zerwał się z fotela i podbiegł znienacka do okna.
Po chwili ze spuszczoną smętnie głową powrócił do fotela.
– I czego się spodziewałeś wyglądając na ulicę? No czego? – przez głowę przebiegły mu szydercze pytania. – Że nie będzie przystrojona twoimi portretami, hę? Że nie będzie maszerujących po niej esesmanów? Że znikną dwudziestometrowe flagi rozwieszone na frontonach kamienic, co?
– No dobra, są flagi, esesmani i portrety, ale daruj sobie ten szyderczy ton, dobra? Nie udało mi się ich zaskoczyć, uczciwie przyznaję, ale o czym ma to niby świadczyć? Że moje życie to nie jest złudzenie?
– Dokładnie! Dokładnie o tym.
– A co, jeśli ta ulica to tylko dalsza część złudzenia?
– No wtedy… słuchaj sam już nie wiem.
– Dobra pójdźmy więc jeszcze dalej, dobrze?
– Dobrze.
– Więc co jeśli mi się tylko wydaje że jestem Wodzem, lub czyimś złudzeniem że tu siedzę i mi się wydaje że jestem Wodzem? Jeśli tak właśnie jest to znam tylko jego złudzenia to znaczy wiem o czym ten ktoś myśli. A jeśli tak jest w istocie, to jak mieć pewność że to nie mi się wydaje że jemu się wydaje tylko że to ja rzeczywiście tu siedzę i do diabła jestem Wodzem?
– Powoli dobra, powoli bo nie nadążam. Mógłbyś jeszcze raz?
– Zastanawiam się tylko, że co do cholery, jeśli to tylko złudzenie w złudzeniu a w rzeczywistości w ogóle mnie nie ma!
– Jeszcze trochę zwolnij, muszę to na spokojnie przekombinować…
– Do diabła, przecież musi być jakiś sposób żeby uzyskać absolutną pewność i zdobyć niepodważalne rozstrzygnięcie zanim oszaleję. Na razie pewne jest tylko jedno, jestem i myślę. A skoro jestem i myślę to znaczy że… jestem.
– Spokojnie, spokojnie zaraz coś tu się w końcu wyjaśni. Rozwiązanie jest już na końcu języka, trzeba tylko powoli, logicznie i na chłodno pozbierać do kupy bezapelacyjnie udowodnione fakty a odrzucić wszelkie niejasne przypuszczenia. Odrzucić, bo inaczej nigdy do niczego nie dojdziemy, zgoda?
– Zgoda. – Hitler skinął głową nieco się uspokajając, lecz zaraz dodał nerwowo. – No i te cholerne mroczki.
– Mroczki?
– Dobrze wiesz o czym mówię. Pojawiają się przed oczami i to coraz częściej.
– Te ulotne, szare kłębki, które ulatują z głowy w dal, kiedy się na coś intensywnie wpatrujesz?
– Ja wpatruję?
– No dobra, my wpatrujemy. Nieważne.
– Tak, te właśnie mroczki.
– Więc co z nimi?
– Jak to co? One są, nie mam pojęcia po co, a ja po prostu nie wiem czy powinny, bo czuję się zupełnie jakby ktoś wysysał moje myśli.
– Ja też tego nie wiem. To chyba mógłby wyjaśnić doktor…
– Daj spokój.
– Dlaczego? To przecież lekarz.
– I co z tego?
– Kto go wie? Może też ma mroczki?
– A jeśli nie ma?
– To być może o nich słyszał i wie co znaczą.
– A jeśli nie słyszał?
– No to usłyszy od ciebie. Zwoła gremium, skonsultuje i wyjaśni zagadnienie.
– A jeśli nawet jego gremium nigdy o mroczkach nie słyszało?
– No to sam już nie wiem.
– Ale ja wiem. Wiem i powiem ci. On i całe jego gremium weźmie mnie za idiotę i będzie się od tej pory śmiał za plecami.
– Pewnie tak.
– Dlatego nigdy nikomu o mroczkach ani słowa, zrozumiano?
– Oczywiście.
– A przynajmniej dopóki mroczki nie bolą?
– Jak sobie wolisz.
– Na czym więc stanęliśmy?
– Na tym, że siedzisz przy kominku i wydaje ci się że jesteś Wodzem.
– Ach tak. – Hitler skinął głową. – Dobra, zatem ustalone jest to, że tu siedzę, to raz. Myślę, to dwa. W rozmyślaniach jestem Wodzem i…
Gwałtowne pukanie do drzwi apartamentu sprawiło, że cały skomplikowany ciąg myślowy jaki był już starannie ułożony w jego głowie prysł jak mydlana bańka.
– Wejść! – ryknął z wściekłością w stronę drzwi zaciskając palce na szyi niewidzialnego wroga.
Do apartamentu wkroczył adiutant i w sposób podejrzanie znajomy trzasnął kopytami wyprężając się na baczność.
– Mein Fuhrer!
– Słucham?
– Dzisiejsze dokumenty do podpisania. – ten odparł kładąc na biurku starannie ułożone papiery jakie miał w lewej dłoni.
– Coś jeszcze? – zapytał Hitler widząc wyraz jego twarzy.
– Krawiec Gruber czeka w kancelarii z nowym mundurem do przymiarki Mein Fuhrer.
– Ach tak. – Hitler przypomniał sobie umówioną przed dwoma dniami wizytę najlepszego w Monachium krawca. – Wezwij go natychmiast skoro już mi przeszkodziłeś. – dorzucił z rezygnacją.
Westchnął ciężko zdając sobie sprawę, że tym samym zaczął właśnie bieg kolejny dzień wypełniony spotkaniami, biurokracją i innymi daremnymi czynnościami a sprawa rozmyślań nie zostanie już tego dnia rozwikłana. Przynajmniej nie przed nocą.
– Tak jest! – adiutant odmaszerował.
Po chwili wrócił w towarzystwie zgarbionego starca.
– Heil Hitler! – ten rzucił w jego stronę z blaskiem w oczach.
Hitler uprzejmie skinął głową zapraszając go z uśmiechem do siebie.
Staruszek podszedł i kiedy z bliska się okazało że blask bił od monokla Hitler przestał się uśmiechać.
Krawiec wydobył z torby starannie złożony mundur.
Hitler zdjął marynarkę i przymierzył przyniesioną bluzę od munduru. Leżała jak ulał.
– Ten cholerny dziad chyba w końcu się przyłożył. – pomyślał na wspomnienie trzech poprzednich wizyt Grubera, podczas których zmianom ulegały pagony, kołnierzyk i mankiety.
Z nowym optymizmem odłożył bluzę i udając się za parawan wciągnął spodnie.
– I jak? – wychodząc na środek apartamentu rzucił w stronę adiutanta.
– Mein Fuhrer, wygląda pan wspaniale.
Staruszek słysząc to pokraśniał z zachwytu.
– Panie Gruber?
– Tak Mein Fuhrer?
– Nogawki wydają się w porządku lecz spodnie zdaje się… jeszcze odrobinę uciskają w kroku.
– Och, doprawdy? – twarz Grubera momentalnie stała się jałowa.
Hitler spojrzał na niego ciężko i przytaknął głową.
– Dałem więcej materiału standartowo, czyli w lewą stronę.
– Hę?
– Nie miałem śmiałości zapytać w której nogawce Wódz go nosi. Ale teraz w mig, Mein Fuhrer to zmienimy. – staruszek sięgnął ręką do kieszeni i z garścią igieł podreptał żwawo do Hitlera.
Tuż przed nim krawiec uklęknął i sprawnie zaczął przepinać umieszczone na spodniach fastrygi.
Hitler widząc jak drżące dłonie, w których pomiędzy palcami Gruber powtykał nie wiadomo kiedy kilkadziesiąt długich igieł, niepokojąco szybko latają wokół jego krocza, wstrzymał oddech starając się stać nieruchomo.
Gruber niczym wirtuoz błyskawicznie przepinał jedne igły w miejsce drugich, nawet nie zdając sobie sprawy z lęków jakie budziły u Hitlera jego szybkie ruchy.
Ten niczym ofiara kieszonkowca nie czując zupełnie niczego, bez przerwy podświadomie czekał jednak na nieuchronne ukłucie, ponuro zastanawiając się czy nadejdzie tylko jedno.
Kiedy po dwóch minutach żadne ukłucie nie nadeszło a krawiec skończył wstając z klęczek, uczucie dziwnego niepokoju nieco ustąpiło.
– Jak teraz, Mein Fuhrer? – zapytał krawiec robiąc przy tym dla nabrania lepszej perspektywy kilka kroków do tyłu.
– Zobaczmy. – ten odparł podchodząc w stronę lustra. – Nie uciskają co prawda ale obecnie wyglądam na chorego na słoniowaciznę. Kto to widział takie wielkie krocze?
– To tylko złudzenie.
– Złudzenie, panie Gruber? Czy pan powiedział, złudzenie?
– Wszystko będzie dobrze Mein Fuhrer kiedy tylko wszystkie szwy trafią na właściwą stronę. – zapewnił go Gruber. – Fastrygi są tymczasowo na lewej i…
– Miejmy nadzieję. – rzucił Hitler pełen wątpliwości co do efektu finalnego udając się za parawan. – Miejmy nadzieję. – dobiegło już zza niego.
Krawiec słysząc to rzucił pełne wątpliwości i zmieszania spojrzenia w stronę adiutanta.
Ten oczami zapewnił go iż rzeczywiście wszystko będzie dobrze, przekazując mu swym obliczem olbrzymią dawkę optymistycznego nastawienia.
– Auuu! – z cicha coś jęknęło spoza parawanu i ku przerażeniu krawca nie było to jęknięcie jedno.
– Najmocniej przepraszam, Mein Fuhrer. – wystękał Gruber. – Powinienem był usunąć igły… stary dureń ze mnie…
– Nic takiego się nie stało, drogi panie Gruber. – odparł Hitler wychodząc ze spodniami na ramieniu. – Nic takiego. – dodał.
– Naprawdę?
– Naród cierpi na wszystkich frontach, czym więc w porównaniu z jego cierpieniami jest moje małe, prywatne męczeństwo? – żartobliwie rzucił w jego stronę. – Z cierpienia się rodzimy i z cierpieniem podążamy później całą naszą życiową ścieżką. Więc i tak będę dumny, że stosunkowo niewielkim cierpieniem zasłużyłem sobie na mundur uszyty przez genialne dłonie samego Grubera.
– Och, doprawdy jest pan Wodzu zbyt łaskawy. – krawiec się odprężył. – Obiecuję, że już na jutro cały mundur będzie gotów. Będę pracował nad nim całą noc by ukończyć jak najprędzej…
– Doskonale. Zatem proszę go przysłać natychmiast, jak tylko będzie gotowy. – Hitler uniesioną dłonią uciął jego przemówienie dając do zrozumienia iż audiencja dobiegła końca.
Gruber opuścił apartament odprowadzony przez niosącego jego torbę adiutanta. Po niecałej minucie ten był już z powrotem.
– Co o tym myślisz Fritz?
– Wygląda, że w końcu mundur będzie doskonale na panu leżał, Mein Fuhrer.
– Nie o to pytałem. Widziałeś jak do mnie podbiegł nie proszony?
– Tak jest. – przyznał adiutant. – Wszystko widziałem.
– Z tymi latającymi na wszystkie strony łapskami pełnymi igieł? Ciekawe co wówczas sobie staruch myślał? Kiedy tak klęczał przede mną i majstrował? Przy moich klejnotach? Czy choć przez jedną chwilę zastanowił się jak ja się niezręcznie przez to czuję?
– Nie wydaje mi się, Mein Fuhrer.
– Mi również. Ale chyba się tego już nie dowiemy, ponieważ jak tylko skończy ten cholerny mundur wyślesz go do Dachau w najbliższym możliwym terminie.
– Tak jest. Wysłać krawca do Dachau. – adiutant potwierdził rozkaz.
– I dla bezpieczeństwa Rzeszy całą jego rodzinę do czwartego pokolenia. Nie chcemy przecież aby po wszystkich pracowniach krawieckich krążyć zaczęły odtąd jakieś anegdoty jak to Adolf Hitler przymierzając spodnie pokłuł sobie jądra, nieprawdaż?
– Tak jest Mein Fuhrer. To byłoby niedopuszczalne. Jeszcze dziś SS obejmie go całodobową obserwacją a kiedy tylko staruch skończy pracować z mundurem trafi z całą rodziną do obozu z adnotacją w aktach by nie było po Gruberach najdalej po miesiącu najmniejszego śladu.
– Doskonale Fritz. Doskonale. Zajmij się zatem tym bezzwłocznie i dopilnuj by w obozie również był pod obserwacją i to do samego końca.
– Natychmiast Mein Fuhrer. – odparł adiutant trzaskając kopytami.
Kiedy adiutant już opuścił apartament Hitler sięgnął po butelkę i nalał sobie następnego. Trzymając kieliszek w dłoni podszedł i dołożył do kominka. Kiedy płomienie skoczyły w górę usiadł na fotelu wpatrzony w ich rosnącą siłę.

* * *

Przedmieścia Monachium, Niemcy

Zbliżało się południe. Dwóch piechurów niezmordowanie zbliżało się do miasta już od paru dobrych godzin. Oddalał się jedynie rześki poranek i czasy kiedy ręce nie bolały. Obecnie panował, nawet podsycany wysiłkiem fizycznym niewielki upał.
Zmęczeni forsownym marszem i ciężkimi walizami nie mieli od dłuższego czasu ochoty nawet na rozmowę. Maszerowali w milczeniu. Nie zbijali jednak bąków. Nie pozwalały na beztroskę niewygodne walizki, jakie coraz częściej zmieniając ręce uparcie dźwigali. Dźwigając je klęli, a poza zmaganiem się z walizkami pochłonięci byli wysłuchiwaniem informacji, jakie niezmordowanie przekazywały im translatory.
Te przypominające ziarnko pieprzu urządzenia dr Baddoc zainstalował im podstępnie w uszach jeszcze przed opuszczeniem Centrum. Translatory prócz tego, że w sposób natychmiastowy i w pełni automatyczny przekładały wszelkie znane ludzkości języki na anglomarsjański, były też istną kopalnią informacji na temat czekającego ich zadania.
Obecnie wysłuchiwali skomplikowanego życiorysu Adolfa Hitlera, który po zeskanowaniu z poradnika do pamięci, translatory cierpliwie pompowały im wprost w kory mózgowe.
Adolf Hitler urodził się w gospodzie Zum Pommer 20 kwietnia 1889 roku o godzinie 18.30. Było to w miejscowości Braunau leżącej nad rzeką Inn, na pograniczu ówczesnej Austrii i Bawarii, około osiemdziesięciu kilometrów od miasta Wiednia. Jego przodkowie podpisywali się Hiedler, Hutler oraz Hitler a wywodzili ze wsi odległej o około 100 km od Wiednia.
Jego ojciec Alois, do trzydziestego dziewiątego roku życia nosił nazwisko swojej matki, Schicklgruber. Kiedy mająca czterdzieści siedem lat Maria Anna Schicklgruber wyszła za Georga Hiedlera, miała już pięcioletniego bękarta, Aloisa. Po czterech latach zmarła a Georg wyjechał zacierając po sobie ślady. Dopiero po kilku latach pojawił się zgłaszając do notariusza gdzie oświadczył, iż jest legalnym synem Marii. Było to spowodowane okazją do zagarnięcia niewielkiego spadku po zmarłym bracie swego ojca, domniemanym wujku Johannie Nepomuku Hiedlerze. To wówczas właśnie Alois zmienił nazwisko na Hitler i się ożenił. Jego pierwsza żona umarła porzucona. Druga również lecz na gruźlicę. Dopiero trzecia, bliska krewna Klara Polltz w kazirodczym związku stała się matką Hitlera. Adolf był jej wątłym, czwartym dzieckiem. Poprzednie, Gustawa, Klarę oraz Idę straciła.
Ojciec Hitlera, starszy od Klary o 23 lata terminował przez pewien czas u szewca. Pragnąc jednak wyjść na ludzi, (tak nazywano ówczesny awans społeczny) porzucił to zajęcie zostając urzędnikiem celnym. W tamtej epoce, podobnie jak komornik, prawnik oraz hycel był to zawód legalny, nawet szanowany a wykonujący go ludzie nie cieszyli się wyłącznie powszechną pogardą. Przez całe swoje życie człowiek ten marzył o męskim potomku. Nie przeszkodziło mu to jednak, aby Adolfa usynowić dopiero tuż przed samą śmiercią.
Teraz co nieco o rodzeństwie. Brat Adolfa, mętny typek o imieniu Alois już jako osiemnastolatek odsiedział parę miesięcy za kradzież. Potem była recydywa, proces o bigamię i tym podobne sądowe korowody. W późniejszym okresie swojego życia, dzięki wpływom Adolfa otworzył piwiarnię w mieście Berlinie. Przyrodnia siostra Adolfa, Angela była co prawda normalna, jednak z jej córką Geli Raubal Hitler miał w późniejszym okresie swego życia burzliwy romans.
Sam Adolf Hitler porzucił szkołę w miejscowości Leondig. W dzieciństwie nie grzeszył pilnością więc ojciec posłał go w 1897 roku do sławnej, prowadzonej przez benedyktynów szkoły w Lambach aby zaznał nieco dyscypliny. Tam mały Adolf zainteresował się między innymi religią. W okresie tym pragnął nawet zostać księdzem, (to również było wówczas zajęciem legalnym). Oświadczył ojcu, że nie będzie jak on strażnikiem celnym i we wrześniu 1900 roku został przeniesiony do szkoły w Linzu. Tam z zapałem śpiewał w chórze, stał się zagorzałym wielbicielem muzyki Wagnera oraz wiernym czytelnikiem więziennych opowieści niejakiego Karola Maya. Rówieśnikom kazał się nawet przez jakiś czas nazywać Winnetou, (jeden z głównych bohaterów książek Maya) ale przezwisko jakoś się nie przyjęło, ponieważ nikt nie mógł sobie wyobrazić Indianina z dziwnym wąsikiem i łupieżem. W okresie późniejszym, kiedy projekt Winnetou ostatecznie upadł, postanowił zostać malarzem. Podczas pobytu w Linzu Hitler przeżył również swoją pierwszą, wielką miłość. Zrozpaczony jednak brakiem jakiejkolwiek wzajemności usiłował popełnić samobójstwo poprzez przejedzenie. Nie miał jednak dosyć środków finansowych i próba się nie udała. Szkoły nie ukończył tłumacząc, że winny temu jest miłosny dramat. Przez dwa kolejne lata był włóczęgą. W okresie tym trochę malował, układał wiersze oraz w miarę swoich skromnych możliwości finansowych brał również lekcje muzyki. Na początku 1906 roku udał się do Wiednia. W przedziwny sposób nie trafił tam jednak. Ponowił próbę i po niemal rocznej tułaczce znalazł miasto korzystając z drogowskazów. Kiedy skończył osiemnaście lat otrzymał należną mu część spadku po ojcu. Wtedy zamieszkał w Wiedniu na stałe i wystartował z paczką swych rysunków do Akademii Sztuk Pięknych. Oblał jesienne egzaminy i powiedział sobie, że to przez miłosny dramat. W grudniu zmarła jego matka ale nie przez dramat tylko raka. Po pogrzebie ponownie wrócił do Wiednia gdzie przebywał przez sześć następnych lat. W okresie tym szczególnie mocno poznał gorzki smak biedy oraz życiowych niepowodzeń, tłumacząc je już nie tylko sobie ale również wszystkim, miłosnym dramatem. Nielegalnie udało mu się wyszarpać rentę w wysokości 50 koron miesięcznie przysługującą uczącym się. Nielegalnie, bowiem on nie uczył się tylko nadal przeżywał dramat. Wspólnie z niejakim Kubitzkiem w nędznej dzielnicy miasta wynajmował równie nędzny pokój. Nie zachowywał się jednak jak nędzarz. Wręcz przeciwnie, sypiał do południa, uczęszczał do teatru, słowem zachowywał się jak ówczesny pan. W roku 1908 ponownie wystartował do Akademii lecz nie dopuszczono go nawet do wstępnych egzaminów. Dramat. Po bezskutecznych, trzech kolejnych próbach, zawiedziony w nadziejach i urażony niedocenianiem jego geniuszu, zaczął na dobre stronić od ludzi stając się z wolna odludkiem. Stoczył się na samo dno, (ławki w parkach, mosty, itp.). Rok później był już stałym mieszkańcem schroniska dla bezdomnych w Meding na przedmieściach Wiednia oraz Domu Samotnych Mężczyzn, mieszczącego się przy Maldemannstrasse gdzie zawsze było grono chętnych do słuchania opowieści o miłosnym dramacie, jaki go prześladował. Przebywał tam aż do 1913 roku zajmując się, poza opowiadaniem dramatu, odgarnianiem śniegu, trzepaniem dywanów i noszeniem bagażów na dworcu zachodnim. Poza tymi dorywczymi zajęciami w wolnych chwilach rysował zabytki i sprzedawał obrazki sprzedawcom pustych ramek. Rysował też plakaty reklamowe, (Puder przeciwpotowy Teddy, Kupujcie świeczki).
Mieszkając w hospicjach żył w skrajnej nędzy, starannie ukrywając przed matką, (kiedy ta jeszcze żyła) życiową porażkę. Zawsze był szczupły ale wtedy niebezpiecznie schudł. W okresie tym nosił ze sobą wszystko, co tylko posiadał. A były to; czarny, sięgający kostek płaszcz otrzymany w podarunku od niejakiego Neumanna, brudna wojskowa menażka, długie włosy, brodę, zatłuszczony melonik oraz obsypany bujnym łupieżem odpinany kołnierz. Nosił również bez przerwy płócienną torbę wypchaną okultystycznymi, astrologicznymi i przygodowymi broszurami, jakie w kółko czytał. Nosił więc sporo nawet nie licząc bagażu psychiczno dramatycznego, który był bez mała największym dla niego oraz naturalnie słuchaczy których dopadł, obciążeniem.
W świecie sutenerów, włóczęgów i wyrzutków czyli ludzi przegranych ideą przewodnią była nienawiść do społeczeństwa, które ich odrzuciło. W okresie tym na dobre uformowały się jego przyszłe poglądy. Stykając się z najbardziej radykalnymi kręgami wiedeńczyków szybko stał się zagorzałym nacjonalistą, antysemitą i wykładowcą amatorem dramaturgii stosowanej. Po raz pierwszy zaczął wtedy głośno myśleć o stworzeniu potężnych Niemiec, w których nie ma miejsca na biedę i dramaty.
Mając dwadzieścia cztery lata, uchylając się od przymusowej wówczas służby wojskowej na zawsze opuścił Wiedeń udając się do miasta Monachium w Niemczech. Udało mu się przy tym skutecznie zmylić, pragnącą doprowadzić go przed komisję poborową policję. Aby zapiąć wszystko na ostatni guzik i już ostatecznie zagmatwać trop którym podążali za nim wiedeńscy policjanci, kiedy tylko dotarł do Monachium natychmiast zgłosił się na tamtejszą policję i tym samym spieprzył sprawę. Przekombinował. Jego naiwny plan spalił na panewce, bowiem władze Austriackie dowiedziały się o jego miejscu pobytu dzięki wynalazkowi zwanemu telefonem, po czym zmusiły go do odbycia badań lekarskich i stanięcia przed obliczem komisji wojskowej. Jak na ironię komisja poborowa uznała go za niezdolnego zarówno do służby liniowej jak też pomocniczej, ponieważ był wątłym cherlakiem. Poza sprawami poborowymi dużo czasu zabierały Hitlerowi w owym okresie niezliczone biesiady w kawiarniach i piwiarniach, w których z zapałem rozprawiał o marksistach, kapitalistach, żydach, zawiedzionych w miłości, itp., (były to obowiązujące tematy ówczesnych piwoszy). Odrzucenie nawet przez armię wywarło silne piętno na jego psychice wpędzając go w jeszcze większe przygnębienie, tak że nawet jego dotychczasowy „odwieczny dramat” na jakiś czas ustąpił miejsca „rozczarowaniu poborowemu”.
Niebawem, nie czekając aż Adolf się ze swymi dramatami do końca upora, wybuchła I Wojna Światowa. Pragnąc jak zawsze upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, czyli awansować z klasy wyrzutków do klasy patriotów oraz rozwiązać problem dramatu, zaatakował obydwa dylematy od frontu, czyli wstąpił do armii ochotniczo. Od króla Bawarii Ludwika otrzymał przydział do 1 kompanii 16 regimentu infanterii. Całą wojnę przesłużył jako łącznik przy sztabie pułku. W październiku 1916 roku brał udział w bitwie nad Sommą, a w październiku 1918 roku w czasie walk pod Ypres stracił czasowo wzrok, pod wpływem gazów bojowych. W czasie wojny był dwukrotnie odznaczony, 1914 rok – Żelazny Krzyż II klasy, 1918 rok – Żelazny Krzyż I klasy. (Dopiero kilka lat potem okazało się, że w rzeczywistości był to krzyż jeden ale jego późniejszy minister propagandy Goebbels w cudowny sposób go podwoił, podczas przebudowy, poprawionego życiorysu – sagi o bohaterskim Fuhrerze.)
O kapitulacji Niemiec Hitler dowiedział się podczas rekonwalescencji w lazarecie w mieście Pasewalku, gdzie leczył wszawicę, grzybicę i ślepotę. Wówczas postanowił zostać politykiem. Po wyjściu z lazaretu ochotniczo został strażnikiem w obozie jeńców wojennych w mieście Traunstein. Rola klawisza bardzo mu odpowiadała, ze względu na możliwość nieustannego doglądania. Dopilnowując czegoś, w tym wypadku jeńców, rosła jego wrodzona potrzeba czucia się potrzebnym. Nie mając więc innych prócz miłosny dramat problemów, powoli odżywał i gdyby tak znakomita sytuacja jeszcze przez kilka lat się utrzymała, być może na dobre rozwiązałby swoje dylematy. Cóż, kiedy w marcu 1919 roku obóz mu zlikwidowano i cały plan niemal na starcie nie wypalił. Z bagażem problemów miłosno bezrobotnych, powrócił więc do Monachium, w którym w międzyczasie władzę przejął „lud”, powołując do życia Bawarską Republikę Rad. Kapitulację Niemiec wytłumaczył sobie zdradą żydów, socjalistów oraz innych wrogich ugrupowań, nie licząc rzecz jasna zakochanych. Wściekły takim obrotem sprawy zamieszkał w dawnych koszarach, gdzie ponownie znalazł nieświadomych słuchaczy. Słuchacze zadziwiająco szybko się uświadomili i jeszcze szybciej jego piętro kompletnie opustoszało. Hitler jednak powrócił z wojny w stopniu kaprala, więc niższe szarże, na drodze służbowej otrzymały wyraźny rozkaz dokładnego słuchania, więc nie mogły się wykręcić. W opinii wojennych dowódców Hitler nie zasługiwał na większy niż gefrajter, (kapral) awans, ponieważ nie posiadał według nich cech dowódcy i nie był odpowiedzialny, co notabene było powodem dziękczynnych modłów wszystkich chorążych oraz sierżantów, jacy mieszkali później z nim w koszarach.
Na rozwój jego dalszej, właściwej kariery niemały wpływ odniósł wówczas niejaki kapitan Ernst Rohm, członek niewielkiej i nieważnej partii o zagmatwanym oraz pełnym wzajemnych sprzeczności lewicowo prawicowym statucie. Szukając, bowiem człowieka, który werbowałby ludzi nie mających po demobilizacji gdzie się podziać, wkrótce dostrzegł osobnika, który choć zbzikowany, zawsze był gotów przez godzinę lub dwie gadać gromiąc „czerwonych”, nieczułe kobiety oraz sławić armię jakby ta przynajmniej jedną wojnę wygrała. Wynajął więc Hitlera z ramienia partii, jako agenta do spraw specjalnych za dwie marki dziennie. Partia Rohma powierzyła mu zadanie zbierania informacji dla komisji śledczej pułku o uczestnikach rewolucji. Tak oto Hitler został płatnym donosicielem. Ponieważ był najbardziej gorliwym kapusiem jakiego kiedykolwiek spotkał, Rohm niezwłocznie wysłał go na kurs szkolący przyszłych instruktorów politycznych Reichswehry. Na kursie tym, Hitler zdobył specjalizację w zakresie nieuchwytnego podsłuchiwania przez postawienie na sztorc kołnierza prochowca wtulając w niego jednocześnie ucho i ukończył go z wyróżnieniem wracając do Rohma już jako „złote ucho”, jak żartobliwie nazywano prymusów odznaczonych Żelaznymi Uszami. Po kursie tym wysyłano go na zebrania innych partii w celu zbierania dalszych informacji. Hitler po raz pierwszy w życiu doceniony, otrzymał również zezwolenie na wystąpienia publiczne, za co wzruszył się i wykupił u równie wzruszonego sprzedawcy, w pobliskim sklepie papierniczym cały nakład brulionów z zamiarem wypełnienia ich swoimi dramatami przepoczwarzonymi w polityczne przemówienia. Następnie podjął pracę już oficjalnie, jako agent wywiadu Reichswehry.
W tym właśnie charakterze znalazł się 12 września 1919 roku na odbywającym się w salce piwiarni Sterneckerbrau w Monachium zebraniu maleńkiej, powstałej w styczniu 1919 roku Niemieckiej Partii Robotniczej, (Deutsche Arbeiterpartei). Ludzie, których tam spotkał prezentowali poglądy będące pomieszaniem socjalizmu, nacjonalizmu i antysemityzmu, co bardzo odpowiadało Hitlerowi. Porozmawiał z nimi z taką konsekwencją, że przeczekał wszystkich, nawet zaprawionego w słuchaniu dramatów barmana. Kilka dni później, ci co opuścili piwiarnię jako pierwsi, wyspali się, najedli, potem znowu wyspali i do piwiarni powrócili. Widok nadal gadającego Hitlera do personelu z trzeciej, dwukrotnie już zdublowanej zmiany, wywarł na nich tak wielkie wrażenie, że natychmiast otrzymał od nich zaproszenie na następne zebranie odbywające się w piwiarni Atles Rosenbad i już pod wieczór, czyli po przemówieniu został formalnie przyjęty do tej organizacji jako jej członek – bajarz. Ta nędzna, nie licząca nawet stu członków partia, ofiarowała Adolfowi Hitlerowi legitymację z numerem siódmym a ponieważ w żadnej z większych partii nie miał szans na wybicie się, z ochotą dał się im zwerbować dziękując wylewnie przez trzy bite godziny. Dzięki swoim zdolnościom oratorskim szybko stał się niekwestionowanym liderem tej partii, zagadując już w przedbiegach każdego rywala.
W lipcu 1921 roku, kiedy został jej przywódcą, partia liczyła już 3 tysiące członków. Zręcznie zepchnął na dalszy plan jej dawnych przywódców zamęczając ich austriackim akcentem i nawiązał dobre stosunki z bawarskimi kapitalistami jodłując od czasu do czasu im lub ich podstarzałym żonom, (Bechstein – fabrykant fortepianów, Gertruda von Seidlitz – właścicielka niemieckich i fińskich papierni, Hanfstaenglowie – przemysłowcy, Bruckmannowie – wydawcy). W 1923 roku przekształcił swoją niewielką partię prawicową w faszystowską NSDAP a symbolem partii stała się swastyka. Właśnie wtedy poznał go Rudolf Hess i określił jako człowieka, który po poniżającym traktacie wersalskim jest zdolny uratować honor Niemiec. W piwiarni Hofbrauhaus w Monachium Hitler przedstawił słuchaczom swój 25–punktowy program, który przewidywał między innymi; zerwanie traktatu wersalskiego, stworzenie armii narodowej, wydalenie cudzoziemców oraz opiekę socjalną państwa dla obywateli. Program ten szybko zyskał zwolenników, w tym szefa policji miejskiej Pohnera oraz Wilhelma Fricka, późniejszego ministra spraw zagranicznych Rzeszy.
Hitler był znakomitym mówcą od zawsze ale wtedy jeszcze ten talent dodatkowo rozwinął stosując w praktyce mowę ciała. 3 października 1919 roku machając rękami wystąpił w piwiarni Hofbrauhauskeller przed stu ludźmi. Miesiąc później oglądać jego wymachy przyszło sto osiemdziesiąt osób, po dwóch dwieście, w lutym 1920 roku dwa tysiące. Później kilka razy udało mu się wypełnić słuchaczami po brzegi ogromny cyrk Krone, w którym na machanie i chodzenie w kółko miał całą arenę. Bardzo intensywnie rozwijał też przez cały czas swoją partię. Praktycznie, aż do roku 1930 cała energia Hitlera skierowana była na rozwijaniu przedramion, mięśni języka, oraz stworzeniu silnej partii nazistowskiej. Wszystkich urzędników partyjnych mianował wyłącznie osobiście poprzez poklepanie i tylko przed nim oni później odpowiadali. Odpowiadali w znaczeniu luźnym, ponieważ w dosłownym należałoby powiedzieć odsłuchiwali. Głównych kadr dostarczył mu świat przestępczy, a sam trzon partii stanowiła: „wierna idei oraz sprawie”, zupełnie pozbawiona „przesądów”, czyli ludzkich uczuć i wewnętrznych hamulców elita rynsztoka: Julius Streicher, (4 lata więzienia za przestępstwo seksualne na dziewięcioletniej dziewczynce), Hermann Esser, (sutener oraz płatny donosiciel), Dietrich Eckart, (narkoman), Ernst Rohm, (homoseksualista silnie związany ze światem przestępczym), Edmund Heines, (morderca i szantażysta), Robert Ley, (alkoholik), Hermann Goering, (wieloletni narkoman), oraz Martin Bormann, (brutalny morderca).
Hitler w swoich przemówieniach zręcznie odpierał zarzuty tłumacząc gromadzenie tych wyrzutków „opieraniem się na społeczeństwie”, agitację pośród bywalców piwiarni nazywał „werbowaniem proletariatu”, a przyciąganie do partii mętów i pedałów określał „wynoszeniem na piedestał zdrowych mężczyzn o zdrowym duchu”.
Przez cztery lata, aż do próby przewrotu mającej miejsce w 1923 roku w Monachium, (tak zwany pucz piwiarniany) energicznie werbował nowych członków partii. W piwiarni Burgerbraukeller odbywały się doroczne spotkania starych bojowników. Partia Hitlera poprzez wspólne wystąpienia mocno związała się z wiedeńskimi faszystami. To właśnie od nich Hitler „pożyczył” sobie emblemat, (swastykę) oraz nazwę NSDAP, (Niemiecka Narodowosocjalistyczna Partia Robotnicza). Swastykę jeszcze wcześniej, faszyści austriacko sudeccy, również „pożyczyli” sobie od wiedeńskich nacjonalistów, a ci z kolei wertując broszury religijne wypatrzyli ją w jakiejś dotyczącej Buddy. Skąd buddyści ją wzięli do dziś, (2765) nie wiadomo, ponieważ zapytany o odpowiedź jedyny tybetański mnich, który zgodził się udzielić wywiadu, koncentruje się nad odpowiedzią już czterdzieści siedem lat czasu rzeczywistego.
Hitler początkowo współpracował z faszystami, później stopniowo wchłaniał ich poprzez zagadanie. 29 lipca 1921 roku, kiedy został przewodniczącym NSDAP miał 32 lata. Zdobyta w partii pozycja pozwalała mu na realizację odwiecznego marzenia o tym, by wreszcie stać się kimś znaczącym pośród ludzi a następnie im o tym opowiedzieć wraz ze szczegółami. Podsycał nacjonalizm niemiecki, antysemityzm oraz wykorzystywał marazm i zobojętnienie zdemobilizowanej części armii. Zyskał jeszcze większe poparcie Rudolfa Hessa i Josepha Goebbelsa, którzy wstąpili do NSDAP w 1922 roku, w epoce, kiedy Hitler zaostrzył swój program, wzywając wyraźnie do pokonania wszystkich, którzy nie są Niemcami. Po przekształceniu organizacji gimnastycznych w wojskowe jedną z nich, której członkowie nosili brązowe koszule powierzył Rohmowi i nazwał Sturm Abteilung. Członkowie SA pierwotnie mieli ochraniać zebrania partyjne ale marzył głośno aby na wzór Mussoliniego i jego Czarnych Koszul pewnego dnia wkroczyć na jej czele do Berlina.
27 stycznia 1923 roku zorganizował w Monachium wielką partyjną paradę w czasie której wbrew zakazowi komisarza przemaszerował z 5 tysiącami członków bojówek SA. Podczas przygotowań do zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii Hitler nawiązał również kontakty z wpływową grupą wojskowych. Pomimo trudnej sytuacji gospodarczej kraju oraz napięć politycznych, stwarzających podatny grunt dla jego demagogii, władzom bawarskim udało się udaremnić podjętą w dniach 8 – 9 listopada 1923 roku próbę puczu. Podczas dwuminutowej strzelaniny 100–osobowemu oddziałowi policji udało się rozpędzić liczące 3 tysiące osób oddziały faszystów.
Niepowodzenie to jednak nie zniechęciło Hitlera. Wręcz przeciwnie. W rocznicę zwycięstwa Prus nad Francją w bitwie pod Sedanem, 2 września 1923 roku zgromadził w Norymberdze około 100 tysięcy nacjonalistów i spośród nich utworzył nową organizację Deutscher Kampfbund. Jako cel wskazywał obalenie rządu w Berlinie i odrzucenie „słabej polityki”. Po powrocie do Monachium 11 listopada został aresztowany, a następnie wyrokiem sądu skazany za zdradę państwa na 5 lat więzienia, czyli minimalny wyrok. Karę tę odbywał w twierdzy Landsberg. Zachęcony zręcznie przez zniechęconych do dramatów słuchaczy, którzy mimo iż dzielili z nim niedolę, to jednak zamiast słuchać woleli spokojną grę karcianą, dał się im jak dziecko nabrać na pomysł napisania czegoś w rodzaju życiowej mądrości albo wręcz pamiętników przekazujących całemu światu jego problemy oraz ich praktyczne rozwiązania. Tam też Hitler obchodził swoje 35 urodziny i tam napisał dzieło swego życia Mein Kampf, (Moja walka) książkę wypełnioną mglistą, napastliwą, paranoiczną i rasistowską wizją przyszłego, niemieckiego świata w którym to facet odrzuca kobiety. W książce tej sformułował cały program ruchu nazistowskiego oraz usunięty później na wniosek drukarza stosunek do kobiet, sprzedając go oddzielnie jako materiał dla pism kobiecych, które notorycznie cierpiały na brak materiałów w rubrykach „listy od czytelniczek”. Już po tych „kobiecych” poprawkach i wydrukowaniu, Mein Kampf mówiła o zniesieniu postanowień traktatu wersalskiego, rozbiciu ruchu komunistycznego i socjalistycznego oraz o eliminacji podstępnych i złych żydów oraz Słowian zabierających przestrzeń życiową, która miała się należeć Niemcom jako narodowi panów, (Herrenvolk). Doktryna ta zawierała wyraźne koncepcje rasistowskie, nacjonalistyczne oraz lewicowe. Zadedykował ją, również odsiadującemu wyrok, swojemu osobistemu sekretarzowi Rudolfowi Hessowi, który jako jedyny w Landsbergu był gotów o każdej porze przerwać karty, przyjść i go wysłuchać.
20 grudnia 1924 roku, po zaledwie 9 miesiącach na mocy generalnej amnestii Hitler został wypuszczony. Po przedterminowym zwolnieniu z więzienia skupił wokół siebie grono ambitnych i bezwzględnych współpracowników takich jak Goering, Goebbels, Hess i Himmler. Gadając, wykorzystywał czas niemal wyłącznie na rozbudowę terenowych oddziałów partii, która w lutym 1925 roku odzyskała prawo legalnego działania i w wyborach w maju 1928 roku zdobyła 12 miejsc w parlamencie. Dwa lata później NSDAP poparło 6 milionów wyborców, co dało jej 107 mandatów. Za honoraria z wydania Mein Kampf Hitler kupił willę w Obersalzbergu, co uczcił dwudniowym wystąpieniem do miejscowej ludności, okrutnie ich dziesiątkując, co mimo doskonałej pogody wyjaśnił nieustannie padającymi deszczami.
7 kwietnia 1925 roku zrzekł się, (w dosłownym znaczeniu tego określenia) obywatelstwa austriackiego zostając bezpaństwowcem już po półgodzinnym przemówieniu. Wkrótce po tym utworzona została Hitlerjugend, paramilitarna organizacja mająca sprawować połączony ze szkoleniem wojskowym nadzór polityczny nad młodzieżą oraz Sztafety Ochronne, czyli SS. Była to formacja przeciwstawna SA kierowana od 1929 roku przez niejakiego Himmlera, wcześniej właściciela motocykla oraz kurzej fermy noszącego w partii przydomek Himmler–gnój.
W 1926 roku Hitler dzięki niejedzeniu mięsa i przejściu na dietę bogatą w margarynę ostatecznie uporał się z miłosnym dramatem, po czym dopisał drugi tom Mein Kampf już jako jarosz. W październiku 1928 roku poznał 17–letnią pomocnicę fotografa Ewę Braun i ona właśnie stała się jego wymarzoną towarzyszką życia, ponieważ niedosłyszała i gotowa była słuchać nawet jego powtórek z przemówień. Po opublikowaniu swojej książki, przystąpił do działania. Mianował Goebbelsa szefem okręgu Berlin, zmienił dowódcę brunatnych koszul, a Heinricha Himmlera, uczynił swoim zastępcą w SS. W roku 1927 Hitler wykończył ostatecznie głównego rywala na stanowisko szefa partii, niejakiego Gregora Strassera, bawarskiego aptekarza i kierownika gorzelni, szerzej znanego jako autor pracy doktorskiej pt. „Zasięg, znaczenie i hodowla w Niemczech buraka cukrowego”.
Po wyjściu z więzienia Hitlerowi sprawnie udało się odbudować podzieloną podczas jego nieobecności na kilka niewielkich ugrupowań partię, a nawet przyciągnąć do niej rzesze nowych zwolenników. Zabiegał też ponownie o wsparcie pośród przemysłowców Nadrenii i Zagłębia Ruhry.
Początek mającego miejsce w 1929 roku, wielkiego kryzysu gospodarczego otworzył przed nim nowe możliwości. Rozwijane w jego licznych przemówieniach wizje zlikwidowania bezrobocia, poprawy sytuacji gospodarczej kraju a wreszcie przywrócenia Niemcom pozycji światowego mocarstwa zyskiwały coraz większe poparcie wśród szerokich kręgów społeczeństwa w miarę jak roztrzaskiwał jedną mównicę za drugą.
Władza, której nie udało mu się zdobyć na drodze zamachu stanu, stała się jego udziałem w rezultacie demokratycznych wyborów. Przeprowadzone w 1932 roku wybory do parlamentu przyniosły partii nazistowskiej znaczące zwycięstwo. Poparcie kilku drobniejszych partii pozwoliło Hitlerowi na zdobycie niezbędnej do utworzenia rządu większości i objęcia 30 stycznia 1933 roku urzędu Kanclerza Niemiec. Po przejęciu tej funkcji przystąpił do bezwzględnej rozprawy z opozycją, zdobywając w krótkim czasie władzę absolutną.
Zniszczenie w państwie prawa, wprowadzenie zakazu działania wszystkich demokratycznych organizacji i fizyczne prześladowanie ich zwolenników, których mordowano, więziono bądź zmuszano do emigracji, stanowiły początek państwa nazistowskiego. W przeciągu jednego roku dokonano ujednolicenia – wszystkie kluczowe pozycje zostały obsadzone na nowo ale wyłącznie hitlerowcami.
Działalność wszystkich partii politycznych poza jego własną została zakazana a przeciwnicy nowego reżimu byli mordowani lub zamykani w obozach koncentracyjnych, jakie stworzył dla niewygodnych obywateli. Hitler przystąpił też do otwartego łamania postanowień traktatu wersalskiego i rozpoczął wdrażanie programu intensywnych zbrojeń, który stając się kolejnym kołem zamachowym całej niemieckiej gospodarki zapewnił rzeszom bezrobotnych nowe miejsca pracy, przyczyniając się jednocześnie do wzrostu potęgi militarnej Niemiec. Hitler bez przerwy chlubił się swoim frontowym doświadczeniem oraz okazywał jawne wręcz lekceważenie utytułowanym generałom, których obciążał winą za klęskę Niemiec w I Wojnie Światowej powołując na ich miejsce swoich własnych faworytów.
W tym czasie Niemcy przeżywały poważny kryzys gospodarczy wywołany krachem na giełdzie Nowojorskiej, jaki miał miejsce 29 października 1929 roku. Prócz tego Niemcy były po I Wojnie Światowej podzielone na siedemnaście niewielkich państewek. A ponadto w wyniku traktatu wersalskiego nałożono na nie olbrzymie, sięgające pięciu milionów marek wojenne odszkodowania. Nękane gigantycznym bezrobociem oraz olbrzymią inflacją społeczeństwo niemieckie popadało w coraz większą nędzę. Coraz częściej zdarzały się wypadki samobójstw dla ratowania najbliższych przed nieuchronnym głodem.
Przeprowadzone w takich właśnie warunkach wybory dały nazistom przewagę w nie przygotowanym na jego przemówienia parlamencie. Kiedy wezwano pośpiesznie stolarzy i uporano się z uszkodzonymi blatami, na demokrację było już za późno. Hitler parlamentarzystów po prostu zagadał obejmując w posiadanie Niemcy. Nie było to co prawda państwo kwitnące, lecz jednak państwo. Niemcy po zakończonej klęską I Wojnie Światowej utraciły terytoria, które należały do nich w 1914 roku a kraje zwycięskie nie chcąc dopuścić do ich ponownego militarnego wzmocnienia, zdecydowały o ograniczeniu im sił zbrojnych. Wielu Niemców buntowało się przeciwko takiemu stanowi rzeczy a najgłośniej Hitler, ponieważ jako obywatel z kilkunastodniowym stażem, posiadał motywację i energię godną neofity.
Kiedy Hitler doszedł do władzy absolutnej, coraz większą popularność zyskiwały głoszone przez niego hasła o konieczności odzyskania dawnych ziem, przejęcia obszarów państw sąsiednich, na których żyła ludność niemieckojęzyczna, czyli od razu gotowa do słuchania przemówień nie poprzekręcanych przez tłumaczy, oraz odbudowy potęgi wojskowej Niemiec, aby mieć silne środki do zdobywania kolejnych odbiorców.
W listopadzie 1931 roku jego kochanka i jednocześnie siostrzenica Geli Raubal popełniła samobójstwo, zorganizowane przez zawsze pomocnego Himmlera. Popełniła je, (według wersji ówczesnej) ze względu na nieodwzajemnioną miłość Wodza czyli, (wersja prawdziwa) zaszła w ciążę z przygodnie poznanym malarzem, notabene żydem. To ostatnie przebrało, i tak zawsze elastyczny kredyt zaufania, jakiego jej Adolf wspaniałomyślnie w przeszłości udzielał. Hitler dobrodusznie wybaczał jej liczne wcześniejsze zdrady lub nie wybaczał tylko wszczynał awantury i zamykał ją w areszcie domowym. Postępował w zależności od nastroju, sytuacji społecznej konkurenta oraz tego co konkurent miał do powiedzenia. Geli nie mogąc opuszczać domu według własnego uznania i tym samym swobodnie zaspokoić popędów jakie jej młode ciało nieustannie zżerały, żyła w ustawicznym strachu, atmosferze podejrzeń, słowem przeżywała gehennę nieustannie szpiegowana przez zazdrosnego Hitlera lub kogoś z jego ludzi. Poza tym perwersyjne przejawy miłości wuja, rujnowały w błyskawicznym tempie jej młodą psychikę. Aby więc w zamknięciu nie oszaleć Geli rozsmakowała się w turbulentnych romansach ze służbą domową, aby chociaż w ten sposób dać upust rozpierającym ją uczuciom. Uczuciami, miłością oraz naturalnie ciałem, obdarzała sprawiedliwie niemal cały świat, który jej udostępniono. Niemal, ponieważ Hitler był jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Najbardziej znaną historią z tamtego okresu była awantura jaka wybuchła, kiedy Hitler zastał Emila Maurice’a podczas kopulacji z Geli. Dwie rzeczy mocno go wówczas zdenerwowały, to że Geli szczytowała oraz fakt, że Emil był jego szoferem. To drugie jakoś strawił, lecz nie mógł wybaczyć mu tego pierwszego. Zabronił mu więc zatem wchodzenia do swojego domu. Ponieważ jednak Geli nadal była chętna, Emil nie dał się tak łatwo spławić i odparł, że jeśli Hitler go wyrzuci pójdzie do Frankfurter Zeitung i opowie wszystko co wie o nim. Ponieważ wiedział dużo, prócz Geli otrzymał jeszcze dwadzieścia tysięcy marek, które przeznaczył na zakup wymarzonego sklepu zegarmistrzowskiego oraz oficjalny awans z szofera na osobistego ochroniarza, czyli człowieka od mokrej roboty. Od tamtej pory Hitler zawsze zabierał go ze sobą jeśli chodziło o jakieś brudne sprawy.
Wracając do samobójstwa, Hitler nauczony dotychczasowymi doświadczeniami na niezgłębionych tak do końca sprawach uczuciowych, w swojej dobroduszności zapewne wybaczyłby malarzowi z Linzu zbezczeszczenie „jego” Geli mając nadzieję, że w końcu szczęście uśmiechnie się również i do niego. Zapewne wybaczyłby również fakt, że nie tylko kochankiem lecz malarzem tamten był lepszym od niego. Chęć wyjścia za mąż za malarza, również była do wybaczenia lub przynajmniej do przedyskutowania. Nie mógł jednak wybaczyć malarzowi jego narodowości oraz faktu, że w piecyku Geli rośnie w połowie koszerne ciasto nie będące tak w zasadzie jego. Urodziny tego dziecka byłyby dniem w którym dobiegłaby końca jego polityczna kariera i stąd wzięły się bezpośrednie powody, dla których Geli Raubal „musiała się śmiertelnie targnąć”.
W 1932 roku Hitler przegrał wybory prezydenckie z ówczesnym prezydentem Hindenburgiem ale otrzymał w nich aż 40 procent głosów. Zapowiadając „dynamiczne zmiany” i „odejście od szarej rzeczywistości” bardzo szybko zdobył jeszcze szersze poparcie społeczeństwa. Już w 1932 roku partia Hitlera posiadała najwięcej reprezentantów w niemieckim parlamencie. Jednak wraz z postępującą poprawą sytuacji gospodarczej naziści zaczęli tracić głosy wyborców, ponieważ obywatele woleli dobrobyt niż puste gadanie. 31 lipca 1932 roku NSDAP zwyciężyła w wyborach do Reichstagu, jednak z braku absolutnej większości zapewniającej realne dojście do władzy Adolf Hitler ponownie zmuszony został do zabiegania o względy kapitalistów. Przed zupełnym bankructwem uratowali wówczas jego partię tacy ludzie jak: Eduard Hilgard, (towarzystwo ubezpieczeniowe Alianz), Friedrich Reinhart, (Commerz und Privatbank AG), Emil Mayer, (Dresdner Bank), Henri Deterling, (dyrektor generalny koncernu paliwowego Royal–Dutch–Schell), Kurt von Schroeder, (współwłaściciel banku Steina), Schacht, Krupp, (bardziej znany jako król armat właściciel połowy Niemiec), Voegler, (prezes koncernu Bosch), Funk, oraz Schnitzler, (dyrektor IG Farbenindustrie, później BASF).
Mając jeszcze świeżo w pamięci nieudany pucz monachijski Hitler nie chciał zdecydować się na kolejną, siłową próbę przejęcia władzy. Kiedy w 1933 roku partia konserwatystów uległa rozłamowi Kanclerz Franz von Papen zaproponował nazistom utworzenie koalicji. W ten właśnie sposób 30 stycznia 1933 roku otrzymując mandat z rąk prezydenta Republiki Weimarskiej Paula von Hindenburga Adolf Hitler, jako przywódca najsilniejszej partii w Niemczech urzeczywistnił swoje marzenia zostając kanclerzem Niemiec. Zaledwie w przededniu nominacji uzyskał formalnie obywatelstwo Niemieckie, ponieważ wcześniej był wspomnianym bezpaństwowcem. Bardzo szybko przy współpracy Hessa, Himmlera i Goeringa stworzył sprawny aparat terroru i prześladowania przeciwników.
Z początków XX wieku pochodziły mity o aryjskiej krwi, jako podstawie przezwyciężającej wszystkie klasowe przeciwieństwa niemieckiej wspólnoty narodowej (Volksgemeinschaft), roszczenie do odgrywania wiodącej roli politycznej w świecie, żądanie przestrzeni życiowej na wschodzie oraz eliminacji żydów. Nawet już wcześniej paragraf aryjski, wykluczający żydów z członkostwa, funkcjonował w licznych niemieckich zrzeszeniach i stowarzyszeniach. Już w okresie drugiego cesarstwa oraz Republiki Weimarskiej prekursorzy rasizmu głosili tezy, które po roku 1933 stały się doktryną państwową i prawem. Hitler utrafił swoimi hasłami w ducha czasu i znalazł posłuch społeczeństwa. Uzyskał też wsparcie dużej części rządzących elit w państwie i gospodarce, które były zdania, że jego panowanie w najlepszy sposób zagwarantuje im realizację własnych interesów, spychając jednocześnie na bok „czerwonych”. Hitler bardzo łatwo zlikwidował demokrację, ponieważ było zbyt mało ludzi gotowych do jej obrony oraz odpornych na jego przemówienia.
W marcu 1933 roku a więc dwa miesiące po przejęciu pełni władzy, utworzył pierwszy obóz koncentracyjny w Dachau, ponieważ więzienia były już przepełnione.
W 1933 roku, (będący jego prowokacją) pożar Reichstagu dał mu pretekst do delegalizacji Komunistycznej Partii Niemiec dzięki czemu zyskał, przy wykorzystaniu słabości niemieckiej konstytucji, dającej kanclerzowi moc wydawania dekretów, władzę dyktatorską. Nazizm stał się tym samym oficjalną doktryną III Rzeszy. W tym samym roku Hitler utworzył ministerstwo propagandy obsadzając na jego czele Josepha Goebbelsa, autora kilku nie wydanych książek oraz nie sfilmowanego scenariusza filmowego.
Po roku 1933 obok dzielnicy rządowej utworzył kwaterę główną aparatu terroru państwa i partii. W 1936 roku połączył je również organizacyjnie. Himmler urzędował od tego momentu jako Reichsfuhrer SS i Szef Policji Niemieckiej. W 1939 roku zespolił Gestapo i policję kryminalną ze Służbą Bezpieczeństwa SS – SD w ramach Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, (RSHA). Głównym zadaniem Urzędu był nadzór nad przeciwnikami politycznymi. SD pod kierownictwem wyrzuconego z marynarki Reinharda Heydricha, wykorzystując spis ludności, założyła kartoteki żydów i żydowskich organizacji w kraju i za granicą. W 1936 roku SD naciskała na Aryzację oraz przymusową emigrację. Referat żydowski Gestapo opracowywał wraz z właściwymi resortami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Sprawiedliwości projekty wrogich żydom ustaw.
Kiedy po śmierci w 1934 roku Hindenburga, Hitler został prezydentem natychmiast ogłosił się jedynym Wodzem, (Fuhrerem) III Rzeszy. Zleceniami państwowymi odwdzięczył się wcześniejszym sponsorom: Friedrich Krupp AG, IG Farbenindustrie, Mannesmann AG, Siemens, AEG, oraz Rochling. Pierwszymi decyzjami nowego kanclerza były remilitaryzacja Niemiec oraz przywrócenie poboru wojskowego. W czasie sierpniowego kongresu NSDAP Hitler wprowadził w życie Ustawy Norymberskie. Zawierały one między innymi całkowity zakaz zawierania małżeństw pomiędzy Aryjczykami i nie–Aryjczykami, a już 21 grudnia 1935 roku wszyscy lekarze pochodzenia żydowskiego musieli odejść z pracy w niemieckich szpitalach. Wkrótce po tym wyodrębnił dowodzone przez Himmlera oddziały SS, czyniąc z nich swoją osobistą gwardię oraz przyznał im większą niż poprzednio samodzielność.
Kiedy stwierdził, że w kierownictwie SA pojawiła się opozycja bez dalszej zwłoki się z nią rozprawił. Poprzez aresztowania i rozstrzelania usunął z partii kilkuset nazistów likwidując w sposób ostateczny oddziały SA. Okazja ku temu nadarzyła się kiedy młody żyd którego rodzice zostali deportowani, zastrzelił w Paryżu niemieckiego dyplomatę. Zabójstwo to posłużyło 30 czerwca 1934 roku jako doskonały pretekst do pogromu, (noc długich noży) jakiego w Niemczech nigdy nie było. Rzekomo spontaniczny protest był akcją zorganizowaną przez NSDAP. Członkowie SA i SS w ubraniach cywilnych podpalali w całych Niemczech synagogi i niszczyli sklepy należące do żydów. Bezkarnie dopuszczano się tej nocy podpaleń, zniszczeń, grabieży, gwałtów, mordów oraz zabójstw. Policja przyglądała się temu bezczynnie i nie interweniowała. Straż pożarna wkraczała jedynie tam, gdzie ogień zagrażał innym budynkom. Tej nocy Hitler zamordował również samego „starego towarzysza” Ernsta Rohma, jedynego człowieka, z którym był na ty. Rohm był również jedynym, który zawsze traktował Hitlera z góry, doskonale pamiętając, że w dowództwie VII okręgu Reichswehry Adolf Hitler był w oddziale politycznym jego płatnym konfidentem. To była także dla Hitlera pracowita noc, ponieważ nie ograniczył się jedynie do wydawania rozkazów. Do Rohma bowiem wybrał się wraz z ochroniarzem Emilem Mauricem osobiście. Śpiącego w hotelu Hauselbauer Rohma, Emil natychmiast zastrzelił, a zaraz po tym jeszcze ciepłemu nieboszczykowi Hitler oznajmił, że jest aresztowany. Potem obydwaj udali się zastrzelić szefa SA, Edmunda Heinesa, któremu notabene niemal udało się zastrzelić Hitlera. Niemal ponieważ Emil był szybszy i zastrzelił go pierwszy ratując Hitlerowi życie. Hitler Emilowi natychmiast się odwdzięczył strzelając do niego z już odblokowanej broni, kiedy tamten napełniał opróżniony na Heinesa magazynek. Zawsze uwielbiał załatwiać za jednym razem dwie sprawy, więc był podwójnie zadowolony, że ma problem Emila i Geli od razu z głowy.
Zaraz po tej krwawej czystce stworzył i wprowadził w życie państwo faszystowskie oparte na systemie kastowym. Dawną SA zastąpił Sicherheitdienst (SD), którą powierzył odpowiedzialnemu również za obozy koncentracyjne Himmlerowi.
W marcu 1935 roku odrzucił „dyktat wersalski” jak określał traktat wersalski oraz wszelkie ograniczenia rozwoju niemieckich sił zbrojnych. W tym też celu poprzez wprowadzenie powszechnej służby wojskowej przemianował stutysięczną Reichswehrę na nowy, znacznie liczniejszy Wehrmacht.
5 sierpnia 1935 roku na kongresie NSDAP w Norymberdze zapewnił zebranych, że w przyszłym tysiącleciu życie Niemców ulegnie zasadniczej przemianie. Entuzjastycznie przyjęty przez naród, triumfował przemawiając bez końca. Plebiscyt wykazał, że opowiedziało się za nim aż 38 milionów Niemców, a więc zaledwie 9 procent obywateli odrzucało jego propozycje lub one im zwisały.
Jeszcze w 1936 roku powierzył zadanie stworzenia tajnej policji Gestapo, niejakiemu Reinchardowi Heydrichowi, a już w październiku tego roku Himmler otworzył masową produkcję czystych rasowo Niemców. W tym samym roku Hitler rozpoczął realizację swojego zamysłu przywrócenia Niemcom mocarstwowej pozycji wkraczając do Nadrenii. Dwa lata później przyłączył do Niemiec swoją starą ojczyznę Austrię oraz stanowiące część Czechosłowacji Sudety. Wkrótce rozciągnął swoją władzę ponad całymi Czechami.
Antysemityzm dostarczył Niemcom demagogicznej formuły, która według nich wyjaśniała wszelkie społeczne niedomagania. Po tym okresie gdy już raz udało się przeforsować tezę, że wszystkiemu winni są żydzi wystarczyło napiętnować jako żydowskie niepożądane idee, osoby lub instytucje aby usprawiedliwić wszelkie podejmowane przeciwko nim kroki.
Gdy nikt nie mógł już publicznie sprzeciwić się Hitlerowi z rozmachem rozpoczął realizację dwóch celów, ku którym zmierzał od początku: walki przeciwko żydom i przygotowaniom do zaborczej wojny. W celu psychologicznego przygotowania niemieckiej opinii publicznej do norymberskich ustaw rasowych odbywały się nie tylko manifestacje. Aby wywołać wrażenie, iż to sama ludność żąda interwencji, NSDAP organizowała kampanie polegające na ustawianiu w całych Niemczech tablic z zakazami ostrzegającymi żydów przed wstępem do restauracji, parków oraz całych miejscowości. Wprowadzona 15 września 1935 roku ustawa o obywatelach Rzeszy, (Reichsburgergesetz) uczyniła z żydów obywateli drugiej kategorii. Żydowska rodzina zatrudniająca chrześcijańską pomoc domową mogła być sądzona z powodu hańby rasowej podobnie jak para, która obeszła ustawę poprzez zawarcie małżeństwa za granicą. Nowe ustawy tworzyły podstawę dla niezliczonych dalszych rozporządzeń, zarządzeń i posunięć, poprzez które państwo nazistowskie krok po kroku pozbawiało niemieckich żydów wszelkich praw oraz odbierało im podstawy egzystencji. Ustawa o ochronie krwi wywołała falę masowego donosicielstwa. Po odbyciu ustawowej kary, skazanych automatycznie wywożono do obozów koncentracyjnych. Norymberskie ustawy rasowe, które negowały ideę europejskiego oświecenia o równości wszystkich obywateli wobec prawa były jedynie wstępem do właściwych prześladowań. Swój pierwszy punkt kulminacyjny tendencja ta osiągnęła 9 listopada 1938 roku podczas Nocy Kryształowej, (Reichskristallnacht) czyli zorganizowanego przez państwo pogromu połączonego z konfiskatą własności żydowskiej po którym ponownie nastąpiła fala zaostrzonych antyżydowskich ustaw. Ludzie których rodziny od wieków były osiedlone w Niemczech, opuszczali swoją ojczyznę lecz bezpieczni byli jedynie ci którzy uciekli za ocean.
12 listopada 1938 roku pod przewodnictwem Goeringa w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy odbyło się posiedzenie na którym podjęto decyzję o dalszych posunięciach, których celem było pozbawienie praw żydów niemieckich. Postanowiono forsować wywłaszczanie, przymusową sprzedaż i emigrację. Za szkody, które im wyrządzono ofiary pogromu musiały same płacić.
Podczas tej Aryzacji szczególnie wzbogacili się Fritz Riess, wcześniej drobny przemysłowiec, za współpracę z Gestapo dochrapał się stołka w zarządzie Commerzbanku, Hans Joachim Goetz, esesman, który później został członkiem rady nadzorczej Deutsche Banku i prezesem firmy papierniczej Pelikan, Eberhard Taubert, esesman i kierownik NSDAP w Berlinie, później został dyrektorem prezesa Riessa oraz Rudolf Thiessmann, działacz NSDAP, późniejszy kierownik koncernu Horten.
W dniu 30 stycznia 1939 roku Hitler groził w Reichstagu na wypadek wojny, (którą jeszcze w tym samym roku miał rozpocząć) zniszczeniem żydowskiej rasy w Europie.
Jeszcze w lipcu 1936 roku wysłano do obozu koncentracyjnego w Dachau pierwszą grupę Cyganów a w sierpniu tego roku rozpoczęły się masowe aresztowania świadków Jehowy. Do chwili wybuchu w 1939 roku wojny działały obozy koncentracyjne również w Sachsenchausen, Buchenwaldzie, Flossenburgu, Ravensbruck i Mauthausen. Hitler konsekwentnie zmierzał do realizacji swojego głównego celu czyli stworzenia przestrzeni życiowej dla narodu niemieckiego, który w jego planach miał liczyć w przyszłości 250 milionów obywateli.
Zachodnie mocarstwa przyglądały się bezczynnie rozszerzaniu się potęgi Niemiec. Dopiero atak Niemiec na Polskę 1 września 1939 roku skłonił Francję i Wielką Brytanię do wypowiedzenia Niemcom wojny. Niestety tylko wypowiedzenia. Opieszałe i nie podjęte w rzeczywistości żadne inne działania aliantów nie mogły bowiem powstrzymać Hitlera. Następne ataki na kraje zachodnie również zakończyły się pełnym sukcesem hitlerowskich Niemiec.
W 1940 roku Niemcy podbiły Danię, Norwegię, Belgię, Holandię oraz Francję, a w następnym roku zajęły Grecję oraz Jugosławię. Po kilkuletnich, najintensywniejszych zmaganiach, w 1946 roku III Rzesza podbiła całą Amerykę Południową, Europę oraz północną część Afryki. Po sześciomiesięcznej wiosennej ofensywie w 1947, również USA i Kanadę. Do roku 1950 władza Hitlera obejmowała w pełni trzy główne kontynenty, (Europa, obie Ameryki i Afryka) oraz dużą cześć Azji.
Zaraz po II Wojnie Światowej nastąpiły niczym już nieskrępowane rządy imperialnych hitlerowskich Niemiec nad całym cywilizowanym światem. W okresie swoich rządów naziści wymordowali blisko dziewięćset milionów ludzi i niepodzielnie władali Ziemią przez niemal osiemdziesiąt następnych lat. Ich panowanie trwało nieprzerwanie aż do 2022 roku, kiedy to nastąpił M–day oraz późniejsze konflikty i upadek III Rzeszy…”

* * *

Tuż po czternastej byli już tak głęboko w mieście jak się tylko dało ze względu na panujące w centrum zgromadzenie. Przedzierając się przez tłum zmierzali z najwyższym trudem do dzielnicy w której Nazwisko miał wynajmować mieszkanie. Im bliżej jednak byli celu, tym wolniejsza stawała się ich wędrówka. Coraz częściej musieli się przepychać walcząc łokciami o każdy metr zbliżający ich do celu.
Mając całkiem świeżo w pamięci instrukcje Uli dotyczące zawierania znajomości z czasowcami nie reagowali na zaczepki tych, których przedzierając się potrącali walizkami. Tych którzy potrącali ich, również ignorowali, chociaż ręce same rwały im się do napierających zewsząd rozhisteryzowanych gardeł. Kiedy w pewnej chwili wydostali się z kolejnej zatłoczonej ulicy z zaskoczeniem stwierdzili że zamiast skrzyżowania i kolejnej, znajdują się na obszernym placu. Ten jednak był szczelnie wypełniony do ostatniego metra i na domiar złego, znajdujący się na nim tłum był gęsty jak jeszcze nigdy dotąd. Sytuacja zrobiła się beznadziejna kiedy nie było już miejsca na branie rozmachów i walenie okutymi walizkami zatoru po kolanach, co wcześniej jakże doskonale się sprawdzało.
– Mam dość stary. – westchnął Bert.
Postawił walizkę i masując obolałe dłonie, opuścił ramiona z wymownym wyrazem rezygnacji.
– No to ugrzęźliśmy w tym gnoju. – przyznał mu rację Ned kiedy wdrapał się na swoją walizkę i rozejrzał wokoło. – Nie widzę wyjścia. – potwierdził zeskakując z niej i dodał. – Nie ma co, utknęliśmy już na zawsze.
– Co zatem?
– W życiu się stąd nie wydostaniemy. Na pewno nie z tym cholerstwem. – Ned jęknął potrząsając wymownie znienawidzoną walizą. – Wygląda, że musimy po prostu przeczekać ten bałagan.
– Czas to jedyna rzecz której za wiele nie mamy. – zauważył Bert kwaśno.
– Wiem o tym. Jeśli chcesz możemy nie tkwić tu bezczynnie tylko raz dwa przedzierać się z powrotem. Za jakieś dwie, trzy godziny wydostaniemy się i będziemy dokładnie tam gdzie byliśmy… dwie, trzy godziny temu. Więc…?
– Dobra, już rozumiem. Co proponujesz?
– Myślę, że skoro już tu tkwimy, posłuchajmy co nasz człowiek ma do powiedzenia. – odparł Ned wskazując oczami gestykulującą sylwetkę walącego raz po raz w mównicę Hitlera.
– Żartujesz?
– Skąd?
– Dopiero co załadowałem w makówkę jego życiorys. A to co on gada i tak na pewno mamy w poradnikach.
– Pewnie tak.
– Wolałbym więc raczej gdzieś usiąść i zapalić zamiast słuchać powtórek.
– Ja też. – zgodził się Ned wtykając w usta papierosa.
Rozejrzeli się za jakimś spokojniejszym miejscem ale nagle tłum się ścisnął z owacyjnym rykiem, wytrącając bezpowrotnie Nedowi zapałki z dłoni.
Na chwilę stracili się z pola widzenia kiedy zgromadzenie zafalowało.
– Żyjesz? – rzucił Ned do partnera, kiedy miażdżąca fala przeminęła.
– Jeszcze.
– No więc dobra… – stwierdził pakując jakiemuś człowiekowi palec w oko.
A kiedy tuż przy nich zrobiło się luźniej dodał podpierając nogę o walizkę.
– A więc trudno, posłuchajmy go skoro i tak nie ma innej możliwości.
Bert pokiwał z rezygnacją głową, po czym dla nabrania lepszej perspektywy też wdrapał się na swoją walizkę. Kiedy znalazł się już na górze zapytał Neda.
– Masz jakiś ogień?
Ktoś stojący za nimi głośno zaklął, kiedy wzajemnie się wspierając stanęli już na bagażach.
Ned przelotnie obejrzał się za siebie i ujrzał jakiegoś jegomościa zdenerwowanego tym, że mu wszystko zasłonili.
– Wsiąkły mi zapałki gdzieś w tym gnoju. – stwierdził ignorując jegomościa oraz jego problem.
– To niedobrze, bo i moje upadły i leżą gdzieś tam stratowane… – z żalem wyjaśnił mu partner wskazując kciukiem za siebie.
– Ciiiiii. – dobiegło z boku.
Odwrócili głowy i ujrzeli w najwyższym stopniu podenerwowanego jegomościa, tego samego który jeszcze do niedawna znajdował się za nimi. Obecnie przemieścił się obok nich a jego mina świadczyła że najwyraźniej nie w smak mu było jakiekolwiek zakłócanie przemówienia Wodza.
Widząc jego hipnotyczne spojrzenie, podniecone policzki i wyraz najwyższej koncentracji na twarzy, zgodnie wzruszyli ramionami i obrzucili wzrokiem przemawiającego Hitlera.
Tak jak się spodziewali miotał się przy mównicy nie przygotowanej do jego mowy ciała.
W ich ustach nadal tkwiły nie zapalone papierosy.
– Masz pan ogień? – rzucił Ned do jegomościa.
Jegomość był chyba w transie gdyż nie zareagował.
Ned powrócił spojrzeniem do Hitlera. Ten z podniesionym ponad głowę palcem wskazującym perorował:
– …żyd nigdy nie stworzył żadnej cywilizacji, choć zniszczył ich setki. – ryczał. – Nie posiada żadnej własnej twórczości na którą mógłby wskazać. Wszystko ukradł. Obcy ludzie, obcy robotnicy, zbudowali mu jego świątynie. To obcy stworzyli i pracowali dla niego i to obcy przelewali za niego krew. Żyd nie ma żadnej własnej sztuki. Kawałek po kawałku, ukradł ją innym narodom. Nie potrafi nawet zachować tych cennych rzeczy, które inni stworzyli…
– Że też mu tak łapki nie omdleją! – westchnął Bert. – Co robisz Ned? – zapytał widząc że ten się sam do siebie śmieje.
– Bawię się zoomem. Wiesz że to gówno pozwala robić nakładki obrazów?
– Nakładki?
– Sam zobacz. – odparł Ned i po wykadrowaniu klipu przesłał go do paznokcia.
Bert skoncentrował się na jego kciuku i obejrzał nagranie.
– Dobre kurwa. – prychnął kiedy zobaczył na uniesionym palcu gadającego o żydach Hitlera obracającą się piłkę do koszykówki.
– Ciii, do licha!
– Szzzz. – natychmiast rozległo się kilkanaście kolejnych szeptów oraz syknięć wokoło.
Bert uspokoił najbliższego jegomościa promiennym uśmiechem i ignorując jego mściwe spojrzenie powrócił do obserwacji Hitlera też mając nadzieję na niezgorszego klipa.
Już po chwili, kiedy Hitler zaczął zwyczajowo oburącz gestykulować szybko go zmontował i zademonstrował Nedowi.
Ten obejrzał fotomontaż na którym Hitler zręcznie żongluje siedmioma talerzykami i zwięźle skomentował:
– To było cudowne, stary.
– Spójrz tylko teraz, jak się już nasz człowiek pięknie rozgrzał. – westchnął Ned szturchając Berta łokciem.
– To prawda.
– Rany, poczerwieniał jak wygłodniały sępek nad padliną. Stary, jeszcze chwila i łeb mu rozerwie.
– Rzeczywiście. – przyznał Bert. – Z tą spoconą grzywką, która mu stanęła sztorcem naprawdę przypomina sępa. Zauważyłeś jaką gość ma fantastyczną mowę ciała? – mruknął po chwili na widok Hitlera walącego w mównicę już obiema pięściami.
– Ciiiiii!
– Psssst!
– Cicho tam!
Już ze wszystkich stron jednocześnie rozległy się pełne gniewu syknięcia i niecierpliwe ponaglenia mające sprawić aby Bert zamknął się natychmiast.
Ten z dezaprobatą wymienił zdziwione spojrzenia z Nedem, po czym wzruszył ramionami i powrócił do obserwacji już krzyczącego Hitlera.
– … w ostatecznym rozrachunku tylko Aryjczycy potrafią tworzyć państwa i prowadzić je ku przyszłej wielkości. Żyd tego wszystkiego nie potrafi, a skoro nie potrafi, to wszystkie jego rewolucje muszą być międzynarodowe. Muszą się rozpowszechniać jak zaraza. Żyd zdążył już zniszczyć Rosję, teraz przyszła kolej na Niemcy i wiedziony tym swoim zawistnym instynktom destrukcji, stara się skruszyć narodowego ducha Niemców i skalać ich krew…
– Co to jest narodowy duch? – zapytał Ned jegomościa z boku.
– Jak to? – ten z zaskoczenia aż wyjął ręce z prochowca.
– No wiesz, nie jesteśmy stąd. Rano przyjechaliśmy z tych no… już mam, Sudetów…
– Ach, z Sudetów?
– Właśnie. Wiesz, stoimy tak sobie z kumplem już dobry kwadrans i słuchamy cudaka ale tak prawdę mówiąc chwilami zupełnie nie wiem o czym on gada…
– To ważne rzeczy. Radzę bardziej się wsłuchać. – ten odparł. – W tym przemówieniu jest głęboki sens…
– Masz pan ogień? – Ned na chwilkę zmienił temat.
– Nie.
– Być może jest tu jakiś sens. Być może. Tylko wiesz pan, gdyby cudak aż tak nie wrzeszczał… – westchnął Ned.
– No i co jakiś czas przynajmniej, ocierał ślinę… – uzupełnił Bert.
– Brać ich! – rozkazał człowiek w prochowcu.
Tłum wokół nich momentalnie zgęstniał i kilkanaście par rąk jednocześnie pochwyciły ich ze wszystkich stron uniemożliwiając jakąkolwiek reakcję. W jednej chwili ludzie wokół nich w cudowny sposób rozstąpili się znikając po bokach.
Nie zdążyli jednak zapytać człowieka w prochowcu jak on to zrobił, ponieważ nad wyraz sprawnie zawleczono ich w jakąś boczną uliczkę, a zaraz potem kilkanaście par silnych rąk wciągnęło ich do wnętrza mrocznej bramy. Tam, pod przywództwem człowieka w prochowcu rozpoczęło się jeszcze sprawniejsze katowanie.
Pod gradem uderzeń zadanych kastetami, pałkami oraz podkutymi buciorami w ciągu kilkunastu sekund stracili przytomność.
Walizki stracili jeszcze na placu.

* * *

Utracone w bramie zmysły odzyskali dwie godziny później, kiedy ktoś wylał im na twarze wiadro lodowatej i cuchnącej wody.
Z okrzykiem obrzydzenia, później również bólu który wrócił wraz z zmysłami, z trudem zmusili swoje obolałe ciała do powstania. Wszystko ich bolało. W poszukiwaniu jakiejś ulgi usiedli opierając się o surową, ceglaną ścianę pomieszczenia w jakim się znajdowali.
Zanim zdążyli się do końca oprzeć coś ich uniosło w górę i przetransportowało na dwa stołki znajdujące się za olbrzymim biurkiem. Na stołkach nie było oparć ale zanim jeszcze to stwierdzili coś ich nagle oślepiło.
– Witam serdecznie, meine Herren. – ktoś rzucił ciepło w ich stronę spoza oślepiającego kręgu jaki promieniował ze skierowanej w ich stronę lampki biurowej.
– Kto tam, hę? Gdzie my jesteśmy? Ech. – jęknął Ned opuchniętym językiem wymacując wyrwę po wybitych zębach. – Oż kurwa! – dodał z cicha kiedy nie doliczył się z przodu czterech.
– Otto? – ponownie odezwał się głos zza lampki, po czym jakiś kwadratowy człowiek natychmiast wynurzył się zza jasnego kręgu i podnosząc ich z ziemi lekko niczym szczenięta razem ze stołkami, zaniósł jeszcze bliżej biurka.
Tam posadził ich bezpośrednio przed oślepiającą żarówką, aż poczuli bijące od niej ciepło na twarzach. Sam bezgłośnie zajął pozycję tuż za ich plecami. Ponieważ nie zrobił tego delikatnie Ned usiłował zaprotestować.
– Mógłbyś uważać ty klocu cholerny…
Silne uderzenie jakie natychmiast spadło na jego kark sprawiło, że nie skończył zdania.
– Będziecie mówić tylko kiedy ja pozwolę. – ponownie odezwał się głos spoza lampki. – To zasada numer jeden.
– Kim ty jesteś do cholery? Nie wiem nawet o co… auuuć! – Ned ponownie jęknął pod wpływem mocnego uderzenia.
– Pozwolicie że to ja będę zadawał pytania, zgoda?
Skinęli posłusznie głowami bezbłędnie odgadując iż to jest zasada numer dwa.
– Nazywam się obersturmbanfuhrer Klaus Lepke i mam przyjemność gościć was w monachijskiej siedzibie gestapo. – beznamiętnym tonem wyjaśnił im rozmówca.
Susząc twarze przed żarówką, skinęli głowami podczas kiedy ten najwyraźniej zadowolony z ich milczenia ciągnął dalej.
– Myślę że na początek porozmawiamy sobie o tym co wydarzyło się podczas przemówienia Wodza.
– Czy…?
– Czyli ja będę pytał a wy będziecie odpowiadać, zgoda? – głos podniósł się dobiegając tym razem nieco sponad świetlistego kręgu, z czego wywnioskowali że rozmówca wstał.
I w rzeczy samej już po chwili tuż obok wyłoniła się postać mówiącego.
Natychmiast rozpoznali w niej człowieka w prochowcu. Ten zbliżył swą twarz na kilka centymetrów do twarzy Berta i zapytał.
– Co miałeś na myśli mówiąc o oślinionej gębie?
– To nie było wcale tak, panie ober… – Bert przerwał kiedy na znak Lepkego, Otto wykręcił mu rękę i otwierając bez trudu zaciśniętą pięść przycisnął mu rozcapierzoną dłoń do blatu.
– Och, ty skuuuur…! – ryknął kiedy olbrzym najpierw odgiął jego mały palec z trzaskiem łamiąc go a następnie obracając dookoła oderwał go jak udko od kurczaka.
– Nie wolno mnie w żadnym razie zwodzić ani okłamywać. – wyjaśnił Lepke.
Bert patrzał z otępieniem na sączącą się krew z kikuta. Jego palec leżał już w popielniczce a Otto sprawnie owijał mu rękę jakimś przylepcem tamując w kilka chwil krwawienie.
– No już dobrze. – niecierpliwym tonem Lepke uciął jego pielęgniarskie starania. – Wystarczy. Teraz, kiedy znacie już wszystkie trzy zasady zapytam jeszcze raz. Z odpowiedzią nie musicie się śpieszyć ale podkreślam, odpowiedź bezwarunkowo musi być prawdziwa. Czasu mamy pod dostatkiem i oczekuję od was wyłącznie odpowiedzi jasnych, zgodnych z prawdą i wyczerpujących. Na początek poproszę o wasze nazwiska? – zapytał tym razem zbliżając twarz do Neda.
– Przegiąłeś Lepke. – ten rzucił mu prosto w twarz. – Ty i ten osiłek… łaaaaa… – Ned urwał kiedy Otto zajął się pośpiesznie jego dłonią.
Po niecałej minucie w popielniczce były już dwa palce.
– Jak sobie chcecie panowie. – mruknął Lepke wzruszając ramionami. – Palców, przepraszam czasu, mamy tu naprawdę sporo i nikomu nigdzie się nie śpieszy. No dobrze, jest już późno a wy zapewne jesteście już nieco znużeni. Na dziś zatem skończymy a wy wypoczniecie w celi. Otto, zaprowadź teraz panów na pokoje. Niech poznają nasze gościnne apartamenty a jutro od samego rana zaczniemy od nowa.
Otto pochwycił ich pod pachy i wyniósł z gabinetu na korytarz. Stojący na końcu korytarza strażnik widząc go podniósł się ze swojego krzesła i bez słowa otworzył celę. Otto biorąc niewielki rozmach wrzucił ich do środka nie przekraczając nawet progu i obdarzając pożegnalnym uśmiechem powrócił do siebie. W zamku szczęknęło i kiedy ucichły z korytarza jego i strażnika kroki, w celi zapadła kompletna cisza.
Bert z trudem uniósł się do pozycji siedzącej i przysunął bliżej Neda. W milczeniu obrzucili wzrokiem pomieszczenie.
Cela wykonana była z czystego betonu. Prostota i surowość pomieszczenia musiała być motywem przewodnim jej natchnionego ascetyzmem projektanta. Z takiej celi byłby dumny bez wątpienia każdy średniowieczny mnich, który nade wszystko ceniłby sobie brak nachalnego towarzystwa i utrudniających modły wygód. Betonowy kibel, oddzielony od betonowych łóżek betonowym przepierzeniem stanowił cale jej wyposażenie. Nie było rozpraszających uwagę okien, umywalek ani pościeli, jeśli nie liczyć zbrojenia wystającego z narożnika jednej pryczy. Jedynym elementem nie wykonanym z betonu była zwisająca z sufitu żarówka. Znajdowała się tak wysoko iż nie było żadnej możliwości dostania się do niej z powodu idealnie gładkich, wysokich na pięć metrów betonowych ścian pomieszczenia.
– Jak z tobą? – odezwał się Bert ukończywszy pełne kontemplacji oględziny celi.
– Boli jak cholera. – ten odparł manipulując niezdarnie okaleczoną ręką przy swoim komputatorze. – Pomóż mi bo prawie nie mam czucia w prawej dłoni.
Bert zasłaniając własnymi plecami Neda od strony widniejącego w drzwiach celi judasza pochylił się nad jego przedramieniem. Aktywując zdrową ręką jego komputator uruchomił w nim jako pierwszy program medyczny.
Ten po chwili zrobił to samo dla niego i już po chwili obydwaj posiadali szczegółowe diagnozy.
– Mam dwa pęknięte żebra, brak czterech i pół zęba no i ten cholerny palec. – pierwszy zakomunikował Ned otrzymane wyniki. – Jak u ciebie?
– Złamane przedramię, górne zęby latają mi jak kastaniety, jest pęknięta rzepka i też palec. Kurwa, minie miesiąc nim odrośnie. A jak z twoim?
– Trzy tygodnie.
– Do diabła, nie możemy tyle czekać. W takim jak dziś tempie ten bez szyi, wcześniej nam je wszystkie poodrywa.
– A kto wie za co on się weźmie potem? – filozoficznie rzucił Ned. – Wolę nawet nie myśleć.
– Święta racja. Zdecydowanie zbyt sprawnie mu to wyrywanie idzie. Musimy stąd spierdalać Ned. Spierdalać i to szybko. Nie chcę się z nim spotkać z rana. – Bert dodał z ulgą w glosie, kiedy zaczęły w końcu działać zaaplikowane przez program środki znieczulające.
– Już się obawiałem, że ci się tu spodobało i nigdy tego nie zaproponujesz. – Ned rzucił żartem kiedy jego ból również odszedł w niebyt.
– Więc dobra. Myślę sobie, że nie od rzeczy będzie jak wrócimy po prostu na polanę i zaczniemy na spokojnie od nowa?
– Dokładnie stary. Dokładnie tak zrobimy.
– Potem idziemy do miasta i albo omijamy zgromadzenia albo słuchamy pana Hitlera z uwagą?
– Zgadza się.
– Żadnego pyskowania?
– Absolutnie.
Bez słowa uruchomili transmitery mające ich przerzucić na zewnątrz budynku.
– Bert? – rzucił Ned po jakiejś chwili.
– Co jest?
– Chyba mamy problem.
– O czym ty mówisz? Uwaga, dziesięć, dziewięć, osiem…
– Bert zaczekaj.
– Sześć, pięć… – ten odliczał sekundy pozostałe do transferu.
– Bert wyłącz to na chwilę!
– Co jest? – ten niechętnie lecz przerwał sekwencję.
– Mój transmiter nie działa.
– Co takiego?
– Musieli mi coś uszkodzić kiedy mnie skopali w bramie. – rzucił Ned z narastającym niepokojem.
– Pokaż to specjaliście człowieku. – Bert stwierdził pochylając się nad jego ręką.
Pogmerał przy niej uruchamiając autotest całego komputatora.
– Kurwa ale pech. – westchnął po chwili przyznając partnerowi rację.
– Co dokładnie jest nie tak? – zapytał Ned.
– Poszły się pieprzyć niemal wszystkie układy transferowe.
– Niemal? Dlaczego akurat one. Rany to nie może być prawda.
– Przecież wiesz. – odparł Bert. – Jako najważniejsze wszczepiono nam je w kości przedramienia a nie w tkankę miękką. Dla bezpieczeństwa naturalnie.
– Naturalnie. – rzucił z rozpaczą Ned.
– Niestety ale tak się nieszczęśliwie złożyło że złamali ci akurat tę kość transferową…
– Jakie mamy możliwości?
– Obwody uległy co prawda odcięciu, lecz naprawią się samoczynnie kiedy tylko kość się zrośnie. To będzie za jakieś eee… siedem, osiem dni, może nawet dwa tygodnie. W zależności od jakości pożywienia, opieki oraz naturalnie…
– Ty chyba żartujesz?
– Mówię ci jak tu pisze. Mam pocieszać cię i kłamać?
– Kurwa, przecież oni mnie tu wykończą zanim ta jebana kość się zrośnie.
Bert jedynie wzruszył w odpowiedzi ramionami.
– Spróbuj jakoś obejść to, do cholery!
– Już obszedłem programując obwody z pomocą drugiej kości. Ale zanim impulsy w ogóle tamtędy popłyną musi się najpierw zregenerować zniszczony węzeł nerwowy, który odpowiada za transfer. Bez tego musiałbyś czekać półtora miesiąca…
– Bert?
Ten uniósł wzrok na zmęczone oblicze partnera.
– Bert, ja nie wytrzymam z panem Otto nawet tygodnia, a ty gadasz o miesiącach? Zabraknie mi po prostu palców a na dobre żarcie chyba nie ma co tu liczyć, no więc…?
– Zastanówmy się na spokojnie, bez emocji, zgoda?
– Chyba już po mnie, stary.
– Daj spokój. Coś się wymyśli, mamy czas do rana. Najpierw ustalmy jakie mamy możliwości.
– Ja nie widzę ich dla siebie wiele.
– Fakty są takie. – Bert ciągnął dalej. – Nie możemy się stąd wyrwać o własnych siłach, no nie ty przynajmniej i nie na razie, ok?
– Tyle to sam wiem. Co dalej?
– Na polanie pewnie czeka na nas portal o ile w ogóle technicy tam dotarli i go założyli, ale tak czy siak wpierw trzeba się do niego dostać, mam rację?
– Jak cholera.
– Hm, w takim razie eee… coś tam się wymyśli.
– Aleś kurwa chłopie plan wykombinował! Ja pierdolę, normalnie chylę czoła! – szyderczo jęknął Ned. – Wiesz, co? Najlepiej będzie chyba, jak się po prostu prześpimy bo coś czuję, że bez snu za daleko nie zajedziemy.
– Pewnie masz rację.
Intensywne wydarzenia całego dnia oraz kojące wrzaski torturowanych, jakie dobiegały gdzieś z głębi korytarza sprawiły, że usnęli niemal natychmiast.

* * *

Monachium, Niemcy 29 lipca 1942

Poranek był wyjątkowo rześki. Nawet bardziej niż wczorajszy, bowiem strumień lodowatej wody z gumowego węża był zimniejszy i tym samym błyskawicznie postawił ich na nogi.
Trzęsących się z zimna i ociekających wodą, Otto bez słowa zaniósł wprost do gabinetu.
Czekający już wewnątrz Lepke uprzejmie skinął głową.
– Witam panowie. – rzucił i zaraz zapytał patrząc na nich niewinnie. – Jak się spało?
– No cześć Lepke. – rzucił Ned rozdzierająco ziewając.
– Bądź aniołkiem i powiedz, że masz jakąś kawę. – mruknął do Lepkego Bert przecierając ze znudzeniem oczy.
– Otto, słyszałeś? Przygotuj natychmiast naszym gościom kawy. – rozkazał uprzejmie Lepke. – Jaką pijecie? – spytał wskazując im dwa stołki po drugiej stronie biurka.
– Dla mnie zwykła. – odparł Bert. – Tylko nie przesadzaj z dodatkami i nie ma mowy o żadnej szklance czy blaszanym kubku. Ma być w prawdziwej albo sztucznej porcelanie.
– Dla mnie mocna, po turecku, ze śmietanką. – rzucił nieco głośniej w stronę Otta Ned zakładając nogę na nogę.
Kiedy ten posłusznie zakręcił się przy czajniku obydwaj wymienili spojrzenia.
– Zanim woda się zagotuje, może papierosa? – zaproponował Lepke podejmując ich grę w locie.
– Dawaj.
Z ulgą zapalili kładąc swoje przemoczone papierosy pod żarówką aby nieco podeschły. Lepke obserwując ich w milczeniu cierpliwie czekał.
– Jak myślisz, co ten kutas knuje? – w translatorze rozległo się pytanie Berta.
Jeszcze w nocy przed zaśnięciem zapobiegawczo przestroili je na komunikację wewnętrzną dostosowując ich zakresy do częstotliwości fal mózgowych, co pozwalało na porozumiewanie się bez słów.
– Standardowe zmiękczanie. W sumie nic nowego. – odparł Ned strząsając popiół do znajomej popielniczki. – Chce nas wstępnie podłamać psychologicznie dając do zrozumienia, że czasu ma do oporu i nie mamy innej możliwości jak tylko powiedzieć mu to czego chce, i to nawet słysząc nasze dzisiejsze odpowiedzi, które zapewne nie należą tu do szablonowych.
– Jaką metodę my więc wybieramy? – ten zapytał w odpowiedzi.
– Może luźną rozmowę. Taką no wiesz niezobowiązującą, żeby Lepke za prędko się nie połapał że wpuszczamy go w maliny. – zaproponował Ned.
– Dlaczego stary? Nie lepiej go wkurwić tak jak wczoraj, szybciutko i od razu?
– Myślisz, że to podziała?
– Jasne. Wtedy Otto raz dwa nam dołoży, my stracimy przytomność, a ponieważ mamy już środki przeciwbólowe zaaplikowane jak należy, szczerze nam to zwisa i za parę minut przynajmniej znów będziemy w celi.
– Czyli w punkcie wyjścia, bo na dłuższą metę to nic nie da. Jeśli wczoraj wszystko dobrze obliczyłem w ten sposób nie wyrobimy się w czasie bo pozostaniemy bez palców i to grubo przed terminem mojej kości.
– O kurwa. To prawda. – stwierdził Bert kiedy szybko obliczył stosunek palców do kalendarza. – A zatem?
– Musimy w inny sposób pograć z nim na zwłokę.
– Jak?
– Hmm, myślę że najlepiej będzie jakoś tak, żeby nas bardziej nie uszkodził.
– A więc podyskutujemy?
– Dokładnie.
– Jaką konkretnie metodę rozmowy masz na myśli?
– Zagram mu w przebiegły i podstępny sposób na inteligencji.
– Ty mu zagrasz? – zapytał Bert. – Co to znaczy?
– Najpierw naprowadzę buraka na krzyżowy ogień pytań tak, że się nawet nie zorientuje kiedy to się stanie, a następnie dojdzie do wniosku, że to on mnie naprowadził. – wyjaśnił Ned. – Potem, kiedy już będzie wstępnie urobiony i zacznie mi ufać zasypię go porządnym stekiem bzdur, których tak szybko nie zweryfikuje. To dobry plan.
– Myślisz, że zadziała?
– Na sto procent. Gdzieś czytałem, że nic tak nie podbudowuje oprawcy jak przekonanie, że wykończył ofiarę nie brutalną siłą, lecz inteligencją właśnie.
– No… sam nie wiem… Ja tam bym postawił na szybkie wkurzenie.
– Wiesz że to nic mi nie da na dłuższą metę?
– Niby tak.
– Więc zaufaj mi. Poradzę sobie z tym prymitywnym czereśniakiem.
– No dobra, skoro twierdzisz, że tak potrafisz…
– Spoko. W gadce z burakami jestem wirtuozem. – optymistycznie zapewnił go Ned i zaraz dodał. – Ty natomiast, najlepiej niczego nie mów bo spierdolisz jeszcze sprawę.
– Jak to? Mam nic nie mówić?
– Ty tylko siedź spokojnie, ucz się i uważnie słuchaj mistrza, to być może czegoś się nauczysz.
– Smakowała kawa? – zapytał uprzejmie Lepke gdy skończyli pić.
– Nie wyczułem co prawda ani ziarnka cukru ale ostatecznie może być. – odparł Ned.
– Och najmocniej przepraszam ale sami rozumiecie, w końcu mamy wojnę a ja za nic w świecie nie chciałem kalać sacharyną waszej kawy.
– Jasne Lepke. Nie ma sprawy. – uspokoił go Ned z niecierpliwością patrząc prosto w jego oczy.
– Zatem, czy możemy już zaczynać? – ten podchwycił spojrzenie i zapytał w czasie, kiedy Otto zbierał filiżanki.
– Oczywiście. Pytaj śmiało o co tylko chcesz a powiem ci, co tylko pragniesz wiedzieć.
– Och, to miło z twojej strony.
– No wiesz, ja również chciałbym mieć to już za sobą. I to jak najprędzej, dodam. Pytaj więc śmiało i za nic w świecie nie unikaj trudnych pytań.
– Ach, to naprawdę nie będzie nic wielkiego. – odparł Lepke lekceważąco machając dłonią. – Powiedz mi jedynie, co naprawdę robiliście na wczorajszym wiecu. Dlaczego nie słuchaliście Wodza z należytą uwagą, oraz z jakich nie pojętych dla mnie powodów nienawidzicie go i spiskujecie przeciwko niemu, czyli państwu niemieckiemu. – dodał otwierając akta.
– Jeśli chcesz wiedzieć tylko tyle… – zaczął Ned.
– Tylko tyle. – potwierdził Lepke.
– …to nie będzie trudne, ponieważ w takim razie widzisz… to było tylko małe i niezręczne nieporozumienie jakie nie wiadomo kiedy jakoś samo zaszło.
– Doprawdy?
– Oczywiście ponieważ w rzeczywistości obydwaj z całego serca uwielbiamy Wodza, kochamy go bardziej od alkoholu i nie ma rzecz jasna przeciw niemu żadnego spisku o którym byłoby mi coś wiadomo. – wyjaśnił Ned.
– Nie ma. – potwierdził Lepkemu również Bert przecząco kręcąc głową.
– Miałeś się nie odzywać. – upomniał go Ned poprzez translatora.
– Nie ma? – Lepke zapytał Neda z udanym zaskoczeniem.
– Przyznam ci się, tak między nami oczywiście, że ja nawet nie wiem co to spisek. – Ned nachylił się i ściszając głos poufałym tonem zakomunikował mu prosto w oczy. – Ja normalnie nie znam tego słowa.
– Hmm. – zamyślił się Lepke coś tam sobie notując w papierach. – Czy spodziewałbyś się zatem, iż sąd uwierzy w to, że złośliwie komentując wypowiedzi Wodza uwielbiasz go i nie spiskujesz przeciwko niemu? – zapytał ponownie kiedy skończył pisać.
– Tak, mógłbym gdybym chciał.
– A więc nie chciałeś?
– Tego nie powiedziałem.
– Powiedziałeś, że mógłbyś gdybyś chciał.
– W tym sensie, że mógłbym, ale tak nie było.
– Wynika więc, że nie chciałeś?
– Dokładnie.
– Zatem podsumujmy. Mam tu zanotowane, że mógłbyś ale nie chciałeś. Było więc jak?
– Chciałem. – odparł automatycznie Ned.
– Ale tak nie było? – upewnił się Lepke.
– Nie było, co?
– Nie było tego co chciałeś.
– Więc myślisz, że co ja chciałem?
– Mógłbyś nie spiskować ale spiskowałeś.
– Chwileczkę Lepke. – Ned sięgnął po kolejnego papierosa. – Wyjaśnijmy coś sobie. Nie było spisku więc spiskować nie chciałem. Co zaś do sądu, to mógłbym…
– Przecież przed chwilą powiedziałeś coś zupełnie przeciwnego. – przerwał mu uprzejmie Lepke. – Zobacz, mam to w protokole. – dodał podsuwając mu pod nos stenogram z przesłuchania.
– Chwila. Posłuchaj… to dlatego, ponieważ krótko dzisiaj spałem. Nie moglibyśmy zacząć tak od początku zanim ktoś w tym sądzie powyciąga mylne wnioski?
– Sąd nad wami wcale się nie odbędzie.
– Jak to? Sam mówiłeś…
– Już nie ma takiej potrzeby w świetle tego co zeznałeś. – odparł Lepke przypalając sobie papierosa. – Bo widzisz, w czasie wojny unikamy zbędnej biurokracji maksymalnie upraszczając procedurę. Ponieważ mam tu twoje przyznanie się do spisku, nie ma w ogóle potrzeby oraz podstaw prawnych aby roztrząsano to jeszcze na drodze sądowej. No wiesz, system tak działa. Zatem jeszcze dziś udasz się wraz z przyjacielem do obozu w Dachau gdzie odbędziecie ustawowo przewidzianą karę. 25 lat za spiskowanie. Zamykam sprawę. – dodał przykładając starannie pieczątkę pod protokołem.
– Daj spokój człowieku. Przecież ty jeszcze o nasze nazwiska nawet nie zapytałeś.
– Och, takie drobiazgi jak personalne formalności zawsze zostawia się na koniec, ponieważ z reguły i tak nie mają jak w waszym przypadku, większego znaczenia.
– Jak to?
– W obozie przydzielone wam zostaną numery i nikt zapewniam, nie będzie ciekaw jak wcześniej się nazywaliście. Nikt. A tak nawiasem mówiąc, pytałem o to wczoraj lecz nie chciałeś mi udzielić odpowiedzi. Dziś z kolei temat waszych nazwisk już mnie nawet nie interesuje.
– Przepraszam Lepke. – podnosząc nerwowo wskazujący palec wtrącił się do rozmowy Bert widząc, że przybiera ona z każdą chwilą coraz bardziej niekorzystny obrót.
– Tak?
– Słuchaj, jeszcze dwie minuty temu nie wiadomo było co to spisek a ty już wysyłasz nas do odbycia za niego kary?
– Dokładnie.
– Przecież ja nawet jednego słowa nie wypowiedziałem.
– Twój przyjaciel zeznał wystarczająco wiele.
– On wcale nie jest moim przyjacielem. Ja przecież nawet nie znam tego człowieka. Wczoraj go spotkałem. Widzisz więc, że to jakieś nieporozumienie. No wiesz jak to jest z nieznajomymi…
– No cóż… – Lepke poskrobał się po głowie. – ja odniosłem odmienne wrażenie ale jak powiadają, jestem tylko omylnym człowiekiem.
– No właśnie, to pomyłka. Tak jak mówisz.
– W takim razie… tego… jak by ci tu pomóc… kiedy sprawa już zamknięta…? – Lepke zamyślił się. – Hmm, już wiem.
– Tak? – Berta twarz była jedną, wielką nadzieją.
– W przypadku zaistnienia uzasadnionych wątpliwości możesz wnieść na piśmie odwołanie.
– Otto, dawaj papier. Wnoszę.
– Och, nie do mnie. – Lepke uniesioną dłonią usadził Otta na miejscu. – Ja tę sprawę już zamknąłem.
– Więc do kogo, do cholery mam wnieść te przeklęte odwołanie?
– Do komendanta obozu naturalnie.
– I on to rozpatrzy?
– Oczywiście.
– Kiedy?
– Najwcześniej po roku.
– Ale…? Jaja sobie ze mnie robisz?
– Aż tyle spraw z reguły czeka w kolejce. – wyjaśnił mu Lepke cierpliwie przebieg obozowej procedury i zaraz dodał z optymizmem. – Ale zważywszy na fakt, iż przeciętna średnia życia w Dachau wynosi trzy miesiące, nie sądzę by to na wiele ci się zdało.
– Nie możesz Lepke mi tego zrobić! Nie możesz!
– Być może gdybyś miał przypadkiem 10 tysięcy marek kto wie, może mógłbym nieco popchnąć sprawę odwołania. Masz?
– No nie przy sobie.
– Szkoda. – stwierdził Lepke zamykając z trzaskiem akta po czym dodał wstając. – No cóż, twojego przyjaciela nie będę nawet pytał o sprawy finansowe, widząc w jakim stanie znajdują się jego spodnie oraz reszta ubrania.
– Lepke, tak nie wolno. – Ned zaprotestował. – Ty oceniasz ludzi po ubraniu. A co, jeśli mam pękate konto i szlachetne lojalne Fuhrerowi serce?
– Do widzenia panowie. Otto pomóż panom tego… się zabrać w drogę.
Otto podszedł i im pomógł.
– To był twój błyskotliwy i przebiegły plan? – w translatorze Neda rozległo się pytanie Berta, kiedy Otto wsadził ich pod pachy i niósł kolejnymi korytarzami do czekającej na dziedzińcu ciężarówki. – No to piękne dzięki, stary.
– Sorry, to nie tak miało być. – ten odparł.
– Sorry? Kurwa, sorry? Mogłem już od dawna siedzieć sobie w przytulnej celi i obserwować jak mi rosną palce ale nie… ech w dupę, zamiast tego dzięki tobie jedziemy właśnie kurwa do obozu…
– Posłuchaj…
– Do pierdolonego obozu!
– No wiesz…
– Ja pierdolę! Jak ja się w to wszystko wpakowałem?
– To nie moja wina człowieku.
– A czyja?
– Lepkiego. Sam widziałeś że ten kutas nie grał fair.
– Ale to ty zapewniałeś mnie, że przerobisz go jak buraka!
– Bo tak właśnie miało być.
– No to wytłumacz mi w jaki sposób prymitywny i nieokrzesany czasowiec przerobił geniusza, jak to było… aha wirtuoza, hę?
– No cóż, widzisz… Lepke po chamsku nadużywał trybu przypuszczającego a ja tego… nigdy nie byłem orłem akurat z gramatyki…
– Daj spokój, to żałosne i nie chce mi się tego gówna nawet słuchać.
– To po cholerę pytasz?
– Przecież, do licha muszę się na kimś wyładować.
– To może zejdź w końcu ze mnie i wyładuj się choćby na Otto?
– Otto jest za duży, a poza tym to nie on mnie wysłał do obozu koncentracyjnego. – stwierdził Bert i zaraz dodał. – Jedno jest pewne Ned… następnym razem to ja będę gadał.
– Nie ma sprawy.

* * *

Thompsontown, Mars 30 lipca 2765 – Kwatera Główna Operacji Schmaterling

– Pozory, pozory, pozory, generale. – rzucił Jong ze znużeniem. – To portery przemieszczając się w czasie muszą uzyskiwać wcześniej drobiazgowe koordynaty czasowo przestrzenne w celu precyzyjnego określenia ich celu podróży.
– A Wahadło nie?
– Wahadło jako obiekt samo w sobie nigdzie się nie przemieszcza. – odparł Jong. – Obracając się ono jedynie przekracza w sposób względny prędkość światła w pewnych swych fragmentach i jedynie ogniskuje u celu podróży owe fragmenty, wytwarzając w tubie, w odpowiednim momencie, odpowiednio silne pole.
– Eee?
– No cóż, to nieco bardziej skomplikowane niż z porterami. Nie wiem czy jestem w stanie to panu wytłumaczyć.
– Niech pan wpierw spróbuje, do cholery. – van Hold rzucił do niego z niechęcią. – Czy z wami naukowcami zawsze się musi tak ciężko rozmawiać? Czy ja za każdym razem muszę pana uprzejmie prosić o należne wyjaśnienia?
– Co pan ma na myśli generale?
– Skoro armia wywaliła na Wahadło taką kupę szmalu, jako jej przedstawiciel mam pieprzone prawo wiedzieć jak to działa, ponieważ nasi ludzie nadal się nie odzywają a to właśnie pan wydawał te pieniądze i nie muszę chyba prosić o wyjaśnienie, bo to pan pracuje dla mnie do cholery i w związku z tym nie robi mi pan żadnej pieprzonej przysługi, tylko współpracuje. Niech pan spróbuje jakoś pokonać swe problemy z wymową, bo czas ucieka nam na dyrdymały a nieubłaganie zbliżają się finały. – zakończył pełnym groźby tonem.
– Problem nie polega na tym, że ja nie potrafię tego wypowiedzieć lub opisać tylko na tym, że pan i tak tego nie zrozumie. – odparł zgrabnie Jong.
– Panowie. – upomniała ich z wyrzutem Uli, a kiedy po dłuższej chwili obydwaj przestali morderczo patrzeć sobie w oczy dodała. – Proszę kontynuować, profesorze.
– Podróże w czasoprzestrzeni są podróżami w czterech wymiarach, zgoda?
– Mhm. – mruknął van Hold.
– W czterech wymiarach nasza kochana przestrzeń wygląda zgoła odmiennie od tej znanej nam trójwymiarowej. Ta subtelna różnica powoduje, że podróżujący z pomocą Wahadła pokonują inną trasę niż podróżujący porterem.
– To może by tak jakiś prosty przykład. – rzuciła do niego Uli widząc pogłębiającą się z sekundy na sekundę szeroką bruzdę na szerokim czole generała.
– Dobrze, w naszym doskonale znanym trójwymiarowym Układzie Słonecznym planety, księżyce oraz cała reszta inwentarza porusza się z reguły po elipsach pokonując jakąś tam drogę w jakimś tam czasie. Czy zgodzi się pan ze mną, generale?
– Oczywiście, przynajmniej dopóki gada pan do rzeczy.
– Natomiast gdybyśmy dysponowali takimi możliwościami w postaci naszych zmysłów i mogli zaobserwować ten sam Układ Słoneczny ale w czterowymiarowej czasoprzestrzeni, moglibyśmy dostrzec iż wszystkie planety, księżyce i tak dalej, poruszają się wyłącznie po liniach prostych. Liniach geodezyjnych czyli prowadzących z jednego punktu do drugiego po najkrótszej możliwej trasie.
– Doprawdy? – jęknął van Hold jakoś nie mogąc sobie wyobrazić takiego Układu Słonecznego.
– Tak. Nasze ludzkie zmysły nie pozwalają nam tego zaobserwować ale tak właśnie jest generale. Żeby można było zatem to sobie chociaż wyobrazić uproszczę to odejmując po jednym wymiarze.
– Co to znaczy, że pan uprości?
– Przykładowa podróż będzie w trzech wymiarach a przestrzeń będzie miała dwa.
– Aha.
– A teraz wyjaśnię różnicę na podróżowaniu porterem i podróżowaniu z pomocą Młyna. Przypuśćmy że moduł transferowy Młyna przemieszcza się niczym dajmy na to, międzykontynentalny wahadłowiec.
– Czyli?
– Ot, leci sobie z jednego kontynentu na drugi po najkrótszej możliwej trasie i jeśli pominąć nieistotne w naszym przykładzie start i lądowanie, jest to lot prosty niczym po linii geodezyjnej, prawda?
– Prawda.
– Natomiast porter, chociaż leci z tego samego punktu do tego samego celu leci inaczej.
– Dlaczego?
– Ponieważ jego lot wygląda jak poruszający się po powierzchni cień wahadłowca.
– Czyli?
– Kiedy napotyka na swej drodze, pasma górskie cień podnosi się a kiedy doliny, morza i tak dalej, opada. Czyli podsumowując cień pokonując tę samą trasę w tym samym czasie, pokonuje w rzeczywistości jednak większą odległość ze względu na nierówności terenu.
– Teraz wszystko jasne. – van Hold w końcu się rozpogodził chwytając różnicę między trzema a czterema wymiarami.
– Stąd się biorą właśnie oszczędności. – rzucił Jong. – To prawda że, armia wywaliła na Wahadło kupę szmalu ale gdyby tego nie zrobiła na portery wywaliłaby o wiele więcej, więc już naprawdę nie sprzeczajmy się o to kto tu komu robi przysługi.

* * *

Dachau, Niemcy 12 sierpnia 1942

Po dwóch tygodniach złamana kość przedramienia była już niemal zrośnięta. Co prawda Ned nadal nie miał w lewej ręce jeszcze pełni władzy i nie mógł nią normalnie pracować ale dzięki podskórnemu usztywnieniu jakie zaaplikował mu program medyczny, przynajmniej nie odczuwał już bólu przy każdym poruszeniu i co najważniejsze, obwody transferowe były już zregenerowane w dziewięćdziesięciu pięciu procentach.
Życie w obozie koncentracyjnym upływało im w szalonym tempie. Szalonym ze względu na nieustanny pośpiech, ciągłą pracę a w wolnych chwilach nieustającą walkę o przetrwanie. Z wielogodzinnych rozmów jakie przeprowadzili z translatorami wiedzieli już, że w okupowanej przez Hitlera Europie istniała niezliczona liczba obozów wszelkiego rodzaju, różnej kategorii i wielkości. Były to obozy pracy, obozy przejściowe, obozy jeńców wojennych oraz obozy koncentracyjne wraz z niezliczonymi podobozami w których trzymano więźniów politycznych z wszystkich europejskich krajów. Nazwy Dachau, Sachsenchausen, Buchenwald, Flossenburg i Mauthausen, Ravensbruck, Natzweiler, Neuengamme, Stutthof i Gross Rosen stały się synonimami strachu oraz przerażenia u tej części ludności, która jeszcze do żadnego z nich nie trafiła. Istniały także obozy zagłady, gdzie z samego założenia przy życiu pozostawał jedynie niemiecki personel wartowniczy i żydowskie komando robocze. Funkcjonowały również takie które łączyły funkcje obozów koncentracyjnych i obozów zagłady: Majdanek oraz przede wszystkim Auschwitz.
Pierwszą rzeczą jaka natychmiast po przybyciu przytrafiała się każdemu więźniowi, niezależnie od tego do jakiego obozu trafił, była selekcja obozowa. Selekcja ta decydowała nie tylko o życiu i śmierci, lecz także o momencie śmierci. Część więźniów była bowiem mordowana natychmiast po przybyciu, innych natomiast wykorzystywano przed zamordowaniem jako siłę roboczą, aż do ich całkowitego, fizycznego wyczerpania. W języku SS nazywano to wyniszczeniem przez pracę. Rzesza Niemiecka wynajmowała swoich niewolników licznym przedsiębiorstwom wielkiego przemysłu za trzy do czterech marek dziennie. Wpływy z tego interesu wynosiły przeciętnie ponad 50 milionów marek miesięcznie.
Obozową codzienność w Dachau cechowały niedostateczne oraz podłe wyżywienie, liche ubranie, najprymitywniejsze zakwaterowanie w barakach, katastrofalne warunki higieniczne, trwające wiele godzin i odbywające się niezależnie od warunków pogodowych apele i nieludzkie traktowanie przez nadzorców. Barbarzyńskie kary czyli pozbawianie wyżywienia, cela do przebywania na stójkę, chłosta lub szubienica, tworzyły atmosferę stałego terroru.
Po trzech lub maksymalnie sześciu miesiącach takiego życia więzień ostatecznie tracił siły. Jeżeli nie skonał lub z rozpaczy nie popełnił samobójstwa, był w trakcie dodatkowych selekcji oddzielany od innych jako niezdolny do pracy i zabijany zastrzykiem fenolu względnie zagazowywany. Realną szansę na przeżycie mieli jedynie ci nieliczni, którym udało się zdobyć jakąkolwiek funkcję w administracji obozowej, lazarecie lub przede wszystkim w kuchni. W Dachau była całodobowa opieka lekarska. Zadaniem obozowych lekarzy SS nie była jednak wyłącznie selekcja napływających transportów do gazu lub do pracy. Większość ich obowiązków obejmował nadzór nad karami chłosty, egzekucjami oraz prowadzenie dla celów wojskowych w ramach badań nad higieną rasy, całej serii doświadczeń medycznych. W momencie ich przybycia do obozu w zaawansowany etap wkroczyły śmiałe eksperymenty medyczne na zlecenie przemysłu farmaceutycznego, polegające na stworzeniu krzyżówki żydówki i owczarka niemieckiego.
Obydwaj kiedy tylko znaleźli się w obozie odnieśli wrażenie że dostali się do obcego świata. Świata, którym rządziło odrębne prawo. Natychmiast po przybyciu zabrano im cywilne ubrania oraz wszystkie rzeczy osobiste, ostrzyżono głowy i ubrano w pasiaki. Zgodnie z obietnicą Lepkego na przedramiona naniesiono im numery w formie tatuażu, które od tego momentu stały się ich obozowymi nazwiskami. Dotychczasowe życie zostało w ten sposób raz na zawsze wymazane i nikogo już prócz nich nie obchodziło. Tak przygotowanych natychmiast poddano żelaznym zasadom regulaminu obozowego oraz terrorowi nadzorców. Z upływem dni coraz bardziej stawali się bezbronnymi ofiarami głodu, chłodu i przemęczenia. Bardzo szybko jedyną rzeczą o jakiej myśleli było przeżycie jeszcze jednego dnia w obozie.
Ponure rozmyślania przerwało Nedowi nagłe rozpaczliwe wołanie Berta jakie rozległo się w jego translatorze.
– Ned, mamy kłopoty!
Ten przystanął. Z trudem podniósł głowę znad niesionej na ramieniu kłody drewna i z niemałym zaskoczeniem ujrzał jak jeden z dozorujących pracę kapów, uzbrojony w pałkę osiłek imieniem Urlich, najwidoczniej postanowił dzisiaj nieco się zabawić.
Bertowi idącemu z podobną kłodą kilka metrów przed nim, zerwał mianowicie czapkę z głowy i natychmiast odrzucił ją daleko poza linię wartowników.
– Co ty mu zrobiłeś? – zapytał Berta przez translator.
– Nic, kurwa. Nawet na niego nie spojrzałem. Zresztą czy to teraz ważne? Co mam robić, do cholery? Przecież nie pójdę po tę kurewską czapkę, bo esesman mnie zastrzeli.
– Nie idź po tę czapkę…
– Tyle to i ja wiem, kurwa! – dobiegła go pełna rozpaczy odpowiedź. – Pytam, co dalej?
– Zagraj na zwłokę. Dowiem się raz dwa, o co chodzi. – Ned rzucił do niego i natychmiast zapytał człowieka z którym targał belkę. – Co się dzieje?
– Cóż, vorarbeiter chce zagarnąć dzisiaj jego michę zupy.
– Michę?
– Pod warunkiem że wykończy go przed obiadem.
– I to wszystko?
– Poza tym esesman, który go załatwi dostanie parę dni urlopu. No wiesz, odwiedzi żonę, dzieci…
– Nie pytam o nich. Co Bert powinien teraz zrobić?
– Nic. – stwierdził z niechęcią zapytany. – Jego godzina właśnie wybiła i nic już się nie da poradzić. Chodźmy dalej, bo zaraz sami będziemy przed podobną jak on alternatywą. – współwięzień ponaglił go ruszając dalej.
– Są dwa wyjścia. – w tym samym momencie stwierdził głos w translatorze.
Neda wmurowało, ponieważ to nie był głos Berta. Nie mógł nic wykrztusić. Patrzał jedynie jak Bert nadal udaje głupiego stojąc na baczność przed kapem i z najgłupszym wyrazem twarzy jaki udało mu się przybrać udaje, że nie rozumie wkrzykiwanych mu do uszu rozkazów natychmiastowego podniesienia wyrzuconej poza linię posterunków czapki. Stał tam prawidłowo wyprężony i gadał do voraibertera w greckim dialekcie, żeby z kolei on nie za prędko go zrozumiał.
– Nie wiem kutasie dlaczego taki przykry z ciebie sukinsyn i to już od rana, ale ty chyba nie myślisz sobie w tym durnym łbie, że pójdę po tę, jebaną czapkę…?
– Kim jesteś? Kto do mnie mówi? – zdezorientowanym głosem spytał Ned.
– Nie czas teraz na to. – odparł mu głos. – Teraz posłuchaj uważnie. Po pierwsze, Bert może iść po czapkę jeśli chce zostać zastrzelony…
– Bert tego nie chce. – uciął Ned.
– Po drugie. Może odmówić ze względu na realne niebezpieczeństwo.
– Naprawdę?
– Mhm. Wówczas zostanie zabity pałkami przez kapo i jego pomagierów za nie wykonanie rozkazu.
– Kurwa. Tylko tyle masz do powiedzenia w sprawie człowieka, który przybył ratować twoją dupę? – Ned po początkowym szoku szybko zdążył się domyślić kim jest jego tajemniczy rozmówca w translatorze.
– Brawo, szybko kojarzysz. – stwierdził Nazwisko z pochwałą. – Zrób co tylko możesz, aby nie stracić tego daru. A jeśli chodzi o niego, niech z pójściem po czapkę zaczeka jakąś chwilę. – dodał tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Jest mała szansa, tylko żadnych zbędnych pytań.
– Bert? Graj na zwłokę ile się tylko da. – Ned natychmiast rzucił przez translator w stronę partnera.
– Ned czy ja mam wrażenie, że słyszę jakieś głosy? Co? Czy ktoś nas podsłuchuje? Czy jest ktoś trzeci?
– Pytania potem. Teraz dokładnie słuchaj co się mówi.
– Mądre słowa. – dodał Nazwisko.
– Ok. – Bert odparł i z miną niewiniątka sypnął vorarbeiterowi szerszą wiązkę starożytnych, greckich przysłów do strawienia, które zaraz poprawił twierdzeniem Pitagorasa, też w oryginale.
Ten w ultra szybkim czasie zdążył już doprowadzić swoje oblicze do barwy mocno fioletowej. Wszystkie jego rozkazy Bert komentował po grecku i w pójściu po czapkę nie pomagały żadne zachęty wymachiwaną nieustannie pałką.
Po kolejnej minucie kapo rozwścieczony opornym więźniem już do granic swej wytrzymałości prędko posłał jednego ze swych ludzi po tłumacza. Sprowadzono go raz dwa ponieważ zachętą dla obznajomionych w grece była spora kromka chleba. Dwie minuty później kromka była już zjedzona a Bert wiedział, że ma natychmiast udać się po czapkę. Wysiłkom znającego grecki więźnia, towarzyszyły zachęcające szturchnięcia pałką w plecy.
Po każdym uderzeniu Bert zyskując na czasie zwalał się ciężko na błotnistą ziemię, po czym ponownie wstawał udając, że przychodzi mu to z najwyższym trudem. Z translatora dobiegało go co chwilę.
– Jeszcze chwila. Jeszcze trochę. Bądź czujny i czekaj na mój znak.
Kolejne uderzenie ponownie zwaliło go z nóg lecz tym razem było naprawdę celne i Bert nie udawał. Runął twarzą w błoto i krztusząc się ponownie wstał na nogi. Kolejne uderzenie i ponowny upadek. W poobijanej głowie coraz głośniej mu tętniło i obawiał się że jeszcze chwila i nie będzie już słyszał niczego. Kolejne uderzenie znów go wbiło twarzą w ziemię.
– Teraz, Bert!
– Teraz! – nagle rozległy się dwa głosy w jego translatorze.
Wskrzeszając wszystkie resztki sił jakie mu pozostały przekręcił się na plecy i wyrzucając nogi przed siebie wstał w rekordowym czasie, z którego nawet Horst w swoim czasie byłby dumny w koszarach. Rozepchnął rozcapierzonymi rękoma zdumionych pomagierów kapa i runął sprintem w stronę czapki.
Esesman który w ciągu kilku poprzednich minut zdążył już stracić nadzieję na trzy dni urlopu za zastrzelenie więźnia podczas ucieczki, teraz ponownie patrolował swój kawałek terenu chodząc tam i z powrotem. W chwili kiedy Bert rozpoczął bieg, znajdował się maksymalnie daleko od niego i już za chwilę miał dokonać kolejnego nawrotu, przy samym końcu swojej trasy.
Zaalarmowany krzykami kapa i jego ludzi nagle się odwrócił.
Kiedy ujrzał jak jego niedoszły urlop właśnie podbiega i podnosi czapkę natychmiast poderwał karabin z ramienia. Zanim jednak wycelował, Bert już trzymając czapkę w garści ponownie zdążał w stronę kapa. Strażnik oddał strzał. Niecelny. Zanim przeładował broń z powrotem uciekinier był już ponownie pośród ludzi voraibertera.
Esesman splunął z niechęcią przez ramię i chcąc nie chcąc powrócił do patrolowania swojego rewiru.
Kapo wraz z pomagierami również z niechęcią rozeszli się do swych zajęć obdarzywszy Berta jedynie pożegnalną serią uderzeń pałkami.
– Dobra robota. – westchnął z ulgą Ned zarówno do partnera jak i do Nazwiska.
– To jeszcze nie koniec. – zauważył Nazwisko.
Ned ponownie odwrócił głowę w stronę Berta.
– O kurwa. – jęknął widząc jak esesman dokończył nawrót i obecnie przywołuje palcem Berta wprost do siebie. – Co teraz?
– Właśnie tego od początku się obawiałem. – odparł Nazwisko. – Jeśli esesman jest zawzięty, a ten najwidoczniej taki właśnie jest, i się następnie zorientuje, że system zup i urlopów przestaje działać, wówczas wkracza bezpośrednio.
– Czyli jak?
– Zaraz sam zobaczysz.
Kiedy Bert posłusznie podszedł do esesmana natychmiast otrzymał uderzenie kolbą w głowę i polecenie odmaszerowania do następnego wartownika. Kiedy tylko podszedł do drugiego esesmana historia powtórzyła się tylko zamiast uderzenia kolbą otrzymał je zaciśniętą pięścią.
– Wykończą go. – zauważył z rezygnacją Ned, kiedy po pół godzinie nie zanosiło się, że esesmanom znudzi się zabawa. – Chcą go zmusić biciem, by się poddał i sam poszedł na druty?
– Dokładnie o to chodzi. Ty naprawdę szybko łapiesz. – potwierdził jego obawy Nazwisko. – Żaden z nich urlopu za to nie dostanie ale się odegrają i zabiją nudę odrobinę.
– Oraz przy okazji Berta. – mruknął Ned. – Co zatem proponujesz żeby Bert nie popełnił samobójstwa?
– Kiedy znów podejdzie do tego, który wali pięścią niech nie stoi jak kołek tylko wywinie kozła w tył, tak daleko jak to tylko możliwe.
Ned natychmiast przekazał otrzymaną radę Bertowi.
Ten mocno już otępiony przedłużającym się biciem posłusznie skinął głową i kiedy tylko otrzymał obiecane uderzenie odbił się obunóż wykonując całkiem prawidłowe salto w tył lądując twarzą w błocie.
Esesman z zaskoczeniem spojrzał na swą owłosioną dłoń i zadowolony z efektu oraz dumny z siły własnego ciosu rozkazał mu wrócić do pracy.
Słysząc z jego ust magiczne słowo: arbeit Bert w pierwszej chwili miał nawet ochotę go uściskać z radości. Opanował się jednak i udając, że jeszcze się po uderzeniu zatacza zostawił uśmiechniętego esesmana salutując mu poprzez całkiem prawidłowe zdjęcie czapki, po czym powrócił do przerwanego czapkowym zajściem dźwigania mokrej kłody drewna.
Pozostała reszta dniówki w kanalkommando przebiegła im już bez przygód.
Po pracy jak co dzień zagnano wszystkich do kąpieli w lodowatej wodzie. Higiena w Dachau była skwapliwie przestrzegana. W łaźni Bert oprócz nowej porcji siniaków na swym ciele mógł się również przyjrzeć nieprawdopodobnie wyniszczonym ciałom innych współwięźniów. Zwłaszcza tym, którzy przebywali dłużej w obozie od niego. Mimowolnie ogarnął go wstręt kiedy dotykał stłoczonych w niebywałym ścisku ciał. Widok był odrażający. Pokryte niezliczoną ilością wrzodów ciała samym swym widokiem budziły silne mdłości. Wszechobecne w Dachau czyraki były wszędzie. Na plecach, rękach, głowach lecz najwięcej na szyjach oraz udach. Jeszcze przed wejściem pod strumień wody otrzymał od nadzorującego kąpiel esesmana kostkę mydła i kopniaka mającego go zachęcić do wejścia pod lodowatą wodę.
W pewnej chwili podszedł do nich i przedstawił się jakiś dobrze odżywiony i wyglądający najzupełniej zdrowo człowiek.
– Witam panowie, Imię Nazwisko.
– Więc to ty jesteś…?
– We własnej osobie.
– Bert.
– Ned. – szczękając z zimna zębami kolejno się przedstawili usiłując zmusić oporne kostki do mydlenia.
– Miło was poznać. Poza tym to jeszcze bardziej miło, że w końcu po mnie tu wpadliście. Czemu tak długo pytam, kurwa to wszystko trwało?
– My tego, eee… – zaczął Ned wyjaśnienia.
– Bo już się, kurwa zaczynałem z wolna tutaj przyzwyczajać.
– Ile tu jesteś?
– Już piąty, kurewski miesiąc.
– Miesiąc? – zapytali jednocześnie.
– To ja pierwszy pytałem. – rzucił z wyrzutem Nazwisko namydlając sobie nogi. – Czemu tak długo to trwało? – rzucił z wyrzutem.
– Hej, wyluzuj człowieku, dobra? – odparł mu Ned ze złością nie mogąc strawić w jego głosie zaczepnego tonu. – Czy w tym cholernym obozie tylko ty jeszcze na mnie dziś nie nawrzeszczałeś? Przybyliśmy do obozu dwa tygodnie temu i nie wiedzieliśmy nawet że też tu jesteś, ok?
– Nie wiedzieliście?
– Nie. – odparli jednocześnie.
– To po co w takim razie tu przybyliście?
– Z nudów człowieku. Z nudów, ot co. Nie wiedzieliśmy po prostu co z nadmiarem wolnego czasu począć i pewien gość z miasta polecił nam właśnie tutaj spędzić urlop.
– Mogę wiedzieć kto to taki? – spytał Nazwisko.
– Lepke. – odparł niechętnie Bert odruchowo masując się w odrastający palec.
– Doprawdy? Znam faceta. Mi również on dał skierowanie.
– Widzisz jaki ten świat mały. – westchnął Ned z zadumą.
– Dobra, więc żeby wszystko było jasne… nie przybyliście tu specjalnie po mnie?
– Spoko, przybyliśmy po ciebie tylko nie wiedzieliśmy że też jesteś w Dachau, bo tak na dobrą sprawę zgarnęli nas jeszcze przed rozpoczęciem właściwych poszukiwań. Powiedzieli w Centrali nam tylko że wsiąknąłeś…
– No dobra, mniejsza z tym. – Nazwisko zadziwiająco prędko się rozpogodził. – Najważniejsze, że w końcu przybyła kawaleria, nie? No to kiedy mnie stąd wyciągniecie? Jeszcze przed kolacją, czy dopiero w nocy?
– Nie zdenerwuj się ale z tym może być niewielki problem. – zaczął Ned.
– O czym on mówi? – Nazwisko z poszarzałą nagle twarzą zapytał Berta.
– Tak właściwie, to jeśli chodzi o zabranie ciebie, to są eee… dwa niewielkie problemy. – ten mu odparł.
– Z tobą jednak lepiej mi się rozmawiało. – Nazwisko powrócił spojrzeniem do Neda. – Jaki konkretnie to był problem?
– Moje obwody transferowe są zniszczone. Ludzie Lepkego złamali mi rękę.
– Nie? – jęknął Nazwisko spuszczając głowę.
– Ale kość się zrośnie najdalej za trzy dni.
– A drugi problem?
– Nie wiem czy dożyjemy do tej chwili. – odparł zamiast niego Bert. – Cholernie szybko słabniemy, i przynajmniej raz dziennie ktoś chce mnie zabić odkąd pamiętam.
– To wszystko? – zapytał Nazwisko. – Tylko tyle?
– Tylko? Człowieku nie wiem jak ty tu przeżyłeś te pięć miesięcy ale my marniejemy z dnia na dzień w ekspresowym tempie. Słabniemy kurwa i to nie są tylko puste słowa. Spójrz. – Bert odwrócił się i pokazał mu z bliska świeże ślady na poobijanej twarzy. – Tak wyglądam z przodu a moich pleców, uwierz, nawet nie chcesz oglądać. Po dzisiejszym biciu jutro na centymetr już nie ruszę głową. A jak dodamy do tego fakt, że dzisiejszą michę muszę oddać kapowi żeby w podobny sposób nie chciał się zabawić jutro, to sam już nie wiem czy najpierw padnę z przemęczenia czy zdechnę z głodu. Innemu więźniowi żarcia nie zwinę, bo raz że nie mam serca a dwa, ponieważ zanim mnie za to zabiją będą się znęcać ze dwa dni dla zabawy…
– Moją michą się dziś podzielimy… – rzucił Ned.
– Jeśli tylko takie macie problemy to nie macie problemów. – stwierdził Nazwisko przerywając im naradę.
– Jak to? – spytał Ned.
– Twoją michą się nie podzielicie tylko ją oddacie komuś innemu razem zresztą z michą Berta. – oznajmił Nazwisko Nedowi. – Wasz kapo nie dostanie żadnej dodatkowej michy tylko tęgie bicie prosto w mordę, a ja przez te trzy dni tak was odkarmię, że popękacie z przejedzenia, bo jeśli dobrze zrozumiałem za trzy dni twoja kość się zrośnie i spadamy stąd w cholerę. Tak właśnie zrobimy, prawda?
– Masz takie możliwości?
– Też byście takie mieli gdybyście pomieszkali nieco dłużej. – odparł Nazwisko wyrozumiale. – To jak? Pasuje układ? Czy jest jeszcze coś, o czym nie wiem?
– Jeśli masz naprawdę jakieś dojścia do koryta, to pasuje jak cholera.
– Dobra. Powiedzcie mi teraz. gdzie was zakwaterowali?
– Tam. – Ned pokazał ręką najbliższy barak.
– Mój jest więc ten na lewo. Zróbmy tak. Po apelu kolację oddajcie dziś komuś innemu i jak się zrobi ciemno przyjdźcie do mnie. Czwarta prycza od wejścia, po lewej na samej górze. Na spokojnie pogadamy i coś zjemy, ok?
– Ok?
– I na rany, zwiększcie ludzie zakres swoich translatorów, najlepiej na maksa. Gdybyście od razu tak zrobili znalazłbym was już dawno.
– Oszczędzaliśmy energię… – zaczął Ned.
– No nieważne. Zatem teraz je zwiększcie to będziemy w ciągłym kontakcie na terenie całego obozu.
– Nie ma sprawy.
– Zatem do wieczora.
– A tak a propos, wiecie co to oznacza? – zapytał ich Nazwisko wskazując na trzy literki RIF, którymi nacechowane było mydło.
W odpowiedzi oboje jedynie wzruszyli ramionami usiłując w dalszym ciągu zmusić oporne kostki do mydlenia.
– Rein Judisches Fett.
– Żartujesz? – rzucił Bert przyglądając się swojej kostce.
Spojrzenie jakie ujrzał w oczach Nazwiska upewniło go, że ten nie żartował.
– Skurwysyny.
– No sam nie wiem. – stwierdził natomiast Ned również oglądając swoje mydło. – Jeśli to czysty żydowski tłuszcz to czy nie powinno być przypadkiem RJF? Zresztą nieważne… najwyższa pora wynosić się stąd w cholerę.
– Dokładnie stary.

* * *

Kolację zgodnie z obietnicą oddali najbardziej wynędzniałemu więźniowi jaki mieszkał w ich baraku. Nadzorujący kocioł z zupą blokowy oraz kapo w niemiły dla siebie sposób zostali tego wieczoru podwójnie zaskoczeni. Kapo widząc stojącego w kolejce Berta dał dyskretny znak pałką nalewającemu. Ten preferował wybrańców kapa nabierając dla nich chochlą z dna kotła najgęstszego pożywienia. Dla wszystkich pozostałych była okraszona pływającym po powierzchni robactwem zwykła woda.
Kapo widząc jak miska gęstej od ziemniaków zupy zamiast dla niego przelewana jest do miski innego więźnia który ze zdumienia na chwilę aż oniemiał, z udręką przełknął ślinę. To było dla niego zaskoczenie numer jeden. Drugie spotkało go w chwilę potem, kiedy obdarowany miską Neda więzień odwdzięczył się dwoma całymi papierosami. Blokowy widząc to minę miał jeszcze bardziej niż kapo nietęgą.
Kiedy siedząc wygodnie na taboretach z błogą ulgą wydmuchiwali dym prosto w oczy kapa jego wzrok był jedną wielką, milczącą obietnicą rychłego mordu nazajutrz.
Zignorowali go puszczając mu w twarz kółka dymu.
Nocą grubo po zgaszeniu świateł udając że idą do kibla wymknęli się kolejno z bloku. Niezauważenie przedostali się do sąsiedniego baraku. Pryczę Nazwiska znaleźli po omacku ale bez najmniejszego trudu.
Ten widząc ich bez słowa skinął na sąsiada z dołu. Tamten również bez słowa podniósł się i nie wzuwając drewniaków potruchtał bezszelestnie do kapówki skąd w mgnieniu oka przytaszczył zamykaną na kłódkę skrzyneczkę. Położył ją na pryczy Nazwiska i bez słowa wrócił do siebie.
– Częstujcie się. – gospodarz zachęcił ich otwierając wieko. – Czym chata bogata. – zarechotał widząc ich oniemiałe oczy. – Jak już sobie sprawiedliwie podjecie, a nie dbajcie w żadnym wypadku o skromność, weźcie po jednej z tych tabletek na wzmocnienie i napchajcie kieszenie czymś pożywnym na śniadanie. – dodał potrząsając znajdującą się w kuferku buteleczką.
To była uczta o jakiej nawet esesmani nie marzyli. Pachnące świeżością kiełbasy, niemal ciepły chlebek, smalec ze skwarkami, jajka i czyściuteńkie warzywa. Jedli nie profanując nawet jednym słowem tak wybornej uczty, którą zakończyli butelką prawdziwego wina.
– I jak? – zapytał Nazwisko kiedy skończyli.
– Oj, gościu. – westchnął Bert. – To nie było żarcie tylko poezja. Jak ty to zdobywasz?
– No cóż, przyznaję, nie było lekko. Przynajmniej na początku. Po pierwszym miesiącu wyglądałem dokładnie jak wy i w ekspresowym tempie zbliżałem się do totalnego zmuzułmanienia. Dopiero potem dałem sobie spokój z pracą ku chwale III Rzeszy i otworzyłem własny biznes. Wtedy raz dwa odbiłem się od dna zyskując oprócz żarcia szacunek na całym bloku.
– Jak?
– No cóż, harując i więdnąc w obozie, cholernie intensywnie zastanawiać się zacząłem co takiego mógłbym ludziom zaoferować samemu przecież nic nie mając, tak żeby się nie napracować i przy okazji dobrze na tym zarobić.
– Trudne zagadnienie. – przyznał Ned. – Myślę od początku o tym samym ale jeszcze nic sensownego nie wykombinowałem.
– Ja tak samo. – dodał Bert. – Więc na czym zarobiłeś? Handel żarciem?
– Nie. Już na początku uznałem, że to bez sensu bo wszystkich i tak bym nigdy nie nakarmił. Poza tym przecież żadnych pieniędzy również w obozie się nie używa więc w rachubę wchodziłby jedynie handel wymienny a to za bardzo zagmatwane jest i upierdliwe. Trzeba by gdzieś towar trzymać, zabezpieczać i nieustannie chronić przed konfiskatą lub kradzieżą. Słowem to bez najmniejszego sensu, zwłaszcza w pojedynkę. Zamiast więc handlu nastawiłem się na potrzeby duchowe. Otworzyłem biznes spowiedniczy, panowie.
– Że co proszę? – przerwał mu Bert.
– Terapia duchowa. – wyjaśnił Nazwisko. – Nie mając samemu niczego, tylko to mogę dać ludziom również pozbawionym wszystkiego w tym uwaga, nadziei.
– Czyli zaraz. – upewniał się Ned. – Spowiadasz ludzi a oni umierając z głodu są tak głupi, że oddają ci za to własne pożywienie?
– I to jeszcze ile. – odparł Nazwisko. – Nawet nie podejrzewacie jacy mogą być ludzie hojni, kiedy się ich cierpliwie wysłucha a potem umiejętnie pocieszy.
– To odrażające chłopie. – rzucił Ned. – Żerujesz po prostu na tych biedakach jak najgorsza kanalia.
– I to według najlepszych, sprawdzonych na przestrzeni wieków, kościelnych wzorców. – uzupełnił jego wypowiedź z uśmiechem Nazwisko.
– Jesteś naprawdę obleśny. – rzucił Bert i zaraz dodał. – Chyba wiesz o tym, że w naszych czasach jakakolwiek działalność w charakterze psychoanalityka lub spowiednika oprócz tego, że jest nieetyczna jest również nielegalna?
– Nie jesteśmy w naszych czasach, to raz. – ten odparł bez najmniejszego cienia wstydu i zaraz dodał. – Po drugie, to nie ja popierdoliłem coś z transferem myląc się w obliczeniach o prawie pół roku. Po trzecie w końcu, to nie ja wymyśliłem obozy, jasne?
– No niby racja.
– Więc jeśli w ogóle ktoś ma zostać tu zamordowany, niech to nie będę ja, zgoda? To przecież całkiem proste, prawda? Mając więc do wyboru życie albo śmierć, w sumie nie ma wyboru, zgoda?
– Co o tym sądzisz Ned?
– Sam nie wiem. – ten odparł bijąc się z myślami.
– Jeśli macie co do mojej działalności jakieś wątpliwości, pozwólcie że ułatwię wam uzyskanie prawidłowej odpowiedzi i zapytam wrednie, żarcie smakowało?
– Dobra, przekonałeś nas. – stwierdził Ned.
– No widzisz, przez żołądek jeszcze szybciej kumasz. Poza tym, mając do oporu pożywienia jestem w stanie utrzymywać w dobrym stanie ze dwudziestu innych więźniów realnie zwiększając w ten sposób ich naprawdę marne szanse na przeżycie. Takich jak ten z dołu na przykład. – Nazwisko pokazał na niższą pryczę. – Facet sam się zgłosił do pomocy o każdej porze dnia lub nocy w zamian za dwie kostki smalcu tygodniowo i zapewniam was, że gdybym mu przemawiał do honoru i zniechęcał go na wszystkie możliwe sposoby do usługiwania, miałbym zamiast wdzięczności śmiertelnego wroga. Wierzcie mi lub nie ale takie są w obozie układy. Płacę więc żarciem komu się da i za co tylko się da, żeby maksymalnie wiele osób dało się utrzymać. Jeden ścieli moje łóżko, inny myje michę, ktoś tam sprząta i tak to się kręci. Nawet kapo się nie wtrąca tylko sam mnie za butelkę wina tygodniowo zwalnia z pracy i pozostawia na bloku, po to żebym mógł spokojnie na te jego wino zapracować. Gdybym mu oznajmił, że nie chcę być traktowany lepiej niż inni i że pragnę pracować na zewnątrz tak jak pozostali, najprawdopodobniej jeszcze by się gość obraził i mnie pobił lub utopił w umywalni, więc wolę żyć z nim w zgodzie i mimo że to najgorszy skurwysyn jakiego widziałem, dawać mu co tydzień te cholerne wino i mieć święty spokój. Obóz panowie ma swoje własne zasady, swój kodeks, swoje prawa i reguły. Nie można tego co się tu dzieje oceniać jakąkolwiek zewnętrzną miarą. Poza tym oceniać go mogą wyłącznie ci którzy w nim osobiście byli. Żadne inne głosy nie mają znaczenia, więc sram z wysoka na to, co o spowiednikach twierdzi się w naszych czasach, ponieważ w naszych czasach oni robią to dla zysku a nie dla przetrwania. Teraz rozumiecie?
– Mhm. – mruknął Bert.
– Mi takie wyjaśnienie też wystarcza. – dodał Ned. – Poza tym to tylko dodatkowo mnie utwierdza w przekonaniu żeby wypierdalać stąd i to jak najprędzej.
– Święte słowa, człowieku. – przyznał mu Nazwisko i dodał po chwili. – Dobra, robi się naprawdę późno. Najwyższy czas żebyście już wracali do siebie i złapali przynajmniej z godzinkę snu, bo jak nie ma snu samo dobre żarcie w przetrwaniu nie wystarczy.
– Jasne, to na razie i dzięki za koryto.
– Nie ma sprawy. Trzymajcie się i do jutra.
Tej nocy po raz pierwszy od przybycia zasypiali najedzeni. Idąc spać byli tak nasyceni, że nawet poranna pobudka aczkolwiek rychła, nie mogła wyprowadzić ich z równowagi. Wrzeszczący w niebogłosy i skaczący jak małpa po pryczach kapo, który walił o świcie na oślep wszystko co wlazło mu pod rękę po raz pierwszy ich nie stresował tego ranka. Nie stresował, ponieważ nie skakał i nie pałował nogą od krzesła nikogo.
Z odrobiną ciekawości rozejrzeli się po bloku, jakby nieco za czymś utęsknieni, chociaż nie do końca, ponieważ z pewnością nie była to tęsknota z jaką rozgląda się za rodzicami na przykład zagubione dziecko. Tęsknota na ich twarzach bardziej przypominała uczucia z jakimi żegna się paczkę nadaną w klozecie.
Kapo niemal natychmiast się odnalazł, zupełnie jakby przeczuwał że ktoś go szuka.
Z trudem wygramolił się ze swojej nory a potem przez całą pobudkę i ścielenie łóżek stał na progu kapówki ciężko podpierając się na swojej pałce dla zachowania równowagi. Z wczorajszego spojrzenia nie było w jego oczach najmniejszego nawet śladu. Jego twarz była obecnie potulna jak u domowego kotka i w zasadzie to tylko po niej odgadli w jakim był nastroju, ponieważ grube wały opuchlizny, jakie spowijały jego głowę, niemal uniemożliwiały ujrzenie jego oczu.
– Nie martw się Karl, będzie dobrze. – wychodząc na apel pozdrowił go na powitanie Ned przegryzając ze znudzeniem na pół pętko suchej kiełbasy jakie wczoraj zabrał sobie z gościnnego kuferka na śniadanie.
– A kto wie, może będzie jeszcze lepiej. – dodał w stronę osowiałego kapa Bert.
Kapo przełknął ślinę i nic nie odpowiedział.
Minutę później stali już wśród innych więźniów w formacji apelowej.
Z placu apelowego widać było Alpy. Jak z pomocą translatorów przekazał im Nazwisko był to nieomylny znak nadchodzącego wkrótce deszczu.
To nie była pomyślna wiadomość zważywszy na czekającą ich dniówkę na otwartym powietrzu.
– Będzie lało, bez dwóch zdań. – powtórzył Nazwisko. – Po apelu sugeruję żebyście nie łapali się za łopaty ani taczki tylko wzięli te kawałki szkła pod murem. – poradził im życzliwie.
– Ok. – odparli.
Wkrótce przekonali się że Nazwisko po raz kolejny miał rację. Kiedy bowiem maszerujące z łopatami na ramionach kanalkommando znikało im z oczu w strugach deszczu oni siedzieli już na drewnianych koziołkach pod przytulnym dachem nowo wznoszonych baraków skrobiąc zawzięcie nieoheblowane ściany kawałkami szkła do gładkości.
– Niezła robota, co?
– Dzięki stary. – odparł Bert. – Chyba bym dzisiaj zdechł targając na plecach w tym deszczu te podkłady kolejowe w błocie po kolana.

* * *

Dachau, Niemcy 15 sierpnia 1942

W nowo odkrytej w ten sposób robocie, czyli na skrobaniu ścian upłynęły im trzy spokojne dni. Przed przenikliwym wiatrem chroniły ich ściany a przed deszczem dachy skrobanych szkłem baraków. W połączeniu z obfitym jedzeniem jakie im dostarczał nocami Nazwisko w ekspresowym tempie powracali do formy.
Po trzech dniach kość Neda była już zrośnięta i obwody transferowe odzyskały zdolność do działania. Ucieczkę zaplanowali zatem na dzisiejszą noc, zaraz po zgaszeniu świateł, żeby mieć maksymalnie dużo czasu do chwili jej odkrycia na porannym apelu.
W celu zaplanowania ostatecznych szczegółów, tego dnia wybrali do oskrobania najbliżej położony drutów barak.
– Jak wygląda sytuacja? – rzucił im przez translatory Nazwisko przebywający tradycyjnie na swoim bloku, gdzie zwyczajowo udzielał terapii obozowym prominentom.
– No więc tak. – zaczął Bert rozglądając się po okolicy. – Mamy tu zwykłe ładne ogrodzenie z drutu kolczastego. Oczywiście pod napięciem. – dodał spluwając kontrolnie na druty, które natychmiast po tym zaiskrzyły.
– To przecież wiem. Co jest dalej?
– Dwadzieścia metrów dalej na lewo widzę chyba doskonałe miejsce do ucieczki.
– Opisz je dokładnie.
– Budki wartownicze są niedaleko co prawda, ale gdyby tak uszkodzić jedną, jedyną żaróweczkę cały ten teren znajdowałby się wówczas w głębokim cieniu krematorium.
– Doskonale, to się da załatwić. A jak w tym miejscu jest za drutami?
– Co dziesięć minut łazi tam i z powrotem wartownik z jakimś stworzeniem a potem są kolejne druty. Chyba też pod napięciem.
– To raczej pewne jeśli na słupach są izolatory.
– Są. – zapewnił go Ned.
– Jaka jest tam odległość między ogrodzeniami?
– Siedem, osiem metrów.
– To powinno wystarczyć. – ucieszył się Nazwisko. – A jeszcze dalej?
– Dalej teren jak marzenie. Jakaś łąka, wysoka po pas trawa, potem las i na lewo wiocha.
– Doskonale. – ucieszył się Imię. – Jest coś jeszcze interesującego?
– Przylazło właśnie do nas stworzenie wartownika. – dodał Bert patrząc w oczy olbrzymiemu owczarkowi, który stojąc po drugiej stronie ogrodzenia oblizywał się spoglądając spod byka na niego. – Ma interesujące zęby.
– Czy ma może poszarpane lewe ucho? – zapytał Nazwisko.
– Owszem. I żółte oczy.
– To Bruto. – oznajmił Imię. – Skurwiel nigdy nie wydaje z siebie głosu.
– O, to miło z jego strony. – zauważył Ned.
– Tak. – stwierdził Imię. – Dotychczas zagryzł sześciu więźniów. Prawda że milusi?
– Jasne. Z tym wyrazem mordy wygląda zupełnie jak komornik sterczący przy wideofonie. – stwierdził Ned odwracając się od psa i wracając do przerwanej pracy.
Reszta dnia upłynęła im spokojnie na skrobaniu. Chwilami nawet nieźle się ubawili podsłuchując w translatorach terapię jaką praktykował Imię. Chociaż przeszkadzali mu jak mogli złośliwie ją komentując i wtrącając do niej swoje uwagi, tego dnia nic nie mogło go wyprowadzić z równowagi, ponieważ to był dzień na który czekał od niemal pół roku.

* * *

Wieczorem, już tradycyjnie spotkali się na jego pryczy.
– Jak stoimy z kamuflażem? – Nazwisko rzucił do nich na powitanie.
– Mój jest sprawny. – odparł Bert przysiadając obok.
– Mój prawie kompletnie zniszczony. – rzucił Ned. – Mogę kamuflować tylko prawą dłoń i kawałek nogi.
– Cóż, ja nie mam kamuflażu wcale. – oznajmił Nazwisko smętnie.
– Nie dali ci kamuflażu?
– Pewnie że dali, a jak? Tylko że gdybym go miał sprawnego, już dawno wyszedłbym stąd chociażby przez bramę. – ten odparł. – Otto i Lepke sprawili, że cały poszedł się dokumentnie pieprzyć i to już po pierwszym przesłuchaniu.
– No tak racja… Otto. Ten to miał ciężką rękę…
– A jak wasze obwody?
– W pełni sprawne. – odparł Ned. – Jeszcze rano gruntownie je sprawdziliśmy przerzucając się na próbę po całej umywalni.
– Doskonale. Jaki macie zasięg?
– Stuprocentowy do dwudziestu metrów. Potem nie ma już gwarancji. – odparł Ned. – Raz tylko spróbowałem dać dwadzieścia pięć ale jak mnie walnęło o drzwi do klozetu, dałem sobie spokój z eksperymentami. – dodał pokazując świeży siniak i rozcięcie z tyłu głowy.
– Świetnie, dwadzieścia w zupełności nam wystarczy. – ucieszył się Nazwisko.
– A twój? – zapytał go Ned.
– Pół metra.
– Tylko?
– Taa, to też dzięki Lepkiemu. – ten odparł z niechęcią. – Bez was jakakolwiek moja ucieczka byłaby bez szans.
– Widzisz? – słysząc to zwrócił się Ned do Berta. – Miałem nosa nie idąc z Lepkem w zaparte, tylko umiejętnie z nim rozmawiając. Gdyby nie ja, też bylibyśmy obecnie poturbowani i kto wie czy w ogóle planowalibyśmy stąd ucieczkę z niesprawnymi transmiterami.
– Może i miałeś nosa przyznaję, ale twoje umiejętne rozmowy to sprawa mocno dyskusyjna. – Bert skrzywił się na wspomnienie przesłuchania.
– Chwila, czy to oznacza że Otto z Lepkem was nie bili? – rzucił ze zdumieniem Nazwisko. – Kurwa, nie mogę w to uwierzyć, bo mnie okładali regularnie.
– Trochę bili, potem nie bili. – Bert wzruszył ramionami. – Różnie bywało.
– Był nawet taki dzień, że Lepke zrobił kawę. – dodał Ned.
– Nie mogę uwierzyć, że poszliście z nimi na współpracę. – Imię stwierdził z zaskoczeniem. – Nie wy przecież. Hmm, panowie moraliści.
– Nikt z nikim nie współpracował, do cholery. – zdenerwował się Bert. – Ja się do niego nawet nie odzywałem a i tak Otto oderwał mi małego palca. W sumie powiem ci, że Ned wciskał mu bez przerwy taki kit, że Lepke ostatecznie nie wyciągnął od nas nawet naszych danych personalnych. – dodał z satysfakcją.
– Ze mnie wyciągnął. – stwierdził posępnie Nazwisko. – Już po czwartym palcu wiedział jak się nazywam ale i tak nie uwierzył, no więc odrywał dalej…
– Hmm, dziwny jest ten stary świat. – rzucił Ned filozoficznie.
– A w przerwach między palcami nie było nawet mowy o kawie. – dodał jeszcze Imię ze skargą.
– No nie dramatyzuj tyle. Twoje palce odrosły dawno już i w ogóle lepiej dałeś sobie tutaj radę, podczas kiedy my zwyczajnie zdychaliśmy z głodu.
– Ok. Zresztą Lepke jest teraz nieważny. Spójrzcie zrobiłem procę. – zmieniając temat stwierdził Imię wyciągając spod siennika kawał gumki od słoika.
– No nie wiem stary, to nie wygląda zbyt obiecująco. – podniósł ją do oczu Ned. – Jakaś ona cała jest parchata, no i w paru miejscach popękana…
– Ale w zupełności nam wystarczy. – ten zakomunikował w odpowiedzi z dumą wkładając zdobyczną gumkę do kieszeni pasiaka.
– A zatem? – rzucił nieco już zniecierpliwionym tonem Bert.
– Ruszamy. Wy idźcie pierwsi. – odezwał się Nazwisko. – Jak tylko pozałatwiam parę spraw, zaraz do was dołączę. Spotkamy się przy krematorium.
– Tylko pośpiesz się. – rzucił do niego Ned wychodząc jako pierwszy z bloku.
Najpierw on potem Bert, pojedynczo opuścili barak i przekradli się bez problemów w pobliże krematorium.
Kiedy wyszli, Nazwisko wyjął boczną deskę z pryczy i jak tylko poupychał po kieszeniach nieco jedzenia w zasadzie gotów był do drogi. Jeszcze przed samym odejściem zbudził sąsiada z dolnej pryczy i w zwięzłej formie uczynił go spadkobiercą bezcennego kuferka obdarowując go na pożegnanie równie bezcennym kluczykiem do niego.
Już miał wychodzić z baraku, kiedy do jego pryczy podeszła jakaś postać która się wynurzyła z mroku.
– Co jest? – zapytał nerwowo czując się z wypchanymi kieszeniami jak przyłapany złodziej.
– Muszę porozmawiać.
– Jest noc do cholery. Przyjdź z rana. – domyślił się po łagodnej odpowiedzi, że to musi być ktoś po terapię.
– Nie mogę dłużej czekać. Wiem że paru ludziom już pomogłeś, nawet bardzo i dlatego…
– Znamy się w ogóle?
– Raz rozmawialiśmy. Dawno, jakieś trzy miesiące temu.
– Aha, zresztą i tak nie pamiętam. Zrozum, nie mam na to teraz czasu. Szedłem do kibla, bo mam parcie…
– Musisz mi pomóc. – postać chwyciła go za rękę.
– No więc dobra, byle szybko.
– Wielkie dzięki. Mam kiełbasę ze wsi…
– Do rzeczy. – Nazwisko gestem dał do zrozumienia, że zapłata go nie interesuje.
– Nie wiem od czego by zacząć. – w głosie postaci dało się słyszeć wahanie.
– Dobra, no to idź się dowiedz i przyjdź rano.
– Już wiem. Mam lęki.
– Nazwisko? Gdzie jesteś? – rozległo się w jego translatorze.
– Już idę. – odparł machinalnie.
– Co takiego? – zapytała postać.
– To nie do ciebie. – odparł.
– Więc do kogo?
– Do nikogo. Czasem gadam sam ze sobą. Jakie lęki?
– Z kim rozmawiasz? – rozległo się ponownie w translatorze.
– Sorry, ale ktoś właśnie przylazł po poradę. – odparł tym razem nie poruszając wargami.
– Więc go spław. Czas ucieka.
– Właśnie próbuję więc nie przeszkadzajcie mi, to pójdzie prędzej. – odparł ze złością i dodał już na głos. – Jakie cię trapią lęki?
– Straszne lęki.
– Dobrze. Jakiego typu są to straszne lęki?
– Obawiam się… – postać się zawahała.
– Tak? – rzucił nieco zniecierpliwiony. – Nie pomogę ci jeśli tego nie wykrztusisz.
– Gwałtu. Najbardziej obawiam się gwałtu.
– Nazwisko do diabła, chcesz by się rozjaśniło? – padło ponownie w translatorze. – Do dupy z takimi błahostkami. My się z Bertem o wiele bardziej lękamy, ponieważ droga jest daleka a noce są naprawdę krótkie latem.
– Nie podsłuchujcie. – rzucił do nich ze złością.
– Kto podsłuchuje? – zapytała postać.
– Eee… nic, to tylko moja gorsza część osobowości. – odparł. – Nie przejmuj się. Więc tak, jeśli chodzi o gwałt…
– No szybciej. – kolejne ponaglenie. – Nie możemy czekać w nieskończoność.
– Dajcie mi pół minuty, dobra?
– No nie wiem człowieku? To kupa czasu i…
– Na pół minuty zamknijcie po prostu wasze wścibskie mordy. – doprowadzony do ostateczności rzucił przez translator z maksymalnym jadem.
– Dobra. – rozległo się po namyśle w translatorze głosem Berta. – Pół minuty i ani sekundy więcej. Jak się znowu nie wyrobisz to tak na ciebie wsiądziemy, że… lepiej nie pytaj.
– Wpierw wsiądziemy a potem idziemy sami. – uzupełnił Ned. – Masz trzydzieści sekund albo… całą resztę z dwudziestu pięciu lat.
– Tak więc na czym stanęliśmy? – zapytał Nazwisko nerwowo mimowolnie odliczając w myślach upływające sekundy. – Ach mam, więc jeśli chodzi o lęk przed gwałtem, to hmm…
Przerwał ponieważ tamci niestety nie powyłączali swoich translatorów i wciąż dobiegała go rozmowa jaką sobie prowadzili. Rozmowa która na pewno nie pomagała w skupieniu uwagi:
– Bert?
– Taa?
– Słyszałeś najnowszy dowcip jaki krąży po obozie?
– Ten o zakochanym w kapo esesmanie?
– Nie?
– Więc słuchaj. Była sobie raz kobieta…
– Jaka kobieta?
– Nieważne, zwykła. No więc sobie była. Bardzo chciała mieć dzieciaka, rozumiesz?
– No.
– Chciała ale nie mogła, no wiesz…
– Dlaczego?
– Kurwa, nie wiem dlaczego, nie o to chodzi. Chodzi o to że ona też nie wiedziała.
– A my się dowiemy?
– Jeśli tylko przymkniesz się i dasz mi dokończyć, wtedy się dowiesz. – rzucił Ned złośliwie a kiedy Bert zamilkł opowiadał dalej. – Chciała mieć dziecko, bardzo mieć chciała. Ale jak tylko zaszła to zaraz poroniła. Raz, drugi a potem trzeci. Zaczęła się zastanawiać więc ta kobieta, co jest z nią nie tak, że nijak nie może urodzić. Zastanawiała się tak i zastanawiała aż w końcu postanowiła pójść z postępem medycyny i wezwać doktora. Doktor przyjechał, kobitę wysłuchał i zbadał a na zakończenie jej tak powiada: jak pani zajdzie ponownie proszę się skontaktować ze mną i przede wszystkim porzucić precz wszelkie obawy. Kobieta mu wprost nie chciała uwierzyć że to tylko sprawa psychiki, no ale doktor ją długo i cierpliwie zapewniał że jeśli tylko ona mu zaufa to wszystko się jakoś ułoży. Poza tym dodał skoro poroniła to znaczy że płody lub ciąże były bardzo prawdopodobnie wadliwe i nie wiadomo czy nie stało się lepiej że nie zdążyła urodzić. W tym stylu właśnie nasz doktor kobietę pocieszał i nie przerywał nawet na jedną chwilę walki o pozyskanie jej zaufania. No więc kobieta w końcu mu zaufała. Rozumiesz?
– Tak. Kobieta mu zaufała i porzuciła obawy. – odparł Bert.
– Dokładnie. Więc zaraz po tym jak mu zaufała ponownie zaszła. I jak tylko dostała brzucha wezwała z powrotem naszego doktora. Ten przyjechał, przez całą ciążę ją przeprowadził, aż wreszcie wybiła godzina porodu. No więc kobita jęczy, prze, oddycha i ufa. Aż w końcu uwaga… bęc i rodzi dzieciaka. Jak tylko przecięto mu pępowinę doktor mówi do kobiety: to chłopiec. Kobieta mimo całego zaufania jakie miesiącami pompował w nią doktor oraz płaczu dzieciaka i tak nie wierzy jeszcze tak do końca w swoje szczęście więc pyta tego naszego doktora: czy syn jest zdrowy? A doktor na to: spokojnie, spokojnie, mówiłem przecież że wszystko się jakoś ułoży. Ma pani całkiem normalne dziecko, pani Hitlerowa.
Nazwisko stłumił cisnący mi się na usta chichot i powrócił spojrzeniem ku postaci.
– Ach tak, no więc jeśli chodzi o sam lęk przed gwałtem, to widzisz…
– Tak? – postać przysunęła się bliżej tak że ujrzał jej twarz w blasku Księżyca.
– To widzisz, w zasadzie… nie tu widzę podstaw do żadnych obaw.
– Ależ ja się bez przerwy boję. Wręcz panicznie boję się, że mnie w obozie zgwałcą i to zbiorowo…
– Więc nie lękaj się.
– Dlaczego?
– Ponieważ żeby w ogóle doszło do gwałtu, najpierw ktoś musiałby nieszczęśliwie się pomylić biorąc cię za kobietę.
– Ja jestem kobietą!
– Och. – Nazwisko z rezygnacją spuścił głowę. – No tak, cóż… a zatem… w takim razie, tego… miałem na myśli, że sama widzisz jak nieszczęśliwie cię obdarzono. To fakt i wiesz co?
– Co?
– Bądźmy dalej szczerzy. Wyglądając jak wyglądasz i tak nie znajdziesz nigdy chłopa tylko na sucho się zestarzejesz. Musisz więc zaakceptować obiektywnie fakt, że wyglądając jak stara panna z męskim głosem oraz wydłużoną twarzą, gwałt… nie byłby wcale najgorszym rozwiązaniem.
– Nie?
– Wręcz przeciwnie, na twoim miejscu nigdy bym się go aż tak nie obawiał nie mając pod ręką innej alternatywy.
– Naprawdę!
– Zaufaj mi. To klucz do twoich lęków. – stwierdził wstając. – Powiem ci wprost, czekaj na ten gwałt z utęsknieniem. To jedyna droga do spraw seksualnych. Wyjdź obawom odważnie naprzeciw. Staw lękom czoła a pokonasz w końcu wszystkie strachy.
– Dziękuję.
– Żyj bez lęku. – rzucił wychodząc. – Uwierz w siebie i żyj bez trwogi… gdzieś daleko.
Berta i Neda zastał drepczących nerwowo za węgłem ceglanego muru krematorium.
– Już dłużej nie można kurwa było? – usłyszał kiedy tylko znalazł się w zasięgu ich wzroku.
– Co ja mogę biedny począć, że gwałtu zawsze boją się te, którym gwałt się nawet w snach nie przydarzy? – odparł Nazwisko wzruszając ramionami. – Gdybyście tylko ją widzieli… hmm. Nawet gdyby ją ktoś omyłkowo napadł w ciemnym zaułku to zaraz by jej oddał portfel na jakimś długim kiju a co tu dopiero gadać o gwałtach jakiś…
Nazwisko podszedł do nich ignorując pełne wyrzutów spojrzenia, po czym z miną profesjonalisty wydobył z kieszeni gumkę od słoika. Widzieli jak ją wyciąga, ocenia i starannie przywiązuje jej końce na dwóch palcach. Następnie zobaczyli jak Imię podniósł z ziemi odpowiedni kamyk i umieścił go w procy. Nawet sylabą nie przerywali jego pełnych celebracji przygotowań. Wodzili tylko wzrokiem między nim a krążącym w oddali wartownikiem.
Nazwisko odczekał cierpliwie aż wartownik znajdzie się w najdalej oddalonym punkcie i dopiero wtedy wychylił się zza węgła odrobinę. Następnie starannie stanął w rozkroku, wycelował procę po czym wystrzelił.
Kamyk minął żarówkę o kilka centymetrów i uderzył z cichym brzęknięciem w jedno z okien na wartowni esesmanów.
Zamarli bez ruchu chowając na powrót głowy w cieniu.
Minęła nerwowa minuta.
Na szczęście nikt włącznie z wartownikiem nie zwrócił na brzęknięcie uwagi. Jedynie pies na chwilę uniósł łeb w tamtą stronę ale kiedy wartownik szarpnął go za smycz ten posłusznie podreptał z powrotem za nim.
– Rany, postaraj się bardziej człowieku zanim postawisz cały obóz na nogi. – jęknął Ned z ulgą kiedy minęło już zagrożenie.
– Teraz pójdzie lepiej. – Imię odparł ponownie napinając procę. – Tylko w żadnym razie mnie nie rozpraszajcie. – dodał ostrzegawczo.
Dla lepszej koncentracji Nazwisko zmrużył jedno oko, podparł łokieć o szczerbę w murze i ponownie wycelował. Kiedy proca była maksymalnie naciągnięta, gumka pękła, kamyk upadł a koniec gumki z trzaskiem strzelił go w nie zmrużone oko.
– Ożesz kur…!
– Ciiiii. – przewracając go na ziemię błyskawicznie go uspokoili poprzez docisk ust do błota…
Pies tym razem nieco dłużej gapił się w ich stronę ale ostatecznie jakimś cudem ich nie zwęszył. To jednak było już ponad wytrzymałość Berta. Obrzucił zgoła niesympatycznym spojrzeniem nadal biadolącego nad swym okiem Nazwiska po czym włączył kamuflaż i… wyszedł z cienia. Następnie podszedł do latarni, wspiął się na palce i wykręcił z niej żarówkę, ot tak po prostu.
Widząc to Imię otworzył ze zdumienia usta oraz załzawione oko a Ned z kretyńską miną raz po raz uderzał się otwartą dłonią w czoło.
Kiedy żarówka zgasła esesman z psem natychmiast odwrócili się w jej stronę. Po chwili poświęconej na obserwację okolicy wartownik wzruszył ramionami i pomaszerował sobie dalej.
Podeszli do czekającego pod latarnią Berta. Tam uruchomili swoje komputatory. Po kilkunastu sekundach wszystko było gotowe.
– Podchodzimy do pierwszego ogrodzenia i odpalamy normalny, czterosekundowy transfer? – dla pewności czy wszystko jasne zapytał Bert. – Ty zabierasz Imię?
– Dokładnie. – odparł Ned.
– Więc do roboty.
Pierwszy do transferu poszedł Bert. Stanął pół metra przed ogrodzeniem i uruchomił sekwencję na swym przedramieniu.
Ned i Nazwisko również odliczali jego transfer we własnych myślach. Kiedy odliczanie się skończyło Bert zniknął im z oczu w jednej chwili.
Ned z Bertem poświęcili niemal cały poprzedni dzień usiłując co nieco dowiedzieć się na czym tak w zasadzie polegają minitransfery. Ponieważ temat był na czasie, nagabnęli w tej sprawie translatora. Ten jednak, zapytany o szczegóły udzielał im albo mających zamaskować jego niewiedzę wykrętnych odpowiedzi, albo zasypywał tak szczegółowymi danymi technicznymi, że niemal niczego z nich nie zrozumieli. Dyskusja na ten temat ostatecznie skończyła się niewąską sprzeczką w czasie której translator na jakieś trzy godziny nawet się obraził po czym zamilkł nie odzywając się do Neda, ponieważ ten mu naubliżał. W ostatecznym rozrachunku wycisnęli z niego pod wieczór informację, że minitransfery mają jakiś bliżej niewyjaśniony związek z ruchem obrotowym Ziemi w otaczającej ją przestrzeni. Zmuszony do ostateczności pod groźbą wyjęcia baterii, translator dodał również, że prędkość ta wynosi około czterech metrów na sekundę i w związku z tym każdy punkt na jej powierzchni pokonuje w czasie jednej sekundy taką właśnie odległość. Stąd już metodą dedukcji wyciągnęli proste wnioski, że przemieszczenia lokalne na powierzchni Ziemi mają wzajemną zależność wynoszącą cztery metry na sekundę a metodą prób i bolesnych błędów przekonali się doświadczalnie, że ich wewnętrzne transmitery działają doskonale w granicach pięciu sekund. Przy wartościach większych, ich moc wyraźnie słabnie i dochodzi do przerzutów niezupełnie trafnych i przewidywalnych. Ned przekonał się o tym osobiście, kiedy zachęcony przez translatora zwiększył śmiało moc i zamiast na środku umywalni znalazł się na drzwiczkach od klozetu, ponieważ przy osłabionej zasięgiem mocy zniosło go nieco na południowy wschód od kierunku początkowo obranego. Translator zapytany o przyczyny wyjaśnił w odpowiedzi, że ma to coś wspólnego z kierunkiem wiatru słonecznego. Ned zaprotestował że nie o to pytał ale nie chcąc się z nim znowu przekomarzać obmył z głowy krew i dał tematowi za wygraną.
Bert pojawił się po chyba czterech najdłuższych sekundach ich życia lądując z cichym trzaskiem w trawie. Było to kilka metrów poza drugim ogrodzeniem.
– O kurwa! – natychmiast rozległ się jego przerażony głos w translatorach.
Zamarli i wytrzeszczyli oczy w jego stronę. Zdążyli jedynie zauważyć jak jego sylwetka rozpaczliwie macha rękoma i natychmiast znika im na powrót z pola widzenia.
Zapadła dzwoniąca w uszach cisza.
Po sekundzie Ned rzucił z niepokojem wpatrując się w milczącą ciemność za drutami.
– Bert?
Po bardzo długiej chwili nad trawą pojawił się uniesiony kciuk zaginionego. Zaraz po tym popłynęło w translatorach ostrzeżenie.
– Uważajcie, po drugiej stronie jest jakieś pieprzone bajoro.
– Bajoro? – zapytał Ned.
– Tak, jakiś rów do cholery. Teraz wy. No dalej.
– Czy są tam jakieś pułapki? – zapytał Ned któremu nie wiedzieć czemu przypomniał się jakiś film z rycerzami w grzechoczących zbrojach.
W filmie tym to nie rycerze jednak odegrali główne role tylko fosa wypełniona sterczącymi szpikulcami, które przerzedziły większość rycerzy oraz wodą która wytopiła mniejszość.
– Nie ma pułapek jeśli nie liczyć, że coś obleśnego tutaj w kółko kumka i rechocze. – ten po chwili odpowiedział. – Utknąłem po pachy w tym rechoczącym gównie, bo nie widziałem wcześniej żadnego rowa.
– Przestraszyłeś mnie człowieku. – odparł z ulgą Ned. – Idziemy do ciebie.
Podeszli z Imieniem bliżej ogrodzenia gdzie stanęli bliżej siebie po czym objęli się ramionami aby znaleźć się w zasięgu pojedynczego pola.
Ned uruchomił sekwencję i na wszelki wypadek przycisnął Nazwisko jeszcze mocniej ramionami.
– No dalej. Na co czekacie? – usłyszeli jeszcze ponaglenie Berta po czym zniknęli.
Cztery sekundy później zmaterializowali się objęci w dalszym ciągu.
– No i po wszystkim. – westchnął z ulgą Imię. – O kurwa, co to jest? – dodał omal nie nadziewając się na kolczaste ogrodzenie.
– Ludzie? Gdzie do diabła was przerzuciło? Nie widzę was. – rozległo się wołanie Berta. – Co wy tam robicie? – ten zaraz dodał dostrzegając ich w końcu pomiędzy ogrodzeniami na pasie wydeptanej ziemi.
– Jak to się stało? – jęknął zdruzgotanym tonem Ned z przerażeniem rozglądając się wokoło.
– Po prostu nie wziąłeś pod uwagę zwiększonej pasażerem masy. – uprzejmie poinformował go translator.
– Teraz mi to kurwa mówisz?
– Wcześniej nie pytałeś.
– Przysięgam, że rozkręcę cię na pojedyncze śrubki.
– Więc radź sobie teraz sam. – ten odparł obrażonym tonem.
– Translatorku żartowałem.
– Akurat.
– Naprawdę. Masz moje słowo, że jak tylko nas stąd wyciągniesz to dam ci jutro do oporu się poelektryzować w jakimś przytulnym pudle z elektromagnesami. Doładujesz sobie pamięć, potem puścisz przez nią elektrony…
– Słowo?
– Słowo.
– Mam to nagrane. – zastrzegł się jeszcze translator po czym dodał. – Stań twarzą na wschód i ustaw zakres na piętnaście metrów.
– Jest środek nocy.
– To prawda.
– Więc skąd mam kurwa wiedzieć gdzie jest wschód? Nie możesz jaśniej?
– Znowu na mnie krzyczysz.
– Esesman zawraca. – zauważył obserwujący ich zza drutów Bert.
– No dalej. – jęknął Ned do translatora. – Wykrztuś wreszcie gdzie ten wschód bo nie będzie mnie, ciebie i magnesów tylko krematorium.
– A skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? – zapytał go translator. – Mam doktorat z filozofii i nie jestem jakimś tam kompasem.
– Słońce wschodzi tam. – Nazwisko wskazał palcem kierunek na wartownię esesmanów.
– Jesteś pewny? – zapytał go Ned z niedowierzaniem.
– Po pięciu miesiącach też byłbyś.
W tym samym momencie zwęszył ich pies wartownika. Wyrwał mu z ręki smycz i co było jeszcze straszniejsze zupełnie go zignorował. Jakimś nieprawdopodobnym przyśpieszeniem runął prosto w ich stronę. Nawet nie warknął ani razu ostrzegawczo, tylko w miarę jak się zbliżał coraz ciężej dyszał wywalając na wierzch jęzor, który w nieprzyjemny sposób łopotał podążając za nim.
– To ten Bruto. – zauważył Bert spoza drutów.
– Ile on gadał? – zapytał Ned nerwowo programując sekwencję.
– Piętnaście metrów. – przypomniał Imię mocno go obejmując.
– Trzymaj się.
Na chwilę przed nadbiegającym psem zniknęli. Niemal całkowicie. To znaczy Imię zniknął całkowicie a Ned zostawił w paszczy psa spory bądź co bądź kawałek prawej ręki. Olbrzymi owczarek w momencie kiedy jego ofiary zdematerializowały się był właśnie w fazie wyskoku do gardła. Zanim mocniej zacisnął szczęki na ręce którą się zasłonił Ned, całą siłą swego pędu wpadł na druty gdzie przez chwilę sobie podygotał.
Kiedy po trzech sekundach pojawili się w rowie z wodą z owczarka już się unosiły kłęby białego dymu oraz przenikliwy swąd spalonej sierści.
Kilkanaście sekund później do psa dobiegł wartownik. Trzymając karabin za kolbę odciągnął go lufą od ogrodzenia. Przez chwilę oglądał zesztywniałe truchło, po czym zapalił papierosa a kiedy skończył podszedł do telefonu i zadzwonił.
Po kolejnej minucie na miejsce dotarł czteroosobowy patrol.
Stojąc po szyje w wodzie obserwowali całe zajście wystawiając tylko oczy ponad jakąś pływającą kępkę.
– Kurwa, znajdą nas. – biadolił Bert przez translatora. – To wszystko przez ciebie. – rzucił z wyrzutem do Imienia.
– A niby co ja takiego zrobiłem?
– Spóźniłeś się kurwa i wszystko się popierdoliło. Za chwilę nas nakryją.
– Przeceniasz ich.
– Ja przeceniam? Sam zobacz jak węszą dokładnie z latarkami. To są Niemcy kurwa! Niemcy. Oni nigdy nic nie przegapiają.
– No właśnie. Są zbyt dokładni i dlatego nas nie złapią. – oznajmił Nazwisko. – Spójrz jak cal po calu oglądają ogrodzenie i starannie zadeptują nasze ślady.
– Nazwisko ma rację. – potwierdził Ned robiąc sobie oczami powiększenie. – Te durne szkopy już wszystkie nasze właściwe ślady dokumentnie zadeptały.
Tak było w istocie. Wartownicy nie odkrywszy żadnego uszkodzenia na ogrodzeniu nie sprawdzali nic innego i wkrótce dali sobie spokój, po czym powrócili do wartowni ciągnąc Bruta za ogon po ziemi. Po drodze złożyli jego truchło pod budynkiem krematorium, wypalili wspólnie papierosa i wrócili do siebie.
Starając się poruszać bezgłośnie wydostali się ostrożnie z rowu i pełznąc w trawie oddalali się kilkaset metrów od obozu.
– Gdzie jest portal? – zapytał Imię z ulgą wstając tam na nogi.
– Na polanie koło twojej szopy.
– To po drugiej stronie miasta. – stwierdził Imię. – A do samego Monachium będzie jeszcze z pięć kilometrów.
– W tych ubraniach nie możemy się tam pokazać. Musimy więc obejść miasto wokoło.
– Więc już sam nie wiem czy zdążymy na miejsce przed świtem.
– Musimy.
Do polany dotarli grubo po wschodzie słońca. Nogi zmęczone całonocnym marszem w niewygodnych drewniakach bolały ich niemiłosiernie. Z niekłamaną ulgą Ned przywitał znajomą kłodę na której przysiedli sobie z Nedem zaraz po przybyciu.
Zlokalizowanie portala nie zajęło im zbyt wiele czasu ponieważ teren jaki wcześniej został pomierzony nie był zbyt rozległy. Na jego środku Bert wprowadził sekwencję i zakamuflowane wcześniej urządzenie ukazało się.
Portal umieszczono cztery metry nad ziemią. Było to bezpośrednio w pniu najbliższego rosnącego dębu.
– No dobra panowie. Czas się zabierać nareszcie stąd w cholerę. – radośnie zakomunikował Ned jako pierwszy kładąc dłoń na portalu, kiedy już wszyscy wdrapali się na drzewo.
Portal nie zareagował.
– Co jest kurwa? – Ned położył na nim obie dłonie.
– Pozwól że ja spróbuję. – rzucił Bert kiedy to również nie pomogło.
Później spróbował nawet Nazwisko lecz to także niczego nie zmieniło. Portal tkwił na swoim miejscu bez jakichkolwiek oznak życia, nawet kiedy go ze złością kolejno kopali.
Po półgodzinie daremnych wysiłków zeszli z drzewa.
– I co teraz? – zapytał Bert przysiadając nerwowo na kłodzie.
Odpowiedziało mu jedynie wzruszenie ramionami.
– Jakieś pomysły? Powiedzcie coś do cholery.
– Pogadam z translatorem. – rzucił Ned i dodał. – Translatorku?
– Czego?
– Nie wiesz przypadkiem dlaczego portal nie działa?
– Wiem.
– No to gadaj, kurwa twoja. – wszyscy naraz się ożywili.
– A gdzie moje obiecane wczoraj elektromagnesy?
– Widzisz, one są po drugiej stronie…
– Znowu łżesz. Już nie mogę tego słuchać.
– Wcale nie.
– Drugi raz już mnie nie nabierzesz. Wyłączam się. – odparł translator po czym się wyłączył rozgniewany.
– Translatorku, zaczekaj.
Nedowi odpowiedziała tylko głucha cisza.
– Spróbujcie z waszymi. – rzucił z nadzieją.
Minutę później wiedzieli już, że wszystkie translatory złośliwie się zmówiły i odłączyły moduły do konwersacji, pozostając jedynie na biernych nasłuchach zwykłymi tłumaczami.
– Może by tak kopsnąć raport do Centrali. – po kilku minutach intensywnego myślenia zaproponował Imię.
– Wal chłopie.
– Może oni coś wymyślą. – gorliwie go zachęcili ponieważ wyglądał na najlepiej z nich wszystkich odżywionego.
– Ok.
Imię podwinął rękaw pasiaka po czym wysłał zwięzłą wiadomość. Kontakt tak go wyczerpał, że ze zmęczenia aż zamknął zaraz po tym oczy.
Sekundę po tym jak jego wiadomość została wysłana w portalu na drzewie cos głośno szczęknęło.
– Jesteś wielki. – stwierdził Bert podrywając się z miejsca.
– Masz u mnie skrzyneczkę czego tylko zechcesz jak będziemy w domu. – szczerze mu pogratulował Ned.
Pomagając mu wdrapali się z powrotem na drzewo. Portal przywitał ich zamkniętymi drzwiczkami. Kiedy Ned położył na nim dłoń na wysokości jego oczu otworzyła się wąska szczelina przez którą natychmiast wypadło pismo na metalowej folii. Nie tego się spodziewał toteż nim się zorientował pismo poleciało na ziemię a szczelina na powrót się zamknęła.
– Musimy zejść. – powiedział. – To był chyba jakiś list jeśli dobrze zauważyłem.
Z powrotem kolejno zeszli z drzewa. Na ziemi z dziwnym niepokojem w sercu Ned podniósł z ziemi pismo i głośno przeczytał nagłówek.
– To z Centrali od głównego komputatora.
– No to czytaj człowieku. – zachęcił go Bert.
– Identyfikacja osób pozytywna. Transfer niemożliwy.
– Jak to kurwa niemożliwy skoro nasze id jest pozytywne? – rzucił zdenerwowanym tonem Nazwisko.
– Cicho, niech czyta dalej. – uspokoił go Bert.
– Ogólne prawdopodobieństwo nieprawdopodobnych zmian przekroczone o dwanaście procent. – ciągnął dalej Ned. – O, niżej jest jeszcze bardziej szczegółowo. Zbyt wielkie prawdopodobieństwo nielogicznych zmian przyszłości w przypadku transferu, (koniec analizy, transfer niemożliwy). Koniec wydruku.
– I już? – zapytał Imię. – Co to miało kurwa znaczyć?
– Niczego więcej nie napisali? – zapytał Bert.
– Jak widzisz jest tylko tyle. – oznajmił mu Ned podsuwając pismo bliżej. – O, kurwa. Jest jeszcze coś po drugiej stronie. – zaraz dodał ucieszony. – Uwaga panowie, czytam dalej. Sugerowane rozwiązania: 1 – zmniejszenie ogólnego prawdopodobieństwa nieprawdopodobnych zmian o dwanaście procent. 2 – rezygnacja z transferu.
– I co dalej? – dopytywał się Bert.
– I to tyle. – odparł Ned. – Dalej są tylko wskazówki jak zrealizować któryś z tych punktów.
– No to czytaj je, człowieku. – Bert westchnął z niewyobrażalną ulgą po czym dodał. – Chcesz abym tu padł na zawał?
– Możliwe opcje realizacji punktu 1–go: 1. cofnięcie zmian wprowadzonych przez ostatnią dobę, (transfer możliwy) 2. nie cofanie zmian wprowadzonych przez ostatnią dobę, (transfer niemożliwy) Możliwe opcje realizacji punktu 2–go: 1. rezygnacja z transferu, (transfer możliwy) 2. próba transferu, (transfer niemożliwy). Koniec wydruku.
– Jakieś pytania? – zapytał Ned patrząc na nich ciekawie. – Bo ja po czymś takim, po prostu muszę się odesrać. – stwierdził odchodząc w krzaki. – Jakoś tak dziwnie na mnie działa ostatnimi czasy komunikacja z maszynami.
– Nic więcej już tam nie ma? – Bert z miną lunatyka miętosił jeszcze pismo przed oczami nie mogąc w to, co usłyszał wciąż uwierzyć.
– O kurwa. – westchnął ciężko Imię, po czym z rezygnacją oklapł na kłodę. – Jak Ned wróci trzeba po prostu na spokojnie usiąść i przeanalizować wszystkie te popieprzone punkty po kolei.
– Taa. Po nie przespanej nocy to jest właśnie to, co najbardziej lubią tygrysy.
Kiedy Ned powrócił nadal nie chciał o portalu rozmawiać twierdząc, że jak na jeden dzień ma już dość rozczarowań.
Nazwisko z Bertem sami więc usiedli do narady z której po dwóch godzinach wywnioskowali, że przyczyną wrednego zachowania portala jest niewątpliwie ucieczka z obozu, ponieważ nic więcej w zasadzie nie wydarzyło się w ciągu ostatniej doby. Nic sensownego przynajmniej nie przychodziło im do głowy.
– Czy to oznacza, że aby transfer okazał się możliwy musimy wrócić do obozu? – zapytał ich Ned kiedy skończyli naradę, pragnąc się upewnić czy nasłuchując jak przebiega powyciągał prawidłowe wnioski.
– Na to wygląda, stary.
– Przecież za ucieczkę od razu nas powieszą.
– Oby tylko. Karl będzie zaszczycony mogąc własnoręcznie nas utopić w umywalni. – rzucił Bert. – No ale przynajmniej umrzemy ze świadomością, że… transfer był możliwy. – zaraz dodał.
– No dobra. – westchnął Imię wstając z miejsca. – Sprawdzę jeszcze raz czy portal działa a potem wynoszę się stąd w cholerę.
Portal nie zadziałał.
– Wracam do miasta. – oznajmił schodząc z drzewa. – Idziecie ze mną czy siedzicie tutaj dalej?
– Nic tu po nas człowieku.
– Idziemy z tobą.
Dołączyli do niego i pomaszerowali w milczeniu w stronę Monachium. Po drodze Nazwisko coś sobie przypomniał, po czym wrócił i zabrał kilka przedmiotów jakie miał schowane w szopie.
Na pytania, co to są za przedmioty odparł zdawkowo.
– Mam pewien plan i te rzeczy mogą mi się przydać.
– Jaki plan?
– W świetle ostatnich wydarzeń, w czasie których wszystko starannie zaplanowane i tak się przeciwko nam wrednie popieprzyło, nawet nie będę wam truł o moim planie, który jest totalnie nieprawdopodobny, niestarannie zaplanowany i nierealny do zrealizowania. Nie pytajcie zatem, jeśli nie chcecie narazić się na kolejny kubeł goryczy.
– Chyba nie chcesz wrócić do Dachau i odwalić przy wachmanach skruchy? – zaniepokoił się Bert. – Być może naszą ucieczkę jakoś przeboleją ale śmierci Bruta na pewno ci nie wybaczą.
– Nie wybaczą Bruuuuuta, który dymił z sieeeeeeerści, kiedy zwisł na druuuuutach i prąd go popieeeeeeeeścił. – w tonacji bluesowej zaintonował Ned poruszając biodrami jak klon Presleya z Martians MTV.
– Nie wracam do obozu. – uspokoił ich Nazwisko.
– Co za ulga człowieku. Jeśli tak to zaakceptuję każdy twój cholerny plan, który nie przewiduje powrotu do Dachau. – oznajmił po namyśle Ned.
– Doskonale. – ucieszył się Imię. – Zatem będę mógł przynajmniej liczyć na twoją pomoc.
– Moją również. – dodał Bert.
– Tym lepiej panowie. Tym lepiej. W trójkę na pewno nasze szanse nieco wzrosną.
– Więc wykrztuś w końcu dokąd idziesz.
– Idę do Lepkego a wy idziecie ze mną.
– Że co kurwa?
– Czy ja dobrze słyszę? – zawołali aż przystając w miejscu.
– No chodźcie, czas ucieka a przed Lepkem, musimy jeszcze zobaczyć co słychać u Otta.

* * *

Monachium, Niemcy 17 sierpnia 1942

To był dzień wypełniony trudnościami. Powrót do Monachium był wystarczająco skomplikowany ze względu na ich zmęczenie nieprzespaną nocą, a już nad wyraz trudny ze względu na pasiaki. Niezbędne okazało się wykombinowanie cywilnych ubrań. To zajęło im całą resztę poprzedniego wieczora. Wyłącznie przy pomocy sprawnego kamuflażu Berta tę trudność udało się pokonać poprzez kradzież ubrań suszących się w jakimś ogródku w domku na przedmieściach.
Do monachijskiej kwatery Gestapo dotarli grubo po północy, nadchodząc skrótem prowadzącym prosto z parku miejskiego.
– To się nam kurwa nigdy nie uda. – westchnął Bert spoglądając spoza parkowych drzew na jasno oświetlony budynek naprzeciwko. – Widzicie tych wartowników? Reflektory? Te szlabany?
– Jeden szlaban. – sprostował Nazwisko.
– Tak, no to mnie pocieszyłeś. Z jednym szlabanem z pewnością damy radę.
– Będzie mi potrzebna wasza pomoc. – optymistycznie stwierdził Imię rozwiązując swój węzełek.
Pochylili się obserwując jego poczynania.
Imię najpierw wydobył i odłożył na bok zrolowany pasiak, następnie pogmerał głębiej, po czym z samego dna wygrzebał zagadkowe przedmioty jakie wcześniej zabrał z szopy. Wśród nich było również ubranie z Centrali.
– Patrzcie ludzie! Więc tylko ja dostałem na misję dziadowskie łachy. – jęknął Ned. – Spójrz Bert, jemu to dali na drogę nawet gajerek a mi tylko stary płaszcz i podarte spodnie.
– Żeby tam wejść ucharakteryzuję się na Otta. – stwierdził Imię.
– Jasne. – mruknął Ned tak radośnie jakby to była najprostsza rzecz o jakiej słyszał. – Zasłyszałem gdzieś na boku, że nieźle potrafisz wcielać się w innych ludzi no ale zauważ, że ten kloc jest od ciebie o ponad głowę wyższy.
– I w barach większy ze dwa razy. – uzupełnił Bert. – Ten kutas nawet do stodoły musi wchodzić bokiem a ty wyglądasz przy nim jakby cię karmili nasionami.
– Jego szeroki jak łycha od koparki nakrapiany mini wulkanami ryj, bo tylko tak można określić jego twarzopodobny surowiec, również jest nie do podrobienia. – dodał Ned.
– Co masz na myśli? – zapytał Imię biorąc do rąk strzykawkę próżniową.
– No wiesz, mikroskopijne ale cofnięte aż do potylicy czoło, przerośnięta szczęka, świńskie uszka i porastająca cały jego łeb sztywna jak szczotka do sracza szczecina. Że nie wspomnę o nad wyraz blisko siebie osadzonych oczkach, które są u niego bez przerwy tak zabawnie zaczerwienione, że wyglądają jak u znerwicowanego nietoperza, który urodził się z zespołem Downa połączonym ze wścieklizną.
– Czy ujdzie coś na kształt tego? – zapytał Imię przykładając strzykawkę w mikrootwór tuż za lewym uchem.
Natychmiast po tym cała jego głowa zabulgotała, po czym momentalnie zamieniła się w głowę Otta.
– Jak ty to zrobiłeś człowieku? – jęknął Ned porażony tak gwałtowną zmianą. – O kurwa! Nawet czarne ślady po wypełnionych do niemożliwości i nie wyciśniętych wągrach są zupełnie takie same.
– Ty chyba naprawdę zasługujesz na swoją renomę. – dodał z podziwem Bert kiedy po kolejnej chwili na czaszce Nazwiska z trzaskiem wystrzeliła długa na centymetr szczecina. – Co to było?
– Taki już mam fach. – Imię mruknął skromnie obmacując się jeszcze dla pewności po swojej nowej twarzy. – Parę będących moją słodką tajemnicą komponentów i programator anamorficzny połączony ze skanerem.
– Anarmorficzny, hę?
– Właśnie go widzieliście w akcji.
– No dobra, zaskoczyłeś mnie, nie powiem. – stwierdził Ned wciąż nieco zdumiony. – Jesteś cholernie dobry w te klocki ale jak na rany pragniesz zmylić wartowników wyglądając jedynie jak pomniejszona miniaturka pana Otto. Taki całkiem podobny ale wciąż tylko mini kacik? Mimo tak doskonałego podobieństwa, ten bydlak jest od ciebie i tak dużo większy i na pewno nikt się na to nie nabierze.
– Przytrzymajcie mnie za stopy. – w odpowiedzi poprosił Imię rozpinając spodnie. – Tego etapu nie lubię, kurwa. Będzie bolało.
Kiedy posłusznie złapali go za nogi ten zacisnął zęby i opuścił spodnie do kolan, po czym zaczął masować się po udach w specyficzny sposób. W czasie masażu zaczęły się wydłużać obie jego kości udowe. Na jego twarzy mimo charakteryzacji dało się dostrzec ślady bólu. Kiedy Imię skończył z masażami stwierdzili aż przysiadając z wrażenia na ziemi, że przybyło mu na wzroście dobre dwadzieścia pięć centymetrów. Kiedy minutę później Imię napompował na koniec jeszcze swoje ubranie biorąc wzorzec również z pamięci komputatora stwierdzić jedynie mogli, że stoi przed nimi doskonała imitacja Otta. Imitacja niemal doskonała, jeśli nie liczyć spodni sięgających odrobinkę tylko za kolana.
Chwilę po tym, nawet one do nowego wzrostu właściciela stosownie się przystosowały wyciągając się aż osiągnęły mankietami buty.
– Cholerka, czy ty aby na pewno jesteś człowiekiem? – zapytał go Ned starannie mierząc go wzrokiem od stóp po czubek głowy.
– W dziewięćdziesięciu ośmiu procentach. – ten odparł.
– Opowiedz nam o brakujących dwóch. – zachęcił go Bert.
– No dajcie spokój. Pół kilo programowalnego silikonu w głowie i dwie hydrauliczne kości udowe na pewno nie czynią ze mnie cyborga więc wypraszam sobie.
– Co za ulga. – westchnął Ned. – Zatem co dalej, panie Naturalny Balon?
– Bert ma sprawny kamuflaż, więc niech rozbiera się do naga i po prostu go użyje. A ciebie biorę ze sobą. Jako więźnia naturalnie. – Nazwisko wyjaśnił im swój prosty plan na wejście do budynku. – Jeśli wszystko jasne to czekamy na zmianę wartowników, żeby nasze wejście i wyjście widzieli tylko jedni i ci sami. Zaraz potem jak już się zmienią, idziemy do roboty panowie, bo naprawdę szkoda czasu.
Bert wzruszył ramionami i posłusznie się rozebrał chowając swoje ubranie w krzakach. Natomiast Ned wskoczył z powrotem w obozowego pasiaka. Kiedy Imię poupychał wszystko na powrót w swym węzełku zaszyli się w krzakach w cierpliwym oczekiwaniu na zmianę warty.
Minutę później oczekiwanie nie było już cierpliwe.
– Kurwa, kiedy oni się zmieniają? – szepnął Bert nerwowo.
– Skąd mam wiedzieć? – odparł Ned również szeptem. – Dlaczego pytasz?
– Bo tylko ja jestem na golasa. Bo tylko mi kurwa, jest zimno i tylko mnie komary, jak wściekłe gryzą w dupę. Dlaczego dla nich nie jestem niewidzialny? Dlaczego pytam?
– Pojęcia nie mam chłopie. – stwierdził Imię. – Może zrelaksuj się i czy ja wiem, nie wydzielaj tyle dwutlenku, czy czegoś.
– Jak mam się zrelaksować, kiedy mi już rąk brakuje do zabijania tych latających skurwysynów?
Pytanie Berta pozostało jednak bez odpowiedzi ponieważ z budynku wyszło dwóch kolejnych wartowników, którzy wymienili między sobą kilka zdań stojąc przez chwilę na dziedzińcu w czwórkę, po czym zmienili dotychczasowych w budce przy szlabanie i po dwóch minutach przed budynkiem gestapo ponownie zrobiło się cicho i spokojnie.
Ku uldze Berta wyszli w końcu z cienia jaki dawały krzaki udając się prosto w stronę posępnego gmachu.
Wartownicy na ich widok zasalutowali po czym bez słowa odsunęli się na boki robiąc im milczące przejście. Nazwisko nie mając w hitlerowskim pozdrowieniu wprawy, jedynie skinął im głową rękami mocniej przytrzymując prowadzonego Neda, jak gdyby ten mu się wyrywał. Zrobił to w tak doskonały sposób że nie wzbudził brakiem salutu żadnych podejrzeń.
Cała trójka weszła po kilku stopniach do góry i znalazła się wewnątrz.
W budynku korytarz rozwidlał się w obie strony.
– Pamiętacie drogę? – zapytał Imię w translatorach. – Bo moja pamięć się już zatarła.
– W prawo. Potem drugie piętro. – odparł Ned.
Imię zdecydowanym krokiem przemierzył korytarz idąc we wskazaną stronę. Po drodze minęli kilku esesmanów lecz żaden się do Nazwiska nie odezwał, poprzestając jedynie na umiarkowanym spojrzeniu na prowadzonego więźnia. Po niecałej minucie znaleźli się pod drzwiami gabinetu Lepkego. Znajdujący się na końcu korytarza wartownik za biurkiem nawet nie spojrzał w ich stronę.
– Miejmy tylko nadzieję, że nasz człowiek będzie w środku. – mruknął Imię. – Cały plan od tego faceta zależy. – dodał wchodząc bez pukania.
Lepke był. Był również Otto oraz jakiś nieszczęśnik nad którego palcami właśnie pracował.
– Co to? – odezwał się zaskoczonym tonem Lepke na widok Imienia. – Otto nie mówiłeś, że masz brata.
– Bo nie mam, panie ober… – ten równie zaskoczonym głosem odparł lecz nie skończył ponieważ niewidoczny dla niego Bert zaszedł go już z tyłu po czym zdzielił kantem dłoni w miejsce gdzie powinien mieć szyję.
Otto, ten prawdziwy, klapnął na okrwawioną posadzkę bez słowa.
– Kim jesteś? O co chodzi? – dopytywał się już zupełnie bezradnym głosem Lepke wpatrując się bez przerwy w Nazwisko.
– Coś słabiutko z pamięcią u ciebie. – odparł Bert wciskając mu w dłoń słuchawkę telefonu. – Oj słabiutko. – dodał pukając go nią w czoło.
– Czego chcecie? – Lepke zamarł widząc jak słuchawka sama wędruje w powietrzu, po czym kiedy już mu opukała głowę, trafiła na koniec prosto do jego dłoni.
– Bierz słuchawkę i żądaj natychmiast samochodu pod bramę. Ma być tam najwyżej za minutę. – podpowiedział mu Imię. – Tylko raz dwa gadaj i bez kawałów bo polecą jakieś przypadkowe palce. – dodał przyciskając jego wolną dłoń do blatu.
– Ale…?
– Ale nie ma ale. – natychmiast uciął mu Imię. – Lecimy Lepke od razu na żywo, bez próby generalnej oraz ćwiczeń. Gut? Jak tylko coś spieprzysz i wozu nie będzie, będziesz do końca życia podcierał dupę kikutem i dłubał w nosie nierdzewnym hakiem.
Lepke przełknął ślinę po czym posłusznie wykonał telefon.
Kiedy rozległ się warkot parkującego na dziedzińcu mercedesa Ned z Bertem kończyli właśnie rozbierać nadal nieprzytomnego Otta prawdziwego.
– Wkładaj jego ubranie. – poradzili nieszczęśnikowi w czasie kiedy Nazwisko pochylił się ponownie nad leżącym.
Tam przetrząsnął gorączkowo swoje kieszenie, po czym bezceremonialnie wykonał kilka zastrzyków nakłuwając tu i ówdzie jego głowę co spowodowało natychmiastowy paraliż oraz rozluźnienie wszystkich mięśni jego twarzy. Pół sekundy później Otto w łachmanach nieszczęśnika mógł być z wyglądu kimkolwiek z wyjątkiem siebie samego. Rozlane bezładnie mięśnie jego twarzy dawały pewność, że nie poznała by go nawet własna żona, gdyby tylko naturalnie jakąś chętną do ożenku z półgorylem Otto wcześniej sobie znalazł. Ponieważ nie znalazł i ten problem przestał mieć znaczenie.
– Idziemy teraz do auta. – powiedział Imię do Lepkego kiedy skończył z twarzą Otta. – Jedno twoje słowo po drodze a będziesz miał mordę w jeszcze gorszym stanie niż twój przydupas. Plus kikut oczywiście. Czy to jasne?
– Mhm.
Bez najmniejszych kłopotów opuścili budynek. Podczas przemarszu korytarzami idący przodem Imię trzymał zapobiegawczo Lepkego po przyjacielsku pod ramię torując drogę nieszczęśnikowi i Nedowi taszczącym wciąż nieprzytomnego prawdziwego Otta. Bert idący z tyłu nadal był niewidoczny i pilnował jedynie aby cały przemarsz po piętrach obył się bez przygód. Ponieważ przygód nie było obyło się bez jego interwencji.
Przed budynkiem na ich widok natychmiast rzucili się w ich stronę obydwaj wartownicy biegnąc z pomocą.
Imię uspokajającym gestem dłoni odprawił nadgorliwców. Jeden natychmiast po tym zawrócił do budki, po czym uniósł szlaban ale drugi namolnie nadal pchał się z natarczywym pomaganiem. Chcąc nie chcąc skorzystali z jego usłużnych dłoni po czym, kiedy Otto i trzymający go za nogi wartownik byli już wewnątrz mercedesa jego również podstępnym zastrzykiem w plecy rozluźnili. Następnie sami zajęli miejsca w środku i wyjechali pod uniesionym szlabanem pozdrawiając drugiego wartownika.
– Dokąd mnie zabieracie? – odezwał się Lepke kiedy już wyjeżdżali z miasta.
– Nie powiem ci, bo przecież lubisz niespodzianki. – odparł Bert wyłączając kamuflaż.
– To ty?
– To ja.
– Myślałem…
– To nie myśl.
– Posłuchaj, to nieporozumienie. – rzucił do niego Lepke powoli sobie coś w głowie układając.
– W swoim czasie to samo mówiłem. – uprzejmie zgodził się z nim Bert.
– Co chcecie ze mną zrobić?
– Wkrótce się dowiesz.
– Ale…
– Wkrótce.
Na przedmieściach wypuścili anonimowego nieszczęśnika i dopiero po tym jak już nieco ze szczęścia oszołomiony poszedł gdzieś sobie w noc, nieco wygodniej rozgościli się w zatłoczonym mercedesie. Zupełnej wygody nabrali jednak dopiero za miastem, kiedy Otto i wartownik powędrowali do bagażnika. Ponieważ nadal byli luźni do nieprzytomności, było im i tak wszystko jedno jak jadą.
Tymczasem Lepke za miastem na dobre się rozgadał.
– Wypuśćcie mnie. – prosił ich kolejno raz za razem chyba domyślając się że nie mają wobec niego uczciwych zamiarów.
– Lepke daj sobie spokój, dobra? – odparł mu od strony kierownicy Ned, już po raz trzeci. – Chyba nie po to cię porwaliśmy żeby teraz ot tak wypuścić? Masz nas za idiotów?
– Czego chcecie? Pieniędzy?
– A masz jakieś?
– No nie przy sobie.
– To po co się głupio pytasz?
– Mam w domu.
– W domu ja też mam, wiesz? Pieniądze, szczotkę do butów i bilet na kolejkę.
– O co więc chodzi?
– Dowiesz się w swoim czasie. I zamknij się w końcu bo będziesz podróżował z Ottem.
Lepke zamilkł.
Po półgodzinie byli już na miejscu.
Imię wysiadł pierwszy z samochodu i poszedł otworzyć szopę, po czym sprawnie przetransportowali do środka całą trójkę. Operacja przeniesienia przebiegła niemal bez problemów, jeśli nie liczyć że Lepke gadał w kółko. Ponieważ uporczywie nie zmieniał tematu ani nie posłuchał po raz kolejny stosownego ostrzeżenia, w szopie został natychmiast rozluźniony. Ułożyli go tuż obok Otta i wartownika. Dopiero wtedy przerwany został uporczywy potok jego nieustannych pytań.
Ned z Bertem zostali pilnować porwanych a Imię pojechał do miasta odstawić gdzieś mercedesa. Wrócił do szopy piechotą nad ranem i dopiero wówczas cała trójka nieco odetchnęła po czym ułożyła się w końcu do wymarzonego snu.
Usnęli bez słowa.

* * *

Trzy godziny później obudziły ich brutalnie wibrując w uszach dziwną i nienaturalną natarczywością, jakieś niepokojące dźwięki. Wszyscy niemal jednocześnie unieśli głowy uważnie nasłuchując. Trójka porwanych nadal była nieprzytomna i jeśli nie liczyć charkotliwego pochrapywania nie wydawała żadnych odgłosów.
Wymieniając pytające spojrzenia nadstawili bardziej uszu usiłując dojść, co to za podejrzane odgłosy, które ich zbudziły. Jedno było już bowiem pewne. Odgłosy dochodziły z zewnątrz. Nie mogąc nic więcej o nich stwierdzić, kolejno wypełzli z szopy i na czworakach ostrożnie wdrapali się na niewielkie, porośnięte trawą wzniesienie, ponieważ odgłosy pochodziły gdzieś zza niego. Tam spróbowali uważniej ponasłuchiwać.
Niepokojące, gardłowo rytmiczne dźwięki nieustannie narastały, co było nieomylnym znakiem tego, że bez przerwy się zbliżają. Nasłuchiwali ich już od jakiegoś czasu z coraz bardziej rosnącym niepokojem.
Po jakiejś chwili tajemnicze dźwięki rozlegały się już ze wszystkich stron. Nawet od strony lasu. Były tym bardziej niepokojące, ponieważ ich źródeł w dalszym ciągu nie było widać.
– Co to kurwa jest? – rzucił nerwowo Bert.
– Nie mam pojęcia. – odparł Ned. – Jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszałem ale powiem ci, że jeszcze trochę a w gaciach będę miał nasrane.
– Więc co teraz, bo na mnie zupełnie tak samo działają te odgłosy? – do rozmowy przyłączył się Imię.
– Teraz? – spytał Ned.
– No jaki plan? Co robimy?
– Skąd mam wiedzieć, jeśli nie wiem z czym mam do czynienia. – Ned wzruszył ramionami. – To ty tu jesteś od planowania.
– Tego nie planowałem. Spróbuj zapytać translatora. – poradził mu Imię.
– Przecież wiesz, że on ze mną nie gada.
– Niech skurwiel chociaż przetłumaczy te odgłosy, do cholery.
– Te odgłosy są nieprzetłumaczalne na normalny język. – wtrącił translator opryskliwym tonem po czym na powrót zamilkł.
– Ładnie. – jęknął Ned. – Coś się kurwa do nas zbliża a my nawet nie wiemy co takiego.
– Już wiem. – wykrzyknął Bert w pewnej chwili.
– Co wiesz? – rzucił Ned z nadzieją.
– Wiem co zrobię. Zajrzę do tego cholernego poradnika i jebać translatora.
– O, widzisz. – ucieszył się Ned. – W końcu jakaś myśl. Patrzcie ludzie, ja na śmierć o tym gównie zapomniałem.
– Tylko…? – po chwili zaczął Bert wpatrując się w paznokcia ze skupieniem.
– Tylko co tam znów u licha? Poradnik też się zbiesił?
– Nie, on jest spoko, bo nawet się ucieszył, że go w końcu odpaliłem. Nie wiem tylko pod jakim hasłem mam w ogóle szukać. Odgłosy? Dźwięki?
– Hmm, czy ja wiem? – zamyślił się Ned. – Spróbuj może: dziwne odgłosy. – zaproponował po chwili. – Są przecież dziwne, prawda?
– Konkretniej, bo odpowiedzi jest ponad trzydzieści trzy tysiące. – odparł Bert.
– Rytmiczne, gardłowe, dziwne odgłosy. – uzupełnił Imię.
– Jeszcze konkretniej panowie, bo odpowiedzi nadal jest ponad tysiąc dwieście.
– Rytmiczne, gardłowe, siejące grozę, dziwne odgłosy. – ponownie rzucił Ned nieco już poirytowany. – Możesz też dla uściślenia od razu dodać że z roku 1942–go i są kompletnie niezrozumiałe i nieprzetłumaczalne dla translatora.
– Dobra, już mam, są dwie odpowiedzi. – zakomunikował Bert po trzech sekundach i zaraz dodał. – I od razu mam do nich nie byle co, tylko operacyjne rozwiązania.
– Czytaj.
– Odpowiedź pierwsza, prawdopodobieństwo dziewięćdziesiąt procent: dźwięki wydawane przez owczarka niemieckiego, w nawiasie: możliwa liczba mnoga. Odpowiedź druga, prawdopodobieństwo dziesięć procent: dźwięki wydawane przez oficera niemieckiego, w nawiasie: możliwa liczba mnoga. Dla obydwu odpowiedzi takie samo rozwiązanie: natychmiast oddalić się od źródła, w nawiasie: źródeł dźwięków jeśli źródło jest nieoswojone. Odpowiedź uzupełniająca: jeśli źródło jest oswojone przywołać do nogi albo podać patyk.
– A co, jeśli dźwięki są nieoswojone ale są wokoło?
– Brak rozwiązania, w nawiasie: cierpliwości, rozdział o zwierzętach jest wciąż redagowany.
– I to kurwa mają być operacyjne rozwiązania?
– Jest jeszcze link na serwer z uaktualnieniem ale komputator w Centrali wyje o przeglądarkę pod Win 3000.
To była ta kropla która przelała przepełnioną już od kilku godzin czarę stresu i napięcia w nadwątlonym systemie nerwowym Neda.
– Dlaczego? – zaskowyczał zaciskając pięści i unosząc głowę. – Dlaczego tylko mi się takie coś przydarza, co? Czy ja za dużo chcę od życia, do cholery? Już od dłuższego czasu mam kurwa wrażenie, że ci z dwudziestego wieku żyli sobie szczęśliwiej, w tych swoich obozach.
– Przesadzasz. – Bert usiłował go uspokoić.
– Ja przesadzam? To do diabła muszą być szczęśliwi jak cholera ludzie, skoro nie znają mikrotranslatorów, mikroporadników i innego mikropomocnego kurwa sprzętu. Tam do diabła, Bert oni nie znają jeszcze nawet mikrowszczepów w oczy, więc są w porównaniu z nami pieprzonymi farciarzami. Wiecie co?
– Co?
– Chciałbym żyć w czasach, kiedy nie znano w ogóle słowa mikro. I wydaje mi się, że najlepiej bym się czuł w powiedzmy, tym cholernym dwudziestym wieku.
– W dwudziestym pojawił się Microsoft. – zauważył Nazwisko.
– Więc chuj z dwudziestym! – Ned wykrzyknął wzdrygając się z obrzydzeniem. – Mogę jechać nawet do okresu kredowego. Tam zwierzęta były wtedy spore, drzewa i paprocie też po byku i nic nie było kurwa, mikro.
– Jesteś tego pewien? – spytał go Bert.
– Tak. Czy słyszałeś o jakichś cholernych mikrodinozaurach? – Ned zapytał Berta. – Hę?
– Ale dla nich to ty byłbyś mikro i w mig by cię pożarły. – stwierdził Imię.
– O kurwa, to żaden problem. Dino były wielkie ale również głupie. Jedźcie tam ze mną. Zaraz po przybyciu naznosimy głazy, zbudujemy jakiś zamek czy coś i żaden nam do środka nie wlezie.
– A jak wygląda u ciebie sytuacja z odpornością na tamtejsze mikroorganizmy? – zapytał go Bert znienacka. – Słyszałeś o nich?
– Więc co, nie ma wyjścia? – spytał Ned smętnie, gdyż znał już odpowiedź.
Pokręcili przecząco głowami.
– Wszędzie mikro?
Potaknęli głowami.
– Nie ma naprawdę ludzie, dokąd pójść?
– Przykro mi stary. – Bert współczująco poklepał go po ramieniu. – Musimy się już zmagać z tym wszechobecnym mikrogównem. Taki już nasz podły los i nie ma na to rady.
– No dobra. – Ned zacisnął usta i jakoś przyjął to do wiadomości. – Biorę się już w garść ale ja tak tego nie zostawię. O nie. Przysięgam na wszystkie mikroświętości, że jeśli stąd jakoś wyjdę, koniecznie zamienię kilka mocnych słów z redaktorem tego gówna. Możliwa liczba mnoga. – mściwie mruknął na zakończenie zgrzytając zębami i powrócił do nasłuchiwania odgłosów, raz po raz zaciskając z trzaskiem pięści.
– No i to tyle jeśli chodzi o poradnik. – stwierdził Bert sam do siebie wyłączając paznokieć z osowiałą miną.
Po niecałej minucie ponad trawą dało się zauważyć gęstą tyralierę żołnierzy w nie budzących wątpliwości charakterystycznych hełmach. Kiedy wychylając się ostrożnie ponad poszycie zrobili zbliżenie, wśród żołnierzy dostrzegli tu i ówdzie oficerów w czapkach z trupimi główkami. To właśnie od nich bezpośrednio pochodziły dziwne odgłosy.
– Są niecały kilometr od nas. – stwierdził Ned po odczytaniu wskazań z odległościomierza. – Mamy najwyżej pół godziny. Są jakieś pomysły, bo zdaje się nie zareagują prawidłowo jeśli się im poda patyk?
– Spierdalamy. – oznajmił Bert.
– Świetnie, tylko dokąd bo z tyłu też nadchodzą?
– Może do szopy?
– Niezły pomysł. Co za ulga. Już myślałem że leżymy a tu proszę bardzo, zyskamy całe trzy sekundy zwłoki.
– Chwila, chwila. – wtrącił się Nazwisko. – Z tą szopą może nie być takie głupie. – dodał intensywnie nad czymś myśląc.
– Masz jakiś pomysł?
– Mam. Zrobimy tak. – odparł po czym przetrząsając nerwowo zawartość swojego węzełka powiedział im jak.
Nisko pochyleni przedostali się do szopy niemal jednocześnie. Wewnątrz Imię błyskawicznie pobrał od wszystkich skany twarzy, po czym zaczął bardzo precyzyjnie mieszać jakieś składniki w swojej inteligentnej strzykawce, dobierając proporcje za pomocą komputatora. Kiedy płyn był gotowy, kolejno wstrzyknął go nadal nieprzytomnym. Ani Lepke, ani Otto ani też wartownik nie posiadali co prawda przystosowanych do strzykawki specjalnych otworów za uszami ale Nazwisko uporał się i z tym problemem nakłuwając po prostu ich głowy kawałkiem zaostrzonego drutu ogrodzeniowego w kilku jego zdaniem newralgicznych punktach.
Ponieważ cała trójka była nieprzytomna żaden nie zaprotestował. Następnie Imię kolejno zaaplikował im swój produkt i na zakończenie umieścił pod nosami samorozpuszczające się ampułki ze środkiem trzeźwiącym.
W czasie kiedy Imię jeszcze zmagał się z ich twarzami, Ned z Bertem z pomocą znalezionej w szopie świecy zapłonowej do ciągnika pośpiesznie wytatuowali im na przedramionach obozowe numery. Świeca była co prawda tępa do niemożliwości lecz mimo to tatuowanie szło im sprawnie, ponieważ mieli odpowiednią do okoliczności motywację oraz sporą puszkę szarej farby podkładowej do swobodnego zadysponowania.
– Gotowi? – zapytał Imię kiedy skończył z ampułkami.
– I to jak cholera. – stwierdził Bert nasłuchując wymownie jak głosy dobiegające z zewnątrz nadal się zbliżają.
– Więc wynośmy się stąd w końcu. – rzucił Imię zwilżając ampułki u leżących odrobiną deszczówki ze stojącej pod ścianą konewki.
Wychodząc z szopy musieli pełznąc płasko, wręcz szorując o ziemię brzuchami i to aż do samej krawędzi lasu ponieważ obława znacznie się zbliżyła pokonując już ponad połowę dzielącej ich początkowo odległości.
Z odgłosów jasno wynikało że tyraliera lada chwila wynurzy się zza wzniesienia.
W lesie wybrali obficie pokryte liściami drzewo i po kolei się na nie wdrapali. Kiedy wspięli się już na dostateczną wysokość przestali być widoczni z ziemi. Skuleni bez ruchu tuż pod koroną drzewa na jednym z szerszych konarów przestawili wzrok na podczerwień obserwując wydarzenia.
Zbliżającą się od strony uprawnego pola tyralierę mogli obecnie oglądać w całej swej okazałości. Tę nadciągającą z drugiej strony również, ponieważ jej czoło właśnie przechodziło bezpośrednio pod nimi. Jeszcze jedna znajdowała się gdzieś między nimi a polaną na której znajdował się portal.
Odgłosy pochodziły już nie tylko od oficerów lecz także kilkunastu podobnych do Bruta stworzeń.
– Spójrzcie ile ich tam mają. – jęknął szeptem Ned z prawdziwą trwogą obmacując się po pogryzionej ręce. – Musieli sklonować Bruta. Jak oni to zrobili tak szybko i to w tylu egzemplarzach?
– Nie mam pojęcia stary. – odparł mu Bert.
– Chciałbym chociaż wiedzieć co to za stworzenia. W Centrali nawet nas nie uprzedzili o nich.
– To z pewnością są owczarki. – wtrącił się do rozmowy translator.
– A skąd ty to możesz wiedzieć? – prychnął na niego Ned.
– Już mówiłem, kiedyś studiowałem. Poza tym potrafię dedukować.
– Naprawdę?
– Nie zapominaj, że doskonale widzę to co ty, a mogąc połączyć to co wiem ze studiów z tym co widzę, dedukuję. Wiem, że nauka to dla ciebie pojęcie obce ale uwierz mi, tak po prostu jest i stąd właśnie wiem, że te odgłosy to po prostu jest szczekanie. A szczekają na pewno owczarki. A poza tym, ich wygląd zgadza mi się z tym, którego już poznałeś, czyli Brutem. – stwierdził translator ze znużeniem.
– Powinieneś był zatem to wszystko wiedzieć, kiedy Bruto niemal odgryzł moją rękę. Chyba mu się dostatecznie przyjrzałeś i chyba wiesz bydlaku jak spotkanie z owczarkiem boli?
– Wtedy byłem rozproszony, bo się na mnie wydzierałeś. A poza tym niewiele wiem o bólu, no daj spokój. Chyba nie myślisz, że lubię cierpieć bez powodu. Jak tylko Bruto cię pokąsał odłączyłem od twojego układu nerwowego swoje obwody. Możesz natomiast jeśli chcesz o owczarkowym bólu wszystko mi opowiedzieć. Lubię słuchać o czymś nowym…
– Bruto nie szczekał. – zauważył Ned. – Więc skąd możesz wiedzieć, że był owczarkiem?
– Bo Bruto był inny. – z uporem twierdził translator. – Przecież wśród ludzi również zdarzają się niemowy, czyż nie? – zapytał złośliwie.
– Nie wiem jak u ludzi ale znam jednego milczka translatora. – odpyskował mu natychmiast Ned.
– Dajcie już z tym spokój. – upomniał ich Imię po czym zapytał translatora. – Powiedziałbyś nam lepiej dlaczego my o tych, cholernych owczarkach niczego nie wiemy?
– Prawdopodobnie dlatego, ponieważ jest to gatunek wymarły.
– Wymarły?
– I to już od prawie pięciuset lat.
– Jak takie zębate dranie mogły ot tak sobie wymrzeć? – zapytał go Ned.
– Cóż, w 2289 roku obrońcy zwierząt wywalczyli na Ziemi pełnię praw dla psów i kotów i wówczas weszło w życie prawo do surowego karania każdego człowieka, który im te prawo ogranicza. Wyroki dożywocia ferowano za kagańce, smycze lub trzymanie psów na łańcuchach. Tak surowe prawo raz dwa zniechęciło ludzkość do jakiejkolwiek niecnej ingerencji wobec tych zwierząt. Skończyły się ich prześladowania. Obrońcy tryumfowali. Potem prawo poszło nawet jeszcze nieco dalej zachęcone tym sukcesem. Wolne i niezależne psy upajały się swą bezkarnością i wprost zaludniły całe miasta osiągając szczyty swojego rozwoju. Wkrótce po tym, niektórzy ludzie zaczęli się buntować nie mogąc przejść nawet kilku kroków by nie wdepnąć w psie gówienko. Lecz prawo zamiast wówczas złagodzić, jeszcze bardziej zaostrzono, a za przestępców zaczęto nawet uważać osoby, które chociażby pochyliły się nad w pełni wolnym psem lub kotem w celu jego pogłaskania. Powszechnie uznawano taki gest za szykany i ich poniżanie. W taki więc sposób ich dokarmianie definitywnie skończyło się w 2293 roku, ponieważ w międzyczasie opinia publiczna oraz sądy bez przerwy surowiały a nikt nie chciał zostać choćby podejrzanym.
Koty jakoś to przeżyły, zawsze i tak z pomocą gryzoni radząc sobie z głodem. Z psami jednak było trudniej. Nie mogąc zdobyć na terenach miejskich jakiegokolwiek pożywienia część wkrótce zdechła po prostu z głodu, a część wyniosła się w poszukiwaniu jedzenia do lasów. Mimo iż wkrótce wyrobił się u nich instynkt polowań stadnych, tam jednak też nie było psom różowo, ponieważ wszystko co w lesie żyło z samego założenia chodziło po drzewach. Nie chodziły jedynie wilki i te po kilkuletnim psim prosperity urosły nieprawdopodobnie w siłę i wszystkie leśne psy zjadły co do sztuki, nie zdając sobie sprawy, że psy są pod ochroną. Tak właśnie wyginął gatunek, który na drodze ewolucji zbłądził w ślepą uliczkę przy nodze obrośniętego w przepisy człowieka. Gatunek specjalizujący się w ciągu całej swej historii wyłącznie w sraniu gdzie popadnie, ewolucja sama od dalszej zbędnej egzystencji po prostu odcięła. Oto historia wymarcia owczarków i psów w ogóle. – oznajmił translator.
– To wszystko? – zapytał go Ned.
– Eeee, potem część ludzkości poczuła się osamotniona i w odwecie ponownie zmieniono prawo zakazując dokarmiania obrońców zwierząt i wypędzając ich tym samym do lasów, gdzie mogli całymi stadami polować na jagody, pędy i korzonki. Tych również zjadły wilki…
– Pytam czy z owczarkami to już wszystko co masz do powiedzenia?
– Tak.
– Nie znasz przypadkiem jakiegoś słabego punktu u tych stworzeń?
– Najczulszym miejscem u każdego psa był bez wątpienia jego nos ze względu na niezwykle silne unerwienie. Wydaje mi się, że dotyczy to również owczarków.
– Jak to?
– Wystarczyło psa nawet lekko w nos uderzyć aby stał się nieszkodliwy.
– O widzisz, łatwizna. – ucieszył się Ned. – Jeszcze będą translatorku z ciebie ludzie.
– Ale tuż pod nosem owczarki posiadają duże zęby które nikomu nie pozwolą bezkarnie tego zrobić. To chyba pamiętasz?
– Pamiętam.
– Więc opowiedz mi o tym.
– Odwal się…
– Zapomnijmy więc o ich unieszkodliwianiu. – wtrącił Bert pojednawczo obserwując jak wyrwa w ręce Neda, na jakąkolwiek wzmiankę o owczarkach nerwowo pulsuje.
– Patrzcie! – rzucił Nazwisko. – W szopie wreszcie coś się dzieje. – wskazał oczami niemal podskakującą pod wpływem nagłych łomotów budowlę z desek.
W szopie naprawdę się działo.
Otto jako pierwszy odzyskał przytomność, kiedy jego ampułka do końca się rozpuściła, popędzana do tego jęzorem, który co chwilę z ust mu się wysuwał. Nie mając lustra nie wiedział co prawda, że jego głowa obecnie przypomina głowę Neda ale natychmiast rozpoznał w jeszcze nieprzytomnych Imię i Berta. Wściekłymi uderzeniami pięści w ich twarze postanowił ich natychmiast dobudzić, ponieważ rozpierała go żądza mordu niczym już niepohamowana.
Ci obudzili się natychmiast po tym jak pięści Otta rozgniotły ich ampułki. A kiedy się obudzili szopa niemal o własnych siłach zaczęła się na wszystkie strony poruszać. Nie licząc ścian chociaż nie do końca, praktycznie wszystko wewnątrz niej się poruszało. Poruszały się łopaty, pękające z trzaskiem zapasowe trzonki do siekiery, spore kawałki ciągnika chociaż on sam był w niekończącym się remoncie, poruszały się pojedyncze deski, widły, pługi, nawet ciężkie imadło przez jakiś czas się poruszało.
Kiedy esesmani ciasnym kręgiem otoczyli hałaśliwą szopę naradzając się kto pójdzie pierwszy zobaczyć o co chodzi, wewnątrz rozległo się kilka grzechoczących dźwięków po czym szopa się rozpadła na cztery strony świata odsłaniając okrwawione wnętrze.
Zgromadzeni na drzewie, również mogli dostrzec iż zwycięzcą pierwszej rundy został Otto, ponieważ jako jedyny siedział prosto opętańczo śmiejąc się do rozpuku. Lepke oraz wartownik leżeli pod czymś co przypominało tył ciągnika a z nadal obłąkańczo roześmianych ust Otta wystawała zamiast zębów korba do rozruchu silników.
Esesmani sprawnie pojmali całą trójkę po czym przerwali histerię Otta kilka razy uderzając go kolbą po głowie.
Kiedy już wszyscy odmaszerowali w stronę czekających w oddali na drodze samochodów zapadła wręcz dzwoniąca w uszach cisza.
– Chodźmy do portala. – zaproponował Imię.
– Sądzisz, że zadziała? – spytał Ned.
– Tak mi się wydaje.
– Zobaczymy. – odparł schodząc z drzewa. – Przynajmniej obławę mamy z głowy.
Ostatnie zdanie nie sprawdziło się do końca, ponieważ Ned zaraz po tym jak zeskoczył poczuł jak coś go intensywnie gryzie w tyłek. Obejrzał się przerażony, czując jak mu włosy stają dęba.
To był owczarek który jakimś cudem odłączył się od obławy. Gdyby Ned znał owczarka język to dowiedziałby się że ten zawieruszył się, ponieważ pognał za zającem. A ponieważ zając wystawił go do wiatru owczarek był podwójnie wkurzony, gdyż w międzyczasie wskoczyły mu na grzbiet ze dwa kleszcze.
Chociaż Ned tego wszystkiego oczywiście nie wiedział i tak nie mógł się poczuć lepiej, gdyż nie pozwalały na to zaciskające się coraz bliżej jego genitaliów szczęki. Sapiąc, warcząc i charkając toczyli walkę z łomotem łamiąc krzewy i obijając się o drzewa. Właściwie to jedynie owczarek toczył gdyż Ned bardziej się obijał o rośliny z owczarkiem uczepionym poniżej pleców. Z panicznego strachu nawet słowa nie mógł wypowiedzieć, tak był jego obecnością przerażony.
Dopiero Imię i Bert kiedy zeszli z drzewa wybawili go z kłopotów.
Imię złapał owczarka za ogon, ten natychmiast odgryzł mu się jednym kłapnięciem pozbawiając go kciuka ale tę właśnie chwilę wykorzystał Bert kopiąc go z całych sił prosto w nos obozowym drewniakiem.
Owczarek przewrócił oczami i skowycząc w niebogłosy zniknął galopem gdzieś w krzakach. Tak pędził że aż mu kleszcze odpadły.
– O rany, Ned wyglądasz jakby ten owczarek odgryzł ci całą dupę. – Bert rzucił do niego ze zdumieniem widząc przerażającą wyrwę w spodniach.
– I dokładnie tak się czuję. – ten odparł obserwując smętnie szybko powiększającą się plamę krwi na trawie.
– Spadajmy wreszcie stąd panowie. – ponaglił ich Imię.
Oblizał kikut i dodał.
– Ten owczarek może wrócić.
Słysząc to ruszyli bez słowa prosto w stronę dębu. Wdrapali się na niego z trudem po czym położyli dłonie.
Portal działał. Zniknęli w nim kolejno.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ